sobota, 8 lipca 2017

Feritagre

Pragnę rozpocząć ten rozdział od funfactu: jedną z potencjalnych nazw dla Ardento miało być Grillerio.

Zanim wyszedł na spotkanie z rodzicami, musiał znaleźć inną koszulę.
Tym razem zaklęcie było krwawe – poprzednie nie zostawiały po sobie namacalnych śladów. Ardento trochę go popiekło, Deglacio zmroziło, a Feritagre sprawiło, że krwawił. I ta krew nie zniknęła, tylko pozostała tak samo na jego piersi, jak na koszuli.
Gdyby ktoś go znalazł zaraz po pojawieniu się zaklęcia, pomyślałby, że został dźgnięty albo wdał się w bójkę z kolegami z domu. Tylko, że na jego ciele nie było żadnych obrażeń, sama krew.
Jak wcześniej, zapisał słowo na pierwszym lepszym kawałku papieru, żeby później się nim zająć.
Dyrektor zaproponował, że do Hogsmeade odprowadzi go któryś z nauczycieli. Nie mógł przecież sam, ot tak, wyjść sobie z Hogwartu. Ktoś musiał go pilnować. Na szczęście, miał mu towarzyszyć Slughorn. Z łatwością się go pozbędzie.
Wymknął się z pokoju wspólnego niepostrzeżenie. Wszyscy tam obecni byli zajęci swoimi sprawami, nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi.
Przed wejściem czekał na niego profesor, gawędząc z nikim innym, jak Tomem. Riddle zawsze podlizywał się opiekunowi domu, był jego ulubionym uczniem. Gwiazdą, która kiedyś odniesie ogromny sukces i będzie znana w całym czarodziejskim świecie. Nie miał co do tego wątpliwości.
– Gotowy? – zapytał Slughorn, gdy zauważył jego pojawienie się.
Riddle posłał mu pytające spojrzenie. No tak, nie wiedział. Nikt poza niektórymi nauczycielami nie wiedział o jego spotkaniu z rodzicami. Powiedział Tomowi tylko, że wybiera się do Hogsmeade, nie wspomniał, z jakiego powodu.
Zastanawiał się, czy idzie bezgłośnie przedstawić słowa „nie twój interes”.
– Im szybciej będę miał to za sobą, tym lepiej. Właściwie – Zerknął na Toma, jakby obawiając się, że jakimś sposobem poznał jego tajemnice i zaraz wyjawi je profesorowi – może pójdę sam? Pan pewnie ma dużo na głowie. Domyślam się, że jest ogrom spraw, które muszą zostać przez pana załatwione, bo kto inny by to zrobił, jak nie pan? Sam sobie poradzę.
– Och, nie, Basilu. Nie możesz sam wychodzić – zaprotestował szybko Slughorn.
– To tylko Hogsmeade, byłem tam milion razy. I jeszcze moi rodzice tam są, już czekają. Co złego może mnie spotkać w miasteczku, takim jak Hogsmeade?
Profesor wciąż nie wyglądał na całkiem przekonanego. Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Zastanawiał się. Spojrzał raz na niego, raz na Toma, zastanawiając się, co powinien zrobić.
Riddle, jak zawsze będąc dobrym przyjacielem, postanowił mu pomóc.
– Mogę potowarzyszyć Bazowi, jestem prefektem. Dopilnuję, żeby nic mu się po drodze nie stało – przekonywał go Tom.
– Chłopcy, powinien być tam z wami opiekun. 
– Przecież wie pan, że damy sobie radę. Razem z Tomem znamy Hogsmeade jak własne kieszenie, a może nawet lepiej.
Slughorn kilka razy pokręcił głową, nie chcąc się zgodzić. W końcu jednak westchnął, zrezygnowany i machnął na nich ręką.
– Rzeczywiście jest kilka rzeczy, którymi muszę się zająć… Jakby ktoś pytał, byłem tam z wami. Nie chcemy robić sobie niepotrzebnych problemów, prawda, chłopcy?
Baz tylko lekko się uśmiechnął w podziękowaniu. To było łatwiejsze, niż przypuszczał. Obecność Riddle’a ułatwiła mu zdobycie zgody. Ten jeden raz był zadowolony z jego obecności.
Najchętniej udałby się do Hogsmeade samemu, ale jeśli miał wybierać między Riddlem a Slughornem, to zawsze wybierze tego pierwszego. Przy nim przynajmniej nie musiał udawać grzecznego całą drogę.
– Którędy idziemy? – zapytał Tom, gdy się oddalili.
– Jednooka wiedźma? – zaproponował.
Była to krótsza droga niż ta, którą normalnie wychodzą w weekendy do Hogsmeade. Dowiedział się o niej od starszych Ślizgonów, którzy opuścili już Hogwart. Podsłuchał ich rozmowy, a potem okazało się, że na trzecim piętrze kryje się sekretna droga do miasteczka.
On i Tom byli jedynymi, którzy o niej wiedzieli. Dotychczas, po ukończeniu szkoły przez tamtych, nie widzieli nikogo więcej w korytarzu. Czasem korzystali z niego, by niezauważonym wyjść ze szkoły.
Szybkim krokiem udali się na trzecie piętro. Cichy odgłos ich butów dotykających zimnej podłogi ginął wśród dźwięków. Wśród rozmów, śpiewu ptaków (którym Baz najchętniej połamałby za to karki) i wszechobecnych śmiechów.
Na trzecim piętrze na szczęście nie było żywej duszy. Nikogo, kto mógłby sprawiać problemy.
Przy posągu Gunhildy z Gorsemoor Baz usłyszał pytanie Toma:
– Dobra, Baz, po co tak naprawdę tam idziesz?
Zastanowił się nad odpowiedzią, przyglądając się podobiźnie szkaradnej czarownicy. Wychudzona, z wiszącą na niej szatą i tylko jednym okiem, zdawała się straszniejsza niż wszystkie duchy Hogwartu razem wzięte.
– Mam się tam spotkać z rodzicami. Chcą, żebym wrócił do domu. Nie musisz ze mną iść, już i tak za tobą nie przepadają.
Podczas pierwszego roku w szkole, opowiadał rodzicom o nowych kolegach, głównie o Tomie, ale im więcej im mówił, tym bardziej nie odpowiadało im towarzystwo, w jakim obraca się ich syn. Wciąż powtarzali, żeby trzymał się z dala od Toma, ponieważ ma na niego zły wpływ. Puszczał to mimo uszu, bo jak można unikać własnego współlokatora?
– Nie przepadają za mną? – zapytał Tom, całkowicie ignorując wiadomość o tym, że Baz ma wrócić do Francji. – Przecież nigdy mnie nie… Mówisz o mnie swoim rodzicom? – Wydawał się poruszony tym odkryciem. Dotknął dłonią swojej piersi, a kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
– Nie wyobrażaj sobie za wiele, ‘Mas. Zwykle na ciebie narzekam i mówię, jaki z ciebie kontrolujący kretyn.
– Wciąż.
Wypowiedział hasło, a garb wiedźmy szybko się otworzył, ukazując kamienną zjeżdżalnię. Oboje zjechali nią na dół, do zimnego korytarza.
Czy zrobiłoby się cieplej, gdybym rzucił Ardento?, przeszło przez myśl Bazowi, ale wolał nie ryzykować. Co, gdyby w ten sposób, zamiast wywołania ciepła, rozpaliłby ogień?
Znał podziemne korytarze Hogwartu lepiej niż jakakolwiek inna osoba w tej szkole. Wiedział, dokąd każdy prowadzi, w którą stronę skręcić, by dotrzeć, gdzie chciał. Wszystkie były w nienaruszonym stanie. Niewiele osób nimi chodziło, odkąd powstały.
Pewnie miały stanowić pewien sposób na ewakuację uczniów, na wypadek ataku, ale po jakimś czasie całkowicie o nich zapomniano. Pokryły się kurzem i pajęczynami, czekając na kogoś, kto znów nimi przejdzie.
Starał się unikać kontaktu z czymkolwiek, co mogłoby go pobrudzić. Nie chciał pokazać się rodzicom w ubraniach pokrytych pajęczynami i z pająkami we włosach. Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie miny swoich rodziców, widzących go w takim stanie.
Po kilku metrach Tom rzucił Lumos, nie ufając „świetnemu” wzrokowi Basila w ciemności. Światło wydobywające się z różdżki rozjaśniło kamienne ściany. W niektórych miejscach kryły się cienkie wgłębienia. Ślady paznokci.
Wcześniej nie zwracał uwagi na to, co było na ścianach. Skupiał się jedynie na tajemnych przejściach i tym, co ma pod nogami.
– Jak z twoją Komnatą? – zagadnął Toma. Był ciekaw, czy dowiedział się czegoś więcej.
– Bazyliszek pragnie, bym go odnalazł i uwolnił. Istnieje jedno przejście do Komnaty. Muszę je znaleźć. Oczywiście liczę na twoją pomoc, Baz.
– Jeśli ładnie poprosisz.
Tom prychnął.
– W takim razie zadowolę się Averym albo Lestrange’em. Twoja strata.
– Z pewnością daleko z nimi zajdziesz. Są równie kompetentni, co zgraja indyków – zakpił, patrząc przed siebie. Byli już w połowie drogi. – Utopiliby się w deszczu.
– Dopóki się słuchają, to nie widzę powodu, żeby się ich pozbywać.
Zrobił sobie w głowie szybką selekcję myśli. Pozbył się tych, którymi nie chciał się w tej chwili martwić i skupił na reszcie. A jedną z tej reszty była dziewczyna, którą spotkał tydzień wcześniej. Była taka… zwykła, a jednak przyciągnęła jego uwagę.
Czy powinien zapytać Riddle’a o nią? Kojarzył więcej osób ze szkoły niż on, mógł ją znać.
Raz kozie śmierć.
– ‘Mas? – zaczął niepewnie. To był jego pierwszy błąd.
– Hm? – mruknął Tom. Szedł za nim, chociaż to on trzymał ich źródło światła.
Przynajmniej nie musiał patrzeć mu w oczy.
– Potrzebuję nazwiska jednej Krukonki. Brązowe włosy, dość niska, chyba rok młodsza. Ah, i jeszcze zna francuski – dodał na koniec, jakby wcale nie było to dla niego ważne. Prawdą było, że właśnie ta cecha liczyła się dla niego najbardziej. Cóż mogłoby być lepszego, niż osoba, z którą mógłby obrażać innych w jego rodowym języku? – Kojarzysz?
– Prawie połowa Krukonek jest niska i ma brązowe włosy, musisz być trochę bardziej precyzyjny.
Przywołał do siebie wspomnienie jej osoby. Moment, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. I znów poczuł ten zapach. Róże.
Starał się znaleźć w pamięci jakiś charakterystyczny punkt jej wyglądu. Zielone oczy się nie wyróżniały, różowe usta tak samo. Większość detali przesłaniała mu szata Ravenclawu.
– Pieprzyk nad wargą? Świecące kolczyki w kształcie gwiazd? – przypomniał sobie.
Oczy Riddle’a błysnęły.
– Chodzi ci o młodą Bolton? Jej brat był prefektem. Lubił odbierać nam punkty – Skrzywił się z odrazą.
Mgliście pamiętał Boltona. Chyba jedyne jego wspomnienie z owym Krukonem było sprzed dwóch lat, gdy tamten był w ostatniej klasie. Baz szedł korytarzem podczas ciszy nocnej i został przez niego złapany. Stracił tamtej nocy wiele punktów dla swojego domu, przez co kilka osób się zdenerwowało.
Czy mógł być bratem tamtej dziewczyny? Czy rzeczywiście była młodą Bolton?
– Skąd to nagłe zainteresowanie?
Wzruszył ramionami. Najchętniej w ten sposób odpowiadałby na każde zadane mu pytanie. Albo poprzez rzucenie śmiercionośnego zaklęcia.
– Podpadła mi. Chciałem wiedzieć, na kim mam się mścić – skłamał.
Tom nie wydawał się przekonany jego odpowiedzią, ale nie zadawał więcej pytań.
Kilka minut później dotarli do wyjścia. Znajdowali się w Miodowym Królestwie. W drodze na zewnątrz musieli uważać, by nikt ich nie przyłapał na gorącym uczynku.
Wymknęli się na zewnątrz, chowając się po kątach. Nikt nawet nie spostrzegł ich obecności, przez co Baz doszedł do wniosku, że zdecydowanie powinni poprawić ochronę w tym sklepie. Z łatwością można było ich okraść.
Państwo Oullettowie mieli czekać na niego w Pubie pod Trzema Miotłami. Riddle zaproponował, że zajmie się sobą, kiedy on będzie próbował przekonać rodziców, że powinien zostać, a nie wracać z nimi. Jeszcze Riddle’a tam brakowało. Gdyby tylko ich razem zobaczyli, pewnie od razu kazaliby Tomowi trzymać się od niego z daleka.
W samotności udał się do Pubu. Jak tylko wszedł do środka, uderzyło go ciepło tamtego miejsca. Palące się w kominku drewno dostarczało nie tylko ciepła, ale również nadawało gospodzie przytulnego charakteru, a dzięki kominkowi, mogli się tam przenosić czarodzieje z dalszych miejsc.
Szybko ich zauważył. Wyróżniali się wśród wszystkich obecnych tam czarodziei. Wokół nich unosiła się ta arystokratyczna aura, a powietrze od razu nabierało zapachu lawendy.
Jego matka, Arlette, mimo mijających lat, wciąż wyglądała pięknie. Może i miała już kilka małych zmarszczek, ale one ani trochę nie oszpecały jej twarzy. Miała na sobie elegancką czerwoną suknię, którą otrzymała od jego ojca na ostatnie urodziny. Ten strój pasował bardziej na jakiś bal niż spotkanie z synem w pubie.
Ojciec, Pierre, również wyglądał nie na miejscu w szarym garniturze. Jego laska oparta była o zajmowane przez niego krzesło. W jego przypadku nieco bardziej widać było oznaki starzenia. Czarne włosy przerzedzone były szarymi nitkami, tak samo jak jego kozia bródka.
Matka patrzyła na niego z zatroskaniem, a ojciec z powagą, pewnym oczekiwaniem.
Usiadł naprzeciwko nich. Wszystkich obecnych w Pubie czekała miła francuska kłótnia.
– Bonjour, mère. Père. – Skinął na ojca głową.
– Basileus – zwróciła się do niego matka. – Spakowałeś się? Wracasz dzisiaj z nami.
Złożył ręce i oparł je na stole.
– Odnośnie wyjazdu… Co jest tak ważnego, że muszę wracać?
Rodzice spojrzeli po sobie, jeden szukając pomocy u drugiego.
– Zanim się urodziłeś, twoja matka została przeklęta – wyznał Pierre. – Sądziliśmy, że to tylko żart, ale kiedy otrzymaliśmy wiadomość o tym, że wylądowałeś w skrzydle szpitalnym… Wszystko zaczęło nabierać sensu. – Nie dla Baza. On jedynie wpatrywał się w rodziców, zdezorientowany. – Czyha na ciebie ogromne niebezpieczeństwo, Basilu.
– Co za niebezpieczeństwo? I czemu została przeklęta? Jak? – Tak wiele pytań zaprzątało jego głowę. Potrzebował odpowiedzi na każde z nich.
Tym razem odpowiedziała mu Arlette:
– To, dlaczego zostałam przeklęta opowiem ci innym razem. Chodzi o to, że siły zła cię szukają. Będą próbowały tobą zawładnąć, przeniknąć do kości i zmienić twoje serce w kamień. Strzeż się ciemności. Strzeż się ciemności – powtórzyła łamiącym się głosem.
– Siły zła? Poważnie? Chyba nie sądzicie, że uwierzę w coś takiego…
Pierre obrzucił go piorunującym spojrzeniem.
– Jeśli wszystko okaże się prawdą, jesteś w niebezpieczeństwie, synu. Ciemność cię szuka, a ty nie możesz pozwolić się złapać.
To, co mówili mu rodzice, nie miało dla niego żadnego sensu. Ciemność? Niebezpieczeństwo? Przecież to typowy dzień dla Ślizgona.
– Załóżmy, że wam wierzę i jest to prawdą – powiedział, podnosząc do góry palec wskazujący. – Uważacie, że w domu będę bezpieczniejszy? Mniej podatny na „siły zła”. – Starał się nie brzmieć sarkastycznie. Z mizernym skutkiem.
– W domu będziemy mogli cię chronić.
– W Hogwarcie jest kilkaset czarodziei, którzy mogą mi pomóc. W domu będzie ich tylko dwójka. Wciąż uważacie, że lepiej będzie zabrać mnie ze sobą?
Oboje zgodnie kiwnęli głowami.
– Już raz wylądowałeś w skrzydle, co jeśli następnym razem cię nie uratują? Albo, co gorsza, zrobisz coś komuś?
Już za późno, pomyślał, przypominając sobie o Marion, na której przetestował działanie Ardento.
– Naprawdę sądzicie, że mógłbym zrobić komuś krzywdę? Nie ufacie własnemu synowi? Nigdy nie skrzywdziłbym innego człowieka.
– Tak, oczywiście, Basilu – odparła szybko matka. – To tylko dla twojego dobra.
– Jeśli zależy wam na moim dobrze, powinniście rozważyć pozwolenie mi na zostanie w jednym z najbezpieczniejszych miejsc na całym świecie.

***

– Jak ci poszło?
Tom czekał na niego przed Miodowym Królestwem, opierając się nonszalancko o ścianę.
– Nadal jestem w Anglii, jak widać – odpowiedział mu, wskazując na siebie. – I na razie zostanę. Musiałem się trochę nagadać, ale na razie to kupili.
– Musisz zrobić coś jeszcze czy możemy wracać?
Załatwił najważniejszą sprawę, więc mógł skupić się na innych. Na przykład na sprawdzeniu nowego zaklęcia.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, gdy zaczął wyobrażać sobie, co takie zaklęcie jak Feritagre mogłoby zrobić z człowiekiem. Chętnie zobaczyłby pociętego Luciana, ale niestety nie było go w okolicy, więc musiał znaleźć sobie inną ofiarę.
– Jest jedna rzecz, której chciałbym spróbować – mruknął tajemniczo.
– Ach, tak?
Ruszył w stronę znajdującego się kawałek dalej lasu. Stanowił dobre schronienie. Jeśli rzuci zaklęcie stamtąd, nikt go nie zauważy. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Tom dotrzymywał mu kroku, nie odzywając się ani słowem przez całą drogę do lasu.
Weszli pomiędzy drzewa. Każde z nich było wysokie na kilka metrów i rzucało długi, ciemny cień. A w cieniach skryli się oni. W tych zaroślach byli nie do spostrzeżenia, nawet z niewielkiej odległości.
– Co planujesz, ‘Mas? – zapytał szeptem Riddle. Wyglądał na wyraźnie zaciekawionego poczynaniami współlokatora.
– Nowe zaklęcie – powiedział krótko. – Mam dobre przeczucia.
Zaledwie kilka minut wcześniej rodzice mówili mu o tym, żeby nie robił nic złego i unikał ciemności. A on właśnie chował się w czarnym lesie, planując kogoś zaatakować. Rodzice nie byliby zadowoleni, widząc jego poczynania. Ale oni wrócili do Francji, więc nie miał się czym przejmować.
Tylko czy zaatakowanie szlamy było czymś złym? On robił coś dla dobra świata. Godził się na takie czyny, by uczynić czarodziejski świat lepszym.
Słyszał kiedyś o niejakim Hitlerze i jego rozkazie oznakowania żydów i sądził, że ze szlamami powinno robić się tak samo. Powinien wiedzieć, kto jest niżej w hierarchii niż on, kto ma mniejsze prawa.
Tak, gdyby stanął na czele ministerstwa, zrobiłby to samo, co Hitler. Powybijałby szlamy jak robaki. Pozbył się brudu z kuli ziemskiej, a zostawił tylko tych, mających jakieś znaczenie.
W zasięgu wzroku pojawiła się męska sylwetka nieznanego mu człowieka. Łysy facet z nadwagą szedł w ich stronę.
– Kto to? – spytał szybko Toma.
– Smith, pracuje Pod Świńskim Łbem. Stuprocentowa szlama. – Niczego więcej nie potrzebował.
Wycelował różdżką w mężczyznę i wyszeptał zaklęcie:
Feritagre.
Gdy tylko zaklęcie dosięgło Smitha, ten zaczął krzywić się z bólu, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk, tylko krew. Szkarłatna posoka sączyła mu się z ust, a także oczu i uszu. Krew zaczęła wydobywać się również spod jego koszuli, przesiąkając przez nią i spadając kroplami na ziemię.
Nie minęło pięć minut, a Smith leżał na trawie martwy, pozbawiony krwi.

4 komentarze:

  1. >"Nigdy nie skrzywdziłbym innego człoweka"
    >*pięć minut później*
    Czyli to zaklęcie to taka trochę bardziej hardkorowa wersja sectumsempry? To straszne, że Basil chciał wypróbować je na Lucianie, jak tak można. Dobrze, że znalazł sobie kogoś innego. Chyba.
    Założyłabym, że rodzice Baza nie lubią Toma przez jego pochodzenie, a nie wpływ na ich syna, ciekawe. Francuska arystokracja czarodziejska bardzo różni się od angielskiej. Poza tym, nie lubić Toma, eh? Co z nimi nie tak?
    Całkiem szybko wyjaśnili mu tę sprawę z tą klątwą, tak łatwo im to poszło, że aż się zastanawiałam, czemu nie zrobili tego wcześniej. No ale to ich decyzja.
    Slughorn jest debilem jak zawsze, ale tym razem nawet na dobre to wyszło. Chociaż byłabym ciekawa rozmów jego i Baza, mogłoby być śmiesznie xD
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lucian zasługuje na całe zło, jakie go spotka. Tbh miał umrzeć już dawno, ale postanowiłam być dobroduszna.
      Ah, klątwa. Jeszcze do tego wrócimy. Bo przecież nie może być tak łatwo, prawda? :)))
      Rozmawialiby o ślimakach!! I bazylii!! I wpływie bazylii na ślimaki!!
      Tobie również!

      Usuń
  2. Powoli wychodzę na prostą z tymi komentarzami.
    Bolton? Serio. To wcale nie było z myślą o Ramsay'u, prawda? Wcale...
    Zaklęcie miało być wypróbowane na Lucianie, eh.
    Przydałoby mi się jakieś Grillerio, bo zawsze jestem wykorzystywana do zrobienia grilla. To by mi bardzo ułatwiło sprawę.
    Chciałam skomentować następny rozdział, ale jestem troszku śpiąca. Wybaczysz mi? Jutro skomentuję xD
    Dobranoc!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już prawie ci się udało!
      Nie, wcale. To z myślą o całkiem innym Boltonie. Gdyby było o Ramsayu, miałaby jakieś psie imię albo nazwisko.
      Lucian jeszcze się doczeka, cierpliwości.
      Branoc!

      Usuń