Świąteczne dzwonki biły, gdy Basil wtrącał bezwładne ciało
blondyna do jednej z cel w lochu. Nie był to do końca loch, bardziej
rozbudowana torturowo piwnica, gotowa na przyjęcie więźniów. Nikt jej nie
używał od wielu lat, lecz zabezpieczone magią pomieszczenie wciąż wyglądało jak
nowe, nic nie zardzewiało w tym czasie, każde narzędzie tortur było gotowe do
użytku.
Zaciągnięcie go do piwnicy okazało się zaskakująco łatwe.
Sprawę ułatwili mu rodzice, nieinteresujący się, czym chłopak się zajmuje i
rozmawiający głośno w jadalni. Kłócili się o to, jakie potrawy powinny zostać podane
podczas wieczerzy – oto jeden z największych problemów arystokratów,
niepotrafienie podjąć decyzji odnośnie posiłku.
Basil kiedyś próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat
ich rezydencji w zapiskach jednego z przodków. Ponoć pokój tortur został
zbudowany jeszcze w czasach średniowiecznych i służył do więzienia mugoli,
którzy zobaczyli coś, czego nie powinni. Sprawdzał się także w przetrzymywaniu
czarodziei – w celach nie działała magia nikogo, kto nie posiadał krwi rodu
Oullettów. Był niemal całkowicie pewien, że nawet jego rodzice nie wiedzieli o
istnieniu tego miejsca – było ukryte i niewykrywalne. Przejście do tej części
piwnicy ukazywało się dopiero po wypowiedzeniu: „C'est tout pour toi” – To
wszystko jest o tobie.
Patrząc w dół, na pokiereszowanego i nieprzytomnego
chłopaka, zastanawiał się, jak mógł być takim idiotą, żeby pojechać za nim do
Francji. Śledzenie go po Hogwarcie to jedno, łażenie za nim po jego własnym
terenie, to co innego. Stało się to osobistą sprawą, która niezwłocznie musiała
zostać rozwiązana.
Przez tego kretyna nie kupił pierścionka. Teraz musiał na
szybko coś zorganizować, zostało mu tylko kilka godzin.
– Ciesz się, że jeszcze żyjesz, Kennard – warknął,
zakluczając celę. Nie musiał tego robić, i drzwi i tak nie otworzyłyby się
przed Lucianem. – To nie potrwa zbyt długo.
Jak tylko pokazał się w sklepie, Basil zaciągnął go na
zewnątrz. Nie było to konieczne, ale kilkakrotnie, dla własnej satysfakcji,
uderzył go w twarz, aż polała się krew. Na początku Lucian próbował się bronić,
lecz nic nie wskórał w pojedynku z Basilem. Nikt na ulicy nie zwrócił im uwagi
– bijący się ludzie nie byli niczym nowym, tym bardziej w okresie świątecznym.
W takich chwilach jak tamta miał ochotę podziękować ojcu, że
nauczył go, jak się bić. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało. Nauczył go
również, co najlepiej robić podczas czarodziejskich pojedynków, jednak bez magii
mogło mu to sprawić pewne problemy.
Ojciec często, gdy Basil był młodszy, powtarzał mu, że
umiejętność samoobrony jest wielce istotna. Dlatego właśnie uczył go o
mugolach, ich sztuk walki. Musiał poznać wroga, żeby go pokonać.
Zastanawiał się, po co Lucian w ogóle pojawił się we
Francji. Jeśli chciał go śledzić, to nie był w tym zbyt dobry. Nie powinien się
tak łatwo zdradzić. Powinien wiedzieć, że Basil jest od niego silniejszy i
potężniejszy. Każdy to wiedział.
Gdy Lucian stracił przytomność, Basil przeniósł ich do
swojej rezydencji. Przemknął się niezauważony do piwnicy i przeszedł do lochu.
Jeśli nawet zauważył go któryś ze skrzatów, to i tak nie śmiałby się odezwać,
obawiając się kary.
Pokręcił głową z dezaprobatą, przypatrując się Lucianowi.
Chłopak miał na sobie o przynajmniej dwa rozmiary za duże ubrania, które
wisiały na nim jak szmaty i w kilku miejscach zostały pozaszywane. Twarz miał
całą ubrudzoną w powoli zastygającej krwi. Wyglądał okropnie, jeszcze gorzej,
niż kiedy nosił szaty Hufflepuffu, na które Basil nie mógł patrzeć bez
krzywienia się z odrazą.
– Później tu wrócę i jeszcze porozmawiamy, okej? –
powiedział do Luciana, chociaż tamten nie mógł go słyszeć.
Wyszedł z lochów, uśmiechając się z wyższością. Nikt nie
usłyszy Luciana, nawet jeśli ten zacznie krzyczeć na całe gardło albo nawet,
jeśli wysadzi bombę. Lochy zostały magicznie dostosowane na wypadek takich
wydarzeń.
***
Jego pokój został oznaczony jako jego przynależność w
momencie, gdy rodzice nadali mu imię, a właściwie imiona. Na drewnianych
drzwiach wisiała prostokątna tabliczka, a na niej, równymi złotymi literami
napisane zostało: Basileus Pierre Gaspard
François Oullette. Jego rodzice nie mogli zdecydować się na jedno imię,
więc skończył z czterema, a i tak używał tylko skróconej wersji pierwszego.
Pomieszczenie było dwa, może nawet trzy razy większe od
pokoju, jaki przydzielony mu został w Hogwarcie, i zdecydowanie przytulniejszy.
Na środku, pod zajmującym pół ściany oknem, stało wielkie, bogato zdobione
łóżko ze świeżą pościelą, a przed nim stała dębowa skrzynia, przykryta miękkimi
kocami.
W swoim pokoju najbardziej lubił to, że miał w nim kominek i
mógł w każdej chwili przenieść się w inne miejsce. Było to błędem ze strony
rodziców, którzy nie przemyśleli, że danie synowi kominka może zakończyć się
jego podróżami, gdy powinien siedzieć w pokoju.
Wziął z szafki naszyjnik Malfoya i uważnie mu się przyjrzał.
Wąż wykonany był ze złota, jedynie oczy miał w innym kolorze – były zielone, w
kolorze Slytherinu. Skoro nie udało mu się kupić żadnej biżuterii, czemu nie
wykorzystać kradzionej?
Ale nie mógł dać matce zawieszki z wężem. Tak samo jak on,
nienawidziła węży, a także zielonego koloru. Zostało mu tylko jedno. Spróbować
zaklęć.
Na transmutacji nauczył się wielu przydatnych zaklęć,
którymi mógłby zamienić zawieszkę w coś innego, ale nie wiedział, czy
którekolwiek z nich podziała.
Rzucił pierwsze, jakie przyszło mu na myśl, ale nic się nie
stało. Nawet nie udawał zaskoczonego, tylko westchnął z rozdrażnia. Spróbował
jeszcze raz. Znowu nic. Inne zaklęcie. Taki sam efekt. Im więcej razy próbował,
tym bardziej był zdenerwowany, a zaklęcia wciąż nie wychodziły. Dopiero za
dokładnie dwudziestym pierwszym razem udało mu się przemienić węża w coś
innego, co z pewnością spodoba się jego rodzicielce.
Trzymał w dłoni złoty naszyjnik z zawieszką w kształcie
kwiatu lawendy. Wąż zmienił się w kwiat, a zielone zdobienia stały się
fioletowymi. Naszyjnik wyglądał idealnie, a on miał dobry prezent.
Położył się na łóżku, rozmyślając o swojej magii. Po raz
kolejny. Denerwował go fakt, że zaklęcia mu nie wychodziły, a raczej zwykle nie
wychodziły. Raz na ileśdziesiąt razy magia się nad nim litowała i coś mu się
udawało.
Czy gdyby rzucił sam na siebie któreś ze swoich zaklęć,
podziałałoby tak samo, jak na innych? Czy spaliłby się od Ardento? Zamroził od Deglacio?
A może wykrwawił od Feritagre? Mógł
też spróbować nowego Lessurium. Wolał
jednak nie próbować żadnego z nich, bo jeszcze straciłby życie i kto by go
zastąpił? Na pewno nie Riddle, bo ten miał wystarczająco na głowie ze swoim
Voldemortowaniem i byciem „świetnym” przywódcą Slytherinu. Miał ochotę go
wyśmiać. Zrobiłby to, gdyby Riddle był przy nim i mógł to usłyszeć.
Włożył naszyjnik do kieszeni spodni, po czym wyjął spod
poduszki księgę zaklęć. Przewrócił do strony z nowym zaklęciem. Jak na razie
pojawiła się tylko nazwa oraz wstępna ocena na skali morderczości, chociaż
jeszcze go nie sprawdzał. Miało osiem i pół gwiazdki, więcej niż Ardento.
Zdecydowanie musiał je przetestować na Lucianie. Skoro było
bardziej mordercze niż Ardento, to
zostało właściwie stworzone dla Luciana. Pójdzie do niego zaraz po świątecznej
kolacji.
Te święta robiły się coraz ciekawsze. Nie mógł się doczekać,
co się stanie później i aż sprawdzi działanie Lessurium. Brzmiało jak coś, co zaboli ofiarę.
***
Jadalnia została w całości udekorowana na święta przez
skrzaty. Na ścianach porozwieszane zostały girlandy, a także dekoracje w
kształcie gwiazd i skarpet. W rogu pomieszczenia stała wielka choinka, pachnąca
igłami, a pod nią piętrzyła się góra prezentów.
Prezenty od zawsze były ulubioną częścią świąt dla Baza,
zaraz po jedzeniu. Kolacja stanowiła trzynaście potraw, z czego większość to
były owoce morza – kawior, ostrygi, a z pewnością także nadziewane ślimaki.
Zasiedli do stołu w eleganckich ubraniach. Każdy z rodziny
wyglądał nienagannie. Zresztą, jeśli by tego nie zrobił, czekałby go wywód o
tym, że zawiódł wszystkich swoich przodków, rodzinne motto i bycie porządnym
Francuzem. Nikomu nie chciało się tego słuchać, więc starali się spełniać
wymagania.
Posiłek minął im w miłej atmosferze. Nikt się do nikogo nie
odzywał, jedli w całkowitej ciszy i tylko spoglądali po sobie, sprawdzając, czy
każdy zachowuje się poprawnie.
Po kolacji przeszedł czas na rozpakowywanie prezentów. Basil
otrzymał między innymi nową miotłę, której prawdopodobnie i tak nie użyje, a do
tego górę słodyczy. Dali mu prezenty jak do małego dziecka. Były to dla niego
także prezenty urodzinowe. Traktowali go, jakby wciąż miał jedenaście lat, nie
umiał sobie radzić w życiu i ciągle chciał jeść słodycze.
Nawet nie wyobrażali sobie, co tak naprawdę robi ich syn w
Hogwarcie. Że krzywdzi ludzi, a nawet zabija. Że szuka zaginionych
niebezpiecznych przedmiotów. Działu w bibliotece, który został ukryty przez
samego Salazara Slytherina i prawdopodobnie jest pełen czarnomagicznych ksiąg,
jakich nikt nie widział od bardzo wielu lat.
Wciąż uważali go za dziecko. Miał już szesnaście lat i
spotkało go więcej przygód, niż mogliby sobie wyobrazić. Nie mógł im tych
historii oczywiście opowiedzieć, bo większość zawierała martwych ludzi i bliskiego
śmierci Basila.
Ojciec ucieszył się z prezentu, jaki mu dał. Podziękował
Basilowi za otrzymany zegarek i od razu go założył i dostosował do swoich
planów.
Następna była matka. Zapakował naszyjnik w małe liliowe
pudełko z kokardką i zaczarował (za piętnastym razem się udało), żeby pachniało
kwiatami przy otwieraniu.
Z uśmiechem powąchała wydobywający się ze środka zapach. Jej
uśmiech tylko się pogłębił, gdy
zobaczyła prezent. Wyciągnęła naszyjnik z pudełka i od razu pokazała
mężowi.
– Jaki piękny – powiedziała, przyglądając się zawieszce.
Podniosła głowę na syna. – Skąd go wziąłeś?
Obawiał się tego pytania. Kłamanie nie sprawiało mu
najmniejszych problemów, ale świąteczny nastrój i myśl o Lucianie w lochach
wywołały u niego nastrój do mówienia prawdy. Jeśli nie całej, to chociaż
częściowej.
– Sam to zrobiłem – pochwalił się. Nie było to całkiem
kłamstwo. Sam to transmutował z innego naszyjnika, czyli sam wykonał aktualny
model. – Pomyślałem, że coś takiego ci się spodoba.
Przytuliła go mocno, a on tylko stał, niezręcznie ją
obejmując. Nie przepadał za uściskami czy też jakimikolwiek ludzkimi
zbliżeniami. Napawały go obrzydzeniem, odkąd tylko zaczął w Hogwarcie trafiać
na obściskujące się pary.
Odsunęła się od Basila. Odsunęła włosy na bok i kazała
mężowi założyć sobie nowy naszyjnik, w kółko powtarzając, jaki to on jest
piękny. Wiedział, że jej się spodoba, ale nie, że aż tak bardzo. Zaczynał
powoli żałować dania jej tego.
– Dobra robota, Baz – szepnął do niego ojciec, by matka nie
usłyszała. – Teraz będzie chodzić wniebowzięta przez co najmniej tydzień.
Tylko, proszę, nie pakuj się w tym czasie w kłopoty.
Pokiwał zgodnie.
– Nie musisz się o mnie martwić. Chyba pójdę przetestować
miotłę, w porządku? – zapytał, unosząc trzymaną w dłoni miotłę ku górze.
– O tak. Musisz ją
przetestować. To najnowszy model, jak na razie dostępny jedynie we Francji dla
kilku wybranych osób. Oficjalnie wyjdzie dopiero za trzy miesiące. Możesz
pochwalić się w szkole.
Gdyby tylko chociaż w najmniejszym stopniu interesowało go
latanie na miotle. Było tyle o wiele wygodniejszych środków transportu. Miotły
były przereklamowane.
Wyszedł z jadalni, zostawiając rozradowanych rodziców. Matka
cieszyła się z nowego naszyjnika, a ojciec z tego, że ona była w dobrym
nastroju. Basil niezwykle rzadko widywał ją w złym humorze, zawsze była przy nim
uśmiechnięta i radosna, oprócz momentów, gdy coś zepsuł i został na tym
przyłapany albo powiedział coś nie tak.
Wrzucił szybko miotłę do swojego pokoju, gdzieś w kąt, po
czym zszedł do piwnicy. Główna część piwnicy rzeczywiście była zapuszczona,
pełna pajęczyn i kurzu. Na pierwszy rzut oka nie było w niej niczego ciekawego.
Żadnych cennych obiektów, tylko same rupiecie. Ale jeden z tych rupieci skrywał
przejście do lochów. Do znacznie ciekawszej części piwnicy.
Podszedł do wieży zegarowej, wyższej od niego o głowę i
wypowiedział głośno i wyraźnie:
– C'est tout pour toi.
Zegar odsunął się, szurając po kamiennej podłodze. Oczom
Basila ukazało się ciemne przejście. W środku nie było żadnego źródła światła,
ani jednego okna czy żarówki. Nie było nawet świeczki. Spodziewając się, że Lumos może zawieść, zostawił sobie przy
wejściu niegasnącą lampę. Cały czas się świeciła, nie zważając na warunki i
gasła tylko wtedy, gdy trzymająca ją osoba sobie tego zażyczyła.
Wziął ją do ręki i ruszył dalej. Zegar od razu wsunął się na
miejsce, ukrywając przejście do lochów. Nie minęło wiele czasu, a już był na
miejscu. Oświetlił sobie pomieszczenie. Lucian wciąż był tam, gdzie go
zostawił, tylko teraz siedział oparty o ścianę. Zakrył twarz dłonią, widząc
jasne światło lampy.
– Pobudka, branleur. Mamy święta, nie cieszysz się? Dałem ci
najładniejszą celę w prezencie – powiedział Baz, uśmiechając się. Patrzył z
wyższością na Luciana. – Może chciałbyś coś przekąsić? W ofercie mamy powietrze
i debili, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi.
Lucian splunął na podłogę, najbliżej butów Basila, jak
potrafił. I tak ślina minęła je o dobre dwadzieścia centymetrów.
– Nawet się nie postarałeś – mruknął Basil, spoglądając
przelotnie na plamę śliny. Obrzydliwą plamę. Ktoś będzie to musiał później
posprzątać i z pewnością nie będzie to on. – Czas na zabawę.
Wyjął z kieszeni spodni niewielki kluczyk. Włożył go do
otworu, lekko przekręcił, a drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.
Podszedł do Luciana, cały czas patrząc na niego z góry.
Okazywał swoją wyższość, perfekcję, gdy Puchon leżał zwinięty w kłębek,
chroniąc się przed zimnem i czymkolwiek, co chowało się w ciemnościach
rezydencji. Basil nie miał wątpliwości, że jest tam jakiś krasnal albo niższego
sortu bestia, którą nie potrafią zająć się ich jakże niekompetentne skrzaty
domowe.
W ciemności kryła się też Ciemność. Ta Ciemność, która na niego poluje, o której nie chcą mu
nic powiedzieć rodzice i którą zaczął słyszeć w swoich myślach. Powoli robiło
się coraz gorzej.
Chwycił Luciana za ramię i mocno nim szarpnął, ustawiając go
do pionu. Puchon próbował się opierać, ale nie miał szans przy Basilu. Wyciągnął
go z celi, a tym samym z miejsca, gdzie Puchon nie mógł wykonywać magii. Ale co
to za zabawa, kiedy nie ma magii?
– Spokojnie – powiedział do wciąż szarpiącego się Luciana.
Tak strasznie go denerwował, a jednocześnie wywoływał u niego pewnego rodzaju sympatię.
A tego Basil znieść nie mógł. – Chcesz wrócić do klatki?
– Dlaczego to robisz?
Basil rozłożył ręce.
– Dlaczego? Bo chcę, a jak czegoś chcę, to to dostaję. Ty
chciałeś dowiedzieć, co stało się z twoją kochaną i dość głupiutką, jak jej
było… Marion? Och, tak. Teraz mogę ci powiedzieć.
– Co powiedzieć?
– Zabiłem ją. Ja. Była cholernie wkurzająca i oglądanie jej
śmierci sprawiło mi ogromną przyjemność. Tak samo będzie w twoim przypadku.
Dlaczego Puchoni muszą być takimi kretynami? Nawet cię polubiłem, wiesz? Nie
poddawałeś się łatwo. Dawno nikt się tak nie trudził, żeby być przy mnie.
Całkiem miłe uczucie… Ale czas to zakończyć. Stałeś się problematyczny. Jakieś
ostatnie słowa?
– Jesteś chory.
– A ty zaraz będziesz martwy. Powiedz mi tylko, po cholerę
za mną łaziłeś? – zapytał, kopiąc Luciana w goleń. Uśmiechnął się, widząc jak
blondyn krzywi się z bólu. – Sam się o to prosiłeś.
Pchnął Luciana na podłogę zaraz po przekroczeniu granicy
dzielącej jego celę z resztą piwnicy.
– Dostałem, co chciałem – szepnął Lucian tak cicho, że Basil
niemal uznał to za szmer wiatru.
Już chciał pytać, czego chciał, ale coś mu podpowiadało, że
i tak nie dostanie odpowiedzi. Żeby nie tracił czasu na przegrana sprawę. Na
pieprzonego Puchona. Nie był wart ani sekundy jego czasu. Już i tak poświęcił
go zbyt dużo.
– Chciałem zachować cię przy życiu jeszcze chwilę, ale
naprawdę nie mogę cię znieść – powiedział Basil. Obrócił kilka razy różdżkę w
dłoniach, po czym wycelował ją w Luciana. – Lessurium!
Lucian wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk. Brzmiał
jak dzikie zwierzę, które doznało śmiertelnego obrażenia podczas polowania.
Agonia. Strach. Przerażenie. Jego oczy błądziły po pomieszczeniu, nie
zatrzymując się w jednym miejscu na dłużej niż pół sekundy, na Basila nawet nie
poświęcił jednej dziesiątej sekundy. W ogóle na niego nie patrzył. Wił się na
ziemi, próbując złapać oddech. Otwierał usta i je zamykał, ale do środka nie wydobywało
się powietrze. Z każdą mijającą sekundą robił się coraz bardziej fioletowy,
tracił zasoby powietrza. Dusił się.
Podobno w ciągu od trzydziestu do stu osiemdziesięciu sekund
odkąd zaczyna człowiekowi brakować powietrza, ten traci świadomość. Po minucie
zaczynają umierać komórki mózgowe. Po trzech minutach uszkodzenie mózgu jest
niemal nieuniknione. Po pięciu minutach, śmierć jest już bliska. Jeśli nawet
ktoś przeżyje dłużej, czeka go tylko śpiączka i uszkodzony mózg. Po piętnastu
minutach nie ma już szans na przeżycie.
Basil przyglądał się temu z zafascynowaniem jego śmierci.
Powolnej i bolesnej śmierci, idealnej dla Luciana Kennarda.
Ale zaklęcie nie polegało tylko na duszeniu go. O nie.
Jednocześnie na skórze chłopaka pojawiły się setki malutkich czarnych plamek, wędrujących,
jakby w poszukiwania źródła. Zbliżały się do siebie i oddalały. Każda z nich
była niczym szpileczka – wbijała się w ciało blondyna, kalecząc je, powodując
ból, ale bez krwi.
Lucian umierał, a Basil uśmiechał się tryumfująco. Robił to, dopóki nie uświadomił sobie, że Lucian wcale nie zostaje uśmiercany przez jego zaklęcie. Popadał w stan głębokiej katatonii.
Tak naprawdę to miał umrzeć, ale uznałam, że to będzie zbyt proste. Ostatnie dwa zdania dodałam na chwilę przed publikacją i chyba z 10 minut spędziłam na czytaniu o katatonii. Teraz wiem o niej zdecydowanie zbyt dużo. Pisanie uczy!!
Twój blog - The One That Got Away - został właśnie wylosowany na Blog Miesiąca - Październik w kategorii Fan Fiction !
OdpowiedzUsuńBędzie on dumnie reklamowany na Katalogowym Świecie przez okrągły miesiąc, w bocznej kolumnie szablonu.
Blog zostanie również wpisany do zakładki Blogi Miesiąca gdzie pozostanie na stałe, można w niej zostawiać również komentarze. Dodatkowo w kategoriach w których jest zapisany, pod opisem pojawi się dopisek o wyróżnieniu oraz blog zostanie dodany do specjalnej kategorii "Blog Miesiąca".
Pozdrawiam, gratuluję i życzę weny!
Założyciel i główny administrator, Emily.
Logika Luciana jest genialna. Gdyby jeszcze mieli trochę oleju w mózgu. Faktycznie, najlepszym pomysłem jest śledzenie niebezpiecznego gościa w nieznanej dzielnicy, gdzie od razu wyglądasz na podejrzanego. Puchoni są genialni.
OdpowiedzUsuńTrochę przykre, że rodzice Baza trochę go nie ogarniają. Chociaż hej, słodycze są zawsze super jako prezent, trochę szacunku.
Jak można jeść na kolację owoce morza? A gdzie zieminaki?
Co najlepiej zrobić zaraz po kolacji wigilijnej? Torturować człowieka? Czemu nie. Szczególnie, jak można wypróbować nowe zaklęcie, dwa w jednym.
Cięte wypowiedzi Baza do Luciana, świetnie mu poszło dołowanie go jeszcze bardziej.
Poza tym, uważam, że ktoś powinien przeczytać ten rozdział. Niech zobaczy, co robisz z jego imieniem.
Weny!
Przynajmniej go znalazł. Puchoni są dobrzy w znajdywaniu rzeczy.
UsuńPrzejrzałam typowe francuskie świąteczne dania i nie było tam ziemniaków!! Okropne!!
Niech czyta, niczego nie żałuję. Pisanie scen z Lucianem sprawia mi ogromną przyjemność, szczególnie, kiedy on cierpi.
Wzajemnie!
Hej ho, zgadnij kto to! To ja!
OdpowiedzUsuńChcę w końcu być na bieżąco, ale to nie moja wina, że dodajesz tak często.
Co się dzieje? Lucjan nie umarł? Ehh...
Moja mama też lubi lawendę, chyba już wiem co jej kupię na urodziny.
Wszystko tak się kręciło wokół Lucjana, że już nie wiem co więcej napisać.
Jak się uda to przeczytam do końca.
A co jakby Basil użył Candace na Lucku? XDDD
OdpowiedzUsuń