sobota, 9 grudnia 2017

Zmiana perspektywy

Dwóch chłopaków siedziało na przeciwko niego z założonymi rękami, czekając na wyjaśnienia. Brakowało tylko dziewczyny, która przyszła razem z jednym z nich, ale została wyśmiana i odesłana przez Basila z powrotem do swojego dormitorium. To wyglądało jak jakaś akcja ratunkowa dla niego. Ale przecież on nie musiał być ratowany. Sam świetnie dawał sobie radę. Tak przynajmniej sam uważał.
– Co się z tobą dzieje? – zapytał jeden z nich, kładąc przy tym złożone ręce na stole.
Dormitorium Slytherinu nigdy wcześniej nie było tak puste jak teraz. Baz domyślał się, że Riddle musiał maczać w tym palce. Normalnie już dawno byłaby wokół nich zgraja ludzi, której połowa zachwycałaby się obecnością Toma, a reszta atakowałaby Jaspera za wtargnięcie do obozu wroga. A teraz była tam tylko ich trójka.
– Nie wiem, o czym mówicie – odparł Basil. Niczego bardziej nie pragnął jak bycia zostawionym samemu. Nie ułatwiali mu tego. – Nic się ze mną nie dzieje.
– Krzyczysz w środku nocy – wytknął mu Riddle. – Ciągle coś mamroczesz pod nosem jak szalona osoba. Wychodzisz gdzieś i znikasz na całe dnie.
Chciał zacząć zaprzeczać, że wcale tak tego nie robi, ale uświadomił sobie, że może Riddle miał trochę racji. Po zajęciach zwykle chodził do biblioteki albo odwiedzał Ukryty Dział w poszukiwaniu nowych wskazówek, przez które często miał później koszmary w nocy.  
– Chodzę na lekcje. Czego wy jeszcze ode mnie oczekujecie? Pojawiania się na zajęciach dodatkowych? Dawania korepetycji młodszym?
– Chodzenia na posiłki, rozmawiania z ludźmi od czasu do czasu – zaproponował Jasper. – Miło byłoby wiedzieć, że jest w tobie trochę życia.
Dziwnie było widzieć Jaspera i Toma razem. Siedzieli przed nim i nie pozwalali mu ruszyć się nawet o krok. Basil dawno nie widział równie zgodnych ludzi, jak oni w tej chwili. Nawet nie zauważył, kiedy ci dwaj tak zaczęli interesować się jego życiem. I ze sobą rozmawiać. Przecież całkiem niedawno odbyli ze sobą pierwszą rozmowę, a teraz wspólnymi siłami starali się coś z niego wydobyć. Kto by pomyślał, że ten niebezpieczny przywódca Slytherinu zbrata się z upierdliwym-ale-nawet-znośnym Krukonem.
– Trochę życia we mnie? Och, nie, przykro mi. Od lat jestem martwy w środku. Spóźniliście się.
Nie zaśmiali się z jego żartu.
– Poważnie, Basilu – mruknął z niezadowoleniem Jasper. Dziwnie było słyszeć swoje pełne imię wypowiedziane przez kogoś niewiele starszego od niego. – Chcemy tylko, żebyś nie skończył w Mungu, bo spędzisz samotnie o kilka chwil za dużo i oszalejesz.
Riddle zatopił się głębiej w oparciu swojego fotela. Podpierał sobie podbródek dłonią, a jedna lekko uniesiona brew wskazywała na to, że ta rozmowa powoli zaczyna go nudzić. Nie tylko jego.
– Wyjmij kij z tyłka i daj sobie pomóc. Wiesz dobrze, że rzadko robię takie rzeczy. – Słowo „pomoc” nie przeszło Riddle’owi drugi raz przez usta. – Dalej, zbieraj się. Mamy za – Spojrzał na zegarek – dwanaście minut spotkanie Klubu Ślimaka.
Klub Ślimaka. Tylko tego mu zabrakło. Czy nie miał już dostatecznie dużo problemów z całą swoją egzystencją? Te spotkania były mu najmniej w tej chwili potrzebne. Rozumiał, że był wybitną osobą i miał świetlaną przyszłość, ale chodzenie na jakieś spotkania, żeby tylko móc być potem wykorzystywanym przez jakiegoś starego dziada nieszczególnie mu odpowiadało.
– Odpuszczę sobie dzisiejsze spotkanie. Powiedzcie mu, że mam randkę albo umarłem albo właściwie cokolwiek. Nie obchodzi mnie to.
– Z kim niby miałbyś mieć tę randkę? – zapytał Riddle z kpiącym uśmiechem. – Z Flint? A może z młodą Bolton?
Randka z młodą Bolton brzmiała jak nazwa jakiegoś słabego horroru, w którym on, Basil, miałby główną rolę i przez cały seans latałby za jakąś dziewczyną, żeby na końcu zostać przez nią zabitym. Albo zabić ją.
– Hm, nie. Hesketh?
Jasper ożywił się na dźwięk swojego nazwiska. Podniósł głowę szybkim ruchem, przez co niemal uderzył się w stojącą zaraz obok rzeźbę.
– Tak?
– Masz jakieś plany na dzisiaj? Idziemy na randkę – rzucił od niechcenia Baz, jakby właśnie pytał, czy Jasper ma chusteczkę, nie chęć na umówienie się z nim.
Spodziewał się, że Jasper zakrztusi się powietrzem albo chociaż wykpi go za tę propozycję. Że powie, że gdyby ktoś nieodpowiedni usłyszał te słowa, to by go zamknęli albo wysłali na leczenie. Że go uderzy. Że zrobi cokolwiek, ale on tylko delikatnie się uśmiechnął.
– Przykro mi. Jestem na dzisiaj umówiony ze Slughornem. Może innym razem.
Riddle uniósł do góry palec, uciszając ich obu. Wykrzywiał usta w niezadowolonym grymasie.
– Baz, tłumacz się. Dlaczego niby Hesketh jest twoim pierwszym wyborem, nie ja? – odezwał się urażony.
– Nie sądziłem, że jesteś zdolny do odczuwania jakichkolwiek uczuć. Także ten. Chyba jednak nie mam randki. Możecie mu powiedzieć, że umarłem. Chyba, że Bolton zgodziłaby się ze mną pójść, ale ona raczej jest dla mnie za... Grzeczna? Nieciekawa? Plątająca się? Tak, wszystko naraz.
Z jakiegoś powodu jego słowa wywołały śmiech Jaspera. Zakrył usta dłonią, ale wciąż widać było jego szeroki uśmiech, a dźwięk jego śmiechu odbijał się echem po całym pomieszczeniu. Basil i Tom zgodnie rzucili mu spojrzenia, które mówiły: „O co ci chodzi, koleś?”
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo twoja wizja Dancey jest odmienna od prawdy. Ona grzeczna? O nie. Dwa razy dostała szlaban za bieganie po Zakazanym Lesie, bo zauważyła w nim coś ciekawego. Czasem wymyka się nocami do wieży astronomicznej, żeby pooglądać gwiazdy. Raz próbowała przemycić do Hogwartu psa... Jest dość popularnym tematem w Ravenclawie. Nie wiedzieliście tego? To ona jest głównym powodem, dlaczego Ravenclaw w ostatnich latach ciągle traci Puchar Domów.
Wszystko, co właśnie przekazał im Jasper wydawało się być wyssane z palca. Ta mała zwykła dziewczyna jest odpowiedzialna za to wszystko? Niemożliwe. To do niej nie pasowało. Prawie wcale jej nie znał, ale to mu do niej zdecydowanie nie pasowało. Może jednak była ciekawszą osobą, niż mu się dotychczas wydawało?
– To brzmi całkiem... interesująco – skwitował Riddle. – Szanuję.
Słowa „szacunek” i „Tom Riddle” rzadko chodziły w parze.
– Dlaczego w ogóle miałbyś iść na randkę? – zapytał Basila Jasper. – Jest tyle innych wymówek, z jakich mógłbyś skorzystać. Zadania do odrobienia, drzemka albo chociaż czyjeś urodziny. Dlaczego akurat randka?
– Podobno miłość jest dobrą wymówką na wszystko. „Zrobiłem to z miłości.” Słyszałeś kiedyś o Romeo i Julii? Tristanie i Izoldzie? Kleopatrze i Marku Antoniuszu? Oni zrobili to z miłości. Zostało im wybaczone.
– Każda z wymienionych przez ciebie par umarła, bo się kochała. To okropne przykłady – mruknął Jasper.
– A nie o to właśnie chodzi w miłości? Umierasz, bo miłość tak naprawdę wcale nie jest taka fajna i sprowadza się do samego cierpienia.
– Nie, nie wydaje mi się.
Riddle wstał z fotela, przerywając im rozmowę o miłości.
– Idziemy. Ty też, Baz. Dopóki nie umrzesz, nie masz wystarczająco dobrego powodu, żeby nie pójść.
– To ja może pójdę już zaplanować swój pogrzeb, co wy na to?
– Za dużo żartów o śmierci – odparł Jasper, kładąc Basilowi dłoń na ramieniu. – Przestań.
Jego próby przekonania ich, żeby zostawili go w spokoju spaliły na panewce. Nawet grożenie im nie pomogło, a to zwykle załatwiało całą robotę. Ale niestety to nie były jakieś nieświadome jego niekompetencji dzieciaki, a osoby, które zdawały sobie sprawę z jego ograniczeń.
Niemal wypchnęli go za drzwi, tak się opierał przed wyjściem. Gdyby chciał, mógłby rzucić Deglacio i po prostu sobie pójść, ale nie miał ochoty marnować na nich magii. Nie byli tego warci. Całą drogę narzekał im, jak bardzo nie chce tam iść, mając nadzieję, że wreszcie zdenerwuje to ich na tyle, że pozwolą mu iść. Niestety nie podziałało.
– Co wam tak zależy na spotkaniach z tym dziadem? To zwykłe marnotrawstwo czasu. Wiecie, ile rzeczy mógłbym zrobić w czasie trwania tego spotkania? Na za piętnaście minut miałem zaplanowaną drzemkę, a później błąkanie się po korytarzach i użalanie się nad swoim marnym żywotem.
Tom i Jasper znów nie docenili jego cudownego poczucia humoru, jakim się z nimi dzielił tego dnia. Powinni czerpać z tego jak najwięcej, dopóki trwa. Zamiast tego, kręcili z dezaprobatą głowami.
– Co ci dzisiaj jest? – odezwał się Tom w którymś momencie. – Gdzie podziało się to całe wywyższanie się i bycie lepszym od innych? Podczas swoich całodniowych wycieczek tyle straciłeś, że została tylko marnota i żałość?
– Nie wiem, o czym mówisz. Nadal jestem lepszy od innych i cudowny, i znam swoją wartość, a ona wciąż jest wysoka. Mam dzisiaj humor do śmier...
I wszystko zaszło czernią.

– Co się właśnie stało? – zapytał Toma Jasper, podnosząc głos o kilka tonów.
Riddle tylko wpatrywał się w Basila jak zafascynowany. Pomachał mu dłonią przed twarzą, która zdawała się niczego nie widzieć. Oczy Baza stały się całe czarne, jak u osób opętanych przez demony, chciał dodać Jasper, ale zatrzymał tę uwagę dla siebie. Chłopak stanął w miejscu, nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, a całkowity brak jakichkolwiek, chociaż najmniejszych ruchów, przyprawiał Jaspera o ciarki.
Chwycił Baza za ramiona i spojrzał w jego niewidzące i dość przerażające oczy. Widział w nich tylko czerń. Niekończącą się pustkę. Ani razu nie mrugnął.
– Hej, Basilu, obudź się. – Potrząsnął nim. Nie poskutkowało. Czego on się spodziewał? – Dam ci ciastko, jeśli się obudzisz. Albo nawet dwa, jeśli nie rzucisz po tym niemiłego komentarza.
Stojący obok Riddle prychnął. Dotknął ramienia Jaspera, po czym odciągnął go na bok. Wyprostował się przed Francuzem, poprawił swoją szatę, a następnie z całej siły uderzył Basila w twarz. Cios wyglądał na mocny i wystarczający, żeby coś komuś złamać. Jasper skrzywił się z bólu od samego oglądania.
Po czymś takim człowiek powinien się obudzić, ocknąć, czy jakkolwiek inaczej można by nazwać wyjście ze stanu, w jakim właśnie znajdował się Basil. Nie podziałało. Wcale ich to nie zaskoczyło. Z Basilem coraz mniej rzeczy było ich w stanie zaskoczyć – nawet jego, Jaspera, który znał go od stosunkowo niedawna.
– Dalej, spóźnimy się przez ciebie – syknął Riddle, jakby ignorując fakt, że jego przyjaciel (Jasper wciąż nie był pewien czy byli przyjaciółmi, rywalami, czy tylko znoszącymi się ludźmi) jest prawdopodobnie opętany. – Zostały nam dwie minuty.
– Poważnie? To twoje największe zmartwienie? Boisz się, że spóźnisz się na spotkanie, kiedy dzieje się – Wskazał bezradnie na Basila – to.
Riddle spojrzał na niego wyzywająco.
– Może właśnie dlatego nie chciał, żeby mu przeszkadzano.
– Co nie znaczy, że nie mamy mu pomóc?
– Nie jest to na szczycie mo... – Nagle przerwał, a jego wzrok spoczął na Basilu.
Poruszył się. Nie był to jakiś wielki gest – zwykłe poruszenie ręką. Jego oczy wciąż nie wróciły do poprzedniego stanu, ale się poruszył. Jasper uznał to za częściowy sukces. Teraz wystarczyło tylko przywrócić jego wzrok – i pewnie umysł – do porządku.
Riddle chciał już wchodzić do klasy, zostawiając go samego z Basilem, kiedy ten zrobił kilka kroków w kierunku korytarza za rogiem. Stawiał stopy pewnie, jednak jego ruchy wyglądały na mechaniczne, jakby był tylko marionetką, sterowaną przez siły wyższe.
Jasper nigdy nie wierzył w Boga ani te wszystkie zabobony, religie, wyświęcanie jednej osoby jako kogoś najważniejszego w świecie. W kogoś, kto sprawował władzę całkowitą i miał wpływ na zachowanie ludzi, podejmowane przez nich decyzje, ich dalszy los. Jeśli rzeczywiście ktoś taki istniał, musiał mieć pokręcone poczucie humoru. Czy jakiś bożek opętał Basila? A może demon? Duch?
Odpowiedzią mogła być również magia. W końcu byli czarodziejami. Żyli w czarodziejskim świecie, w którym istniały zaklęcia, dzięki którym ludzie mogli przejmować władzę nad innymi. Na przykład taki Imperius. Obrzydliwe zaklęcie, ale niepowodujące czernienia oczu.
Riddle przez chwilę się opierał, ale postanowił razem z Jasperem podążyć za Bazem, opuszczając przy tym długo wyczekiwane spotkanie. Będą się potem musieli tłumaczyć, dlaczego się nie pojawili. Slughorn tak łatwo im tego nie odpuści.
Szli za chłopakiem przez długie korytarze. Jakimś cudem żadna z mijanych przez nich osób nie pytała, dlaczego Baz jest w takim stanie. Na wszelki wypadek Jasper ułożył sobie w głowie wymówkę: próbowali nauczyć się ważyć eliksir na kolejne zajęcia Eliksirów, ale zakończyło się to malutkim niepowodzeniem, przez co Baz tymczasowo oślepł.
Na szczęście nie musiał wypróbowywać swojej świetnej wymówki. Dotarli na koniec biblioteki bez większych problemów... dopóki nie podeszła do nich bibliotekarka z rozgniewaną miną. Nawet Basil się wtedy zatrzymał, chociaż pewnie nie mógł jej nawet zobaczyć. Gdy była zła, zmarszczka koło jej nosa niebezpiecznie się powiększała i sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała wybuchnąć i pochłonąć ich wszystkich w swojej obrzydliwości.
– A wy dokąd? – zapytała z założonymi na biodrach rękami. – Oullette, od miesięcy przetrzymujesz kilka książek. Jeśli nie zwrócisz ich w ciągu trzech dni, czeka cię porządna kara.
Część jego mózgu chciała postawić się pani Boone i powiedzieć jej, że nie mają teraz czasu na jej głupie problemy oraz żeby sobie poszła i dała im spokój. Racjonalna część, która na szczęście przeważała, uznała, że lepiej będzie spławić ją delikatniejszym sposobem. Okłamać ją.
– Pani Boone – powiedział nonszalancko, by zwrócić jej uwagę na siebie. Uśmiechnął się najsłodziej, jak tylko potrafił. – Dopilnujemy, żeby Basil zwrócił wszystko jak najszybciej. Jeszcze dzisiaj, jeśli uda nam się najpierw znaleźć jedną rzecz, jakiej szukamy.
– Panie Oullette, mógłby pan mieć na tyle przyzwoitości i odwrócić się do nas przodem – zauważyła.
Miała rację. On i Riddle odwrócili się twarzami do bibliotekarki, a Basil pokazywał jej swoje plecy. Lepiej, żeby tak zostało. Jasper wolał uniknąć tłumaczenia się, dlaczego chłopak wygląda tak, a nie inaczej, nawet mimo tego, że miał naszykowane wyjaśnienia.
– Jest dzisiaj lekko zdezorientowany – włączył się do rozmowy Riddle. – Miał ciężki dzień. Oberwał kilka razy książką w głowę... Nie wszystko do niego dociera. Pani Digby powiedziała, że powinno mu przejść po kilku godzinach.
– Tak, właśnie. Musimy go w tym czasie pilnować. Proszę mu wybaczyć to zachowanie. Nie robi tego specjalnie.
Coś mu mówiło, że gdyby Basil był w pełni sił umysłowych, to zachowywałby się jeszcze gorzej. I nieco niepokoiło go to, że wcale go to nie odrzuca, że nie chce tego jakoś naprawić, a zamiast tego tylko coraz bardziej intryguje. Interesowały go poczynania tego (czasami ślamazarnego) Ślizgona. Jego życie było momentami na tyle nudne, że ktoś taki jak Basil w pewnym sensie przywrócił mu zainteresowanie światem.
Bibliotekarka wciąż wpatrywała się w nich podejrzliwie, chcąc pewnie wykryć wszystkie kłamstwa, jakimi ją nakarmili – a kłamstwa były właściwie jedynym, co jej przekazali. Gdy Jasper był już prawie pewien, że zaraz im powie, żeby przestali ściemniać, ona westchnęła ciężko i machnęła na nich ręką.
– Oby wyzdrowiał jak najszybciej. Nie mam zamiaru przedłużać terminu.
Podniósł dwa kciuki do góry.
– Zwróci wszystko. Już my o to zadbamy.
Gdy odeszła, Riddle spojrzał na niego i pokręcił głową, jakby chciał tym powiedzieć: „Jesteś idiotą.”
Jak tylko zrobiło się bezpiecznie, Basil znów się poruszył. Położył dłonie na jednym z regałów i wyszeptał jakieś niezrozumiałe słowa. Brzmiały jak zaklęcia. Albo łacina. Albo francuski. To wszystko brzmiało tak podobnie, że Jasper miał czasem trudności z rozróżnianiem ich.
Regał rozsunął się, a ich oczom ukazało się ciemne przejście. Basil od razu ruszył do przodu, w korytarz, jakby robił to każdego dnia i nie było to ani trochę dziwne. W Hogwarcie znajdowało się wiele ukrytych przejść, wszyscy o tym wiedzieli, ale niewiele osób wiedziało, gdzie się znajdują. Najwyraźniej Bazowi udało się znaleźć jedno z nich.
Spojrzeli po sobie z Tomem, po czym niepewnie ruszyli za chłopakiem.
Korytarz nie był długi. Po zaledwie kilku krokach znaleźli się w jasno oświetlonym pomieszczeniu pełnym książek. Wyglądało to podobnie do jednej z jego wizji raju, ale tam byli jeszcze Einstein i Maria Curie. Tak, był tak typowy – jego największym marzeniem było posiadanie biblioteki z nieznanymi innym ludziom księgami i możliwość porozmawiania z wybitnymi i dawno nieżyjącymi ludźmi.
W samym środku pokoju stał Basil. Ku uldze ich obojga, jego oczy wróciły do normy. Wyglądał na zdezorientowanego. Jedyną rzeczą, jaka nie pasowała, była spoczywająca na jego głowie korona.
Wreszcie Basil się odezwał, a jego głos był wyjątkowo zachrypnięty:
– Co wy tu robicie? Co ja tu robię?


Zmiana perspektywy!! Macie kawałek Jaspera, jego moment. Nie planowałam robić z Baza/Toma/Jaspera Wielkiej Trójki, ale stało się. Boy squad czy coś. 

sobota, 25 listopada 2017

Witaj Ciemności, mój stary przyjacielu

Propozycja chłopaka była tak idiotyczna, że nie mógł powstrzymać się przed roześmianiem mu się prosto w twarz. Jasper nie wydawał się zaskoczony taką reakcją. Jego spojrzenie pytało tylko: „Poważnie?”, gdy czekał, aż Basil przestanie się śmiać. To zajęło dłuższą chwilę.
Jasper wciąż wpatrywał się w niego z pokerową twarzą, oczekując jakiejś odpowiedzi. Dlaczego Basil miałby się zgadzać na dołączenie się do niego kogoś jak on? Dołączenie się kogokolwiek?
Świetnie radził sobie samemu. Tyle razy pakował się w kłopoty i samemu się z nich wyplątał. Jak na przykład przed chwilą – zamknął się przypadkiem w ukrytym pomieszczeniu w bibliotece. Udało mu się odnaleźć wyjście i się wydostać. Odkrył przy tym też kolejny z ukrytych korytarzy Hogwartu. Po co więc był mu dodatkowy problem, jakim byłby Jasper?
Ostatnią osobą, jaka zainteresowała się poczynaniami Basila był Lucian i jak się to dla niego skończyło? Leżał teraz w lochu w śpiączce i być może stracił wzrok. Nie chciał, żeby taki los spotkał również Jaspera, wydawał się być w porządku gościem.
Musiał mu pięć razy odmawiać, żeby wreszcie dał sobie spokój. Gdy Basil odchodził, on nadal stał pod oknem, ale wyraz jego twarzy zmienił się na nieco zawiedziony. Ślizgon zdołał jeszcze za sobą usłyszeć:
– Jestem przydatnym człowiekiem. Interesują mnie brudne sprawy. Czemu nie chcesz mojej pomocy?
Nie odpowiedział. Nie wiedział nawet, co mógłby mu odpowiedzieć, poza: Nie chcę, żebyś stał się moim problemem. Kiedy ludzie zaczynali interesować się jego poczynaniami, nikt na tym dobrze nie wychodził. Oni kończyli najczęściej martwi, a on musiał wcześniej martwić się, co z nimi zrobić. Dodatkowi ludzie sprawiali tylko problemy, a on nie potrzebował kolejnych problemów.
Po szkole zaczęła krążyć informacja, że antidotum na petryfikację zostało prawie skończone. Dziesiątki szlam leżały w skrzydle szpitalnym, ale niestety żadna z nich jak dotąd nie umarła. Tom zapowiadał wielką masakrę ze swoim pupilkiem, a nie udało mu się porządnie zabić nawet jednej osoby. I na co był mu cały ten wielki wąż, skoro nie potrafił go kontrolować na tyle dobrze, żeby ktoś umarł. Powinien zacząć uczyć się od Basila.
Gdyby to właśnie on miał wielkiego cholernego węża – ale ani trochę nie chciał go mieć – kazałby mu zabić pół Hogwartu, a konkretnie każdą osobę, jaka by mu podpadła. Pewnie znacznie zmniejszyłby tym czarodziejską populację w Anglii, szczególnie szlam. Ale na nich by się nie zatrzymał. Zabiłby jeszcze Avery’ego, Malfoya i Lestrange’a. I kilku wkurzających Puchonów. No, może więcej niż kilku. Może zostawiłby przy życiu Jaspera, Candace i kilku innych Krukonów, jeśli ci rzeczywiście okażą się mądrzy i nie będą próbowali pokrzyżować mu planów.
Znalazł Toma w pokoju wspólnym Slytherinu. Siedział sam w jednym z foteli i grał w szachy z niewidzialnym przeciwnikiem. Wyglądał równie nienagannie, co każdego innego dnia. Nie było niczego, do czego Basil mógłby się przyczepić. Stawało się to nieco irytujące, ta ciągła perfekcyjność.
Usiadł na wolnym siedzeniu obok Toma, zwracając przy tym na siebie jego uwagę. Nawiązali krótki kontakt wzrokowy, ale Riddle nie odezwał się słowem. Zachowywał się tak, jakby wcale nie zauważył, że Basila nie było przez pół dnia. Może tak właśnie było. Riddle miał przecież ważniejsze rzeczy, którymi musiał się zajmować, jak na przykład jego grupka adoratorów, łażących za nim krok w krok i zachwalających każde jego działanie.
– Coś się działo, kiedy mnie nie było, ‘Mas?
Riddle westchnął z rozdrażnieniem, przestawiając jednego ze swoich pionków. Nie wyglądał również na zadowolonego, że Basil przeszkadza mu w grze. Jak na razie wygrywał. Grał czarnymi. Żadne zaskoczenie.
– Nic specjalnego. Wszyscy niestety żyją. Jedna pierwszoroczniaczka dostała wiadomość, że urodził jej się brat i od tego czasu nie może zamknąć się na ten temat. Trafiłeś na dobry moment, akurat wyszła – odpowiedział mu Tom, a po jego poważnym głosie Basil był pewien, że mówi prawdę.
Nigdy nie lubił dzieci. Były małe, śmierdzące i wkurzające. Cały czas ryczały, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ludzie ciągle mu powtarzali, że zmieni zdanie, kiedy będzie miał swoje dzieci, ale on wiedział, że tak nie będzie. Nawet, jeśli kiedykolwiek zdarzy się, że będzie miał dziecko, to na matkę spadnie cala opieka nad nim, dopóki nie stanie się mniej wkurzającym stworzeniem. Wtedy on może przejąć pałeczkę.
– Po co zachwycać się tak małym gówniakiem? – mruknął Basil, krzywiąc się. – Już bardziej bym się cieszył, gdyby mi się zgraja kotów urodziła niż jakiś ryczący gnom.
– Takiego to bym Avadą walnął chętnie – dodał Tom, nie przerywając gry.
Basil się nad tym zastanowił. Marnowanie Avady na jakieś dziecko było po prostu marnotrawstwem. Nie zasługiwały na coś tak prostego. On zrobiłby to inaczej.
– Nie lepiej wziąć gówniaka na ręce i upuścić na podłogę? Albo wyrzucić przez okno? Bardziej zaboli i masz stuprocentową pewność, że nie wyjdzie z tego cało. Takich łatwo się pozbyć.
Riddle zmarszczył brwi i potrząsnął głową. Najwyraźniej nie spodobał mu się jego pomysł.
– To zbyt mugolskie. Dlaczego nie korzystać z magii, kiedy masz ją do dyspozycji? Możesz magicznie zabić dzieciaka, w ty wolisz wyrzucić go przez okno.
– Dałoby mi to więcej satysfakcji. Tylko dzielę się swoimi spostrzeżeniami.
Niewidzialny przeciwnik Riddle’a wykonał swój ruch, zbijając przy tym króla Toma i wygrywając tym samym grę.
– Gdybyś tu nie przyszedł, to bym wygrał – warknął Riddle, odsuwając szachy na bok.
– Bo nic nigdy nie jest twoją winą.
Zanim Riddle zdążył się odgryźć, podeszła do nich Flint z całą zaczerwienioną twarzą. Wyglądała przez to jeszcze gorzej niż zwykle. Ten kolor tylko uwydatniał grubość jej brwi.
– Baz? – zapytała, a on uniósł brwi w niemym pytaniu. – Ktoś o ciebie pyta. Jakiś Krukon.
Przewrócił oczami. To musiał być Jasper. Czy nie wyraził się jasno, mówiąc, że ma zamiaru przyjmować go jako swojego przydupasa? To mu przypomniało o Lucianie, ciągle za nim łażącym. Ale Lucian nie chciał się do niego przyłączyć, tylko złapać go na gorącym uczynku. Nikt nie mógł być bardziej wkurzający niż tamten Puchon.
– Niech sobie idzie. Odpowiedź wciąż brzmi „nie” – powiedział do niej i pomachał rękami, odpędzając ją od siebie, żeby przekazała wiadomość Jasperowi.
Riddle spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem.
– O co chodzi? Nie przyjąłeś jego oferty przyjaźni? Dopiekłeś mu i chce zemsty? – zgadywał, dość nieudolnie. – A może jakieś odrzucone wyznanie miłości?
Mimowolnie się zaśmiał. Wizja Jaspera wyznającego mu miłość była tak dziwaczna i okropna, że nie mógł się powstrzymać. Nie, zdecydowanie nie widziało mu się umawianie się z Jasperem. Może i z wyglądu był nienajgorszy, ale nie należał do osób, które zainteresowałyby Basila. Gdyby rzeczywiście chłopak wyznałby mu miłość, spotkałby go ogromny zawód. Już prędzej umówiłby się z Candace, niż z Jasperem.
Potrząsnął głową, odrzucając te myśli. Kierowały się w stronę, której wolał nie poznawać.
– Chciał, żebym załatwił mu miejsce na jednych zawodach Quidditcha we Francji, a ja odmówiłem – skłamał. – Nie mam zamiaru załatwiać za kogoś tego typu spraw. Tym bardziej, że Quidditch ani trochę mnie nie interesuje.
Riddle chyba mu uwierzył.
– Chciał wykorzystać to, że stamtąd jesteś. To zrozumiałe. Też bym tak pewnie zrobił, gdybym chciał pojechać na zawody.
– Więc od razu wiesz, że ci odmówię.
– A ty, że znajdę sposób, żeby cię przekonać. Chociażby szantażem.
Ich rozmowy zdecydowanie zbyt często schodziły na dyskusje o hipotetycznym łamaniu prawa. Najpierw zabijanie dzieci, a teraz szantażowanie niewinnych ludzi (Tak, uważał siebie za niewinnego człowieka).
– Nie dam się tak łatwo – syknął, nagle czując się zaatakowany. – Zresztą tobie ostatnio niezbyt dobrze się powodzi. Jak tam twój pupilek? Udało mu się już kogoś zabić? Bo jeszcze nic o tym nie słyszałem.
– Wszystko jest tak, jak być powinno. Świetnie sobie radzę, on również. Skrzydło szpitalne się zapełnia. Dopiero się rozkręca. Prawdziwe ofiary są tylko kwestią czasu.
Nie podobało mu się, jak w oczach Toma zapaliły się złowrogie ogniki. Wyglądał, jakby był gotowy kogoś zabić, a na pewno chociaż dość mocno pobić. Ale to wciąż był Riddle. On nie odwalał czarnej roboty, miał od tego ludzi.
Zerknął w stronę drzwi dokładnie w momencie, gdy przedarł się przez nie zielonooki chłopak. Miał w ręce kilka pogniecionych kawałków papieru, a na jego twarzy malowało się lekkie szaleństwo.
Wyminął stojącą w drzwiach Flint i ruszył w stronę Basila. Flint próbowała go zatrzymać, chwilę protestowała, ale był od niej o wiele silniejszy i z łatwością przeszedł obok niej.
– Basilu – zaczął Jasper poważnie, podając mu kartki. – Oto cała lista powodów, dla których powinieneś się zgodzić.
Od ich spotkania minęła co najwyżej godzina, a on zdążył stworzyć listę która miała – zerknął na nią szybko – dokładnie siedemnaście powodów, dlaczego powinien pozwolić mu się do siebie przyłączyć. Nie marnował czasu i podszedł do tego zaskakująco poważnie.
Tom spojrzał z zaciekawieniem na kartki, ale Basil szybko schował je w kieszeni swojej szaty, z daleka od jego wścibskich oczu. Zrobił to na wszelki wypadek – dopiero co go okłamał, lepiej, żeby kłamstwo nie wyszło na światło dzienne zbyt szybko.
– Okej, dzięki, Hesketh, ale niezależnie od tego, co tam powypisywałeś, moja odpowiedź pozostaje niezmienna. Nie masz jakiejś książki do przeczytania? Zajmij się czymś pożytecznym zamiast marnować mi czas.
– Najpierw to przeczytaj. Zmienisz zdanie – powiedział z całkowitym przekonaniem.
– Nie powinienem odjąć ci punktów za włamywanie się do pokoju wspólnego innego domu? – włączył się Riddle.
Jasper na niego spojrzał, jakby dopiero go zauważając. Wyciągnął przed siebie obie ręce w obronnym geście.
– Nie musisz tego robić. I tak zaraz wychodzę. Chciałem tylko to przekazać. – Mówił tak szybko, że Basil ledwo rozróżniał słowa. Wszystko przez ten mocny brytyjski akcent, u Jaspera było go wyjątkowo wyraźnie słychać.
– Czekaj. Hesketh? – zatrzymał go Riddle. Jasper kiwnął głową. – Jesteś w Klubie Ślimaka. – Bardziej stwierdził niż zapytał. – Pamiętam cię z ostatniego spotkania. Slughorn zachwycał się tym, że twoi rodzice zajmują się unieszkodliwianiem wyjątkowo niebezpiecznych obiektów i jednocześnie poszukiwaniem najgroźniejszych przestępców. Imponujące, koleś.
Jasper niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Po wyrazie jego twarzy Basil mógł bez problemu stwierdzić, że niespecjalnie cieszy go sława rodziców. Nie było to dla niego coś, czym mógłby się chwalić, chodzić po korytarzach i mówić: „Hej, wiecie, że moi rodzice wczoraj złapali Zamaskowanego Mordercę?”. Zdecydowanie nie chciał się chwalić takimi rzeczami.
Basil miał sobie za złe, że nie poznał go ze spotkań Klubu Ślimaka. Starał się unikać ich jak ognia. Mimo to, był na kilku z nich i nie pamiętał z nich Jaspera.
– To nic takiego. To tylko ich praca – mruknął Jasper. – Basilu, zastanów się nad tym. Mówię całkowicie poważnie. Potrzebuję tego.
Jego determinacja spodobała się Basilowi. Ale czy chłopak naprawdę postępował dobrze, a przede wszystkim mądrze, oferując mu swoją pomoc? Był przecież Krukonem, powinien wiedzieć lepiej.
– Zastanowię się. – Poddał się. – Ale wciąż, raczej się nie zgodzę.
Dobrze wiedział, że się zgodzi, chciał się tylko trochę podroczyć z chłopakiem, żeby sprawdzić, na ile tak naprawdę mu zależy. Mogło być zabawnie. Jasper potrzebował zajęcia, a Basil, żeby coś wreszcie go rozbawiło. Jasper sprawdzał się w tej roli świetnie.
Chłopak wreszcie wyszedł i zostawił Basila na powrót samego z Riddle’em.
– Jest trochę jak piesek. Rzucisz patyk, a on od razu za nim poleci – skomentował Tom. – Na twoim miejscu bym to wykorzystał. Jak chce dostać bilety, niech się trochę pomęczy.
– Może i tak zrobię. Tylko, że będę musiał się z nim użerać. Co, jak stanie się wkurzający?
Riddle wzruszył ramionami.
– Mogę wtedy nasłać na niego Bazyliszka, ale wydaje mi się, że sam dasz sobie z nim radę.
Ledwo powstrzymał opadającą szczękę. To brzmiało prawie jak komplement. Komplement z ust Riddle’a. Takie rzeczy zdarzały się raz na dziesięć lat albo rzadziej. Doznał ogromnego zaszczytu.
– Będzie to jednak ogromną stratą dla czarodziejskiego świata. To czystej krwi arystokrata. Ci są już prawie na wyginięciu, bo wszyscy zaczęli mnożyć się ze szlamami. – Ostatnie słowo wypluł, jakby było jakimś naprawdę niedobrym kawałkiem z obiadu.
– Może przenieśmy się do tej rosyjskiej szkoły, Kołdowstwowca – zaproponował Basil. – Tam uznają tylko osoby, które są przynajmniej w połowie czarodziejskiej krwi.
Nie wiedział wiele o tej rosyjskiej szkole, ale sam fakt, że znajdowała się w największym państwie na Ziemi mu odpowiadał. Wielkość równała się potędze. Z tego, co słyszał w życiu o Rosjanach, wydawali się być w porządku ludźmi.
– Myślisz, że będą tam mieli miejsce na mojego węża? – zapytał Tom niemal żartobliwie.
– To Rosjanie. Oni mają miejsce na wszystko.
Rozmawiał (i nawet żartował, co nie zdarzało się często) z Riddle’em jeszcze przez kilka godzin. Nikt im w tym czasie nie przerywał. Był to zaskakująco miło spędzony czas. A potem zjawiła się zgraja parobków Toma i wszystko zepsuła. Mówili coś o wypełnieniu zadania i dręczeniu jakiegoś chłopaka, ale Basil nie był na tyle zainteresowany, żeby się przysłuchiwać. Współczuł każdemu, kto podpadł Riddle’owi – nie dość, że miał Bazyliszka, to jeszcze grupkę chłopaków, która łaziła za nim krok w krok, gotowa wypełnić każdy najgłupszy rozkaz. Zrobił sobie z nich swoją małą armię.
Potem przeszedł do swojego pokoju i zaczął zastanawiać się, jaki powinien być jego następny krok. Tyle rzeczy spadło na jego głowę, że nie wiedział, na czym powinien najpierw się skupić. Czy jako pierwsze powinien rozwiązać sprawę z Jasperem? A może wrócić do Ukrytego Działu? Korona cholernie go kusiła. Chciał znów założyć ją sobie na głowę, chociaż przez nią miał okropne wizje. Pragnął po raz kolejny zaznać tego niebezpiecznego uczucia, gdy ją zakładał.
Postanowił na razie skupić się na Ukrytym Dziale. Powinien dowiedzieć się czegoś więcej. Znał już wejście i wyjście, musiał tylko lepiej poznać główne pomieszczenie. Już spędził w nim wiele czasu, przeszukiwał obiekty i książki się tam znajdujące, ale następnym razem musiał rzeczywiście zwrócić uwagę na to, co zostało zapisane w księgach. Tylko kilka z nich przeczytał ze zrozumieniem, resztę tylko przejrzał w nadzieli na odnalezienie wyjścia.
Zrobił to, co każdego wieczoru przed spaniem. Sięgnął po swoją Księgę Zaklęć. Wydawała się lżejsza niż zwykle. Otworzył ją i szybko przekartkował.
– O nie – szepnął, widząc, dlaczego straciła na wadze.
Brakowało w niej stron. Nie pięciu, siedmiu, czy też dziesięciu stron. Wcześniej było tam przynajmniej sto stron, a zapełnił dopiero cztery z nich. Poza tymi czterema wypełnionymi, zostało tylko sześć pustych stron.
Sześć pustych stron. Sześć zaklęć. Ani jednej strony więcej. Jak dotąd żył w przekonaniu, że zaklęcia po prostu będą się od czasu do czasu pojawiały przez resztę jego życia, że jest jakimś zaklęciotwórcą i jego praca nigdy się nie zakończy. Może jak pojawi się to sześć zaklęć, to jednocześnie powstanie więcej stron? A może oznaczało to, że pojawi się jeszcze tylko sześć zaklęć?
Nie odpowiadał mu sposób, w jaki pojawiały się zaklęcia. Raniły go, a nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy. Jednak wolałby znosić ból, niż przestać poznawać nowe zaklęcia. To stało się częścią niego samego.
– No chyba, kurwa, nie – warknął, zatrzaskując księgę. Rzucił ją na drugi koniec pokoju, nie dbając już o to, czy coś się z nią stanie, czy nie. To i tak nie miało już znaczenia. – Dlaczego?
Lista rzeczy, którymi musiał zacząć się martwić wydłużyła się o kolejny punkt. A nie doliczył do niej nawet problemów związanych z nauką. Miał dużo do roboty w Hogwarcie, ale między innymi musiał uczyć się na zajęcia, odrabiać zadania i próbować nie zdobyć kary. Gdy kombinowało się to z rzeczami, o których inni ludzie nie powinni wiedzieć, że robi, to wychodziło na to, że był całkiem zapracowanym człowiekiem.
Ale to nie było w tej chwili istotne. Istotne było to, że księga była pełna stron, a teraz zostało ich zaledwie kilka. A on nie wiedział, z jakiego powodu się to stało.
Jego życie komplikowało się z każdym kolejnym dniem i coraz bardziej mu się to nie podobało.


Ten rozdział to jedno wielkie "meh". Dążyłam do czegoś, ale zgubiłam to po drodze.