piątek, 16 czerwca 2017

Puste strony

Sfrustrowany zamknął kolejną książkę. Od kilku godzin siedział w bibliotece, szukając czegoś, co dałoby mu jakiekolwiek informacje o poszukiwanym przez niego przedmiocie, pojawiających się zaklęciach oraz tym, że te, których powinien używać bez problemu, mu nie wychodzą. Albo chociaż o Komnacie Tajemnic, którą tak zainteresował się Riddle.
Odłożył gruby tom na półkę, po czym od razu rozpoczął poszukiwanie kolejnego, w nadziei, że może gdzieś uda mu się znaleźć coś przydatnego. Jak na razie jego poszukiwania były całkowicie bezowocne, a z każdą mijającą minutą stawał się jeszcze bardziej zdenerwowany.
Przejrzał już ponad setkę książek, a wciąż nie wpadł na nic, co przykułoby jego uwagę.
Jego spojrzenie powędrowało w stronę Działu Ksiąg Zakazanych. Najciekawsze tomy kryły się właśnie tam, a żeby móc cokolwiek stamtąd wziąć, potrzebował zgody nauczyciela. Owszem, gdyby zapytał Slughorna o zgodę, ten pewnie nawet nie zapytałby, czego szuka, tylko bez problemu dał pozwolenie.
Stukał paznokciami w stół, sprawdzając jeszcze, czy nie ma nikogo w okolicy. Kilka regałów dalej siedziało krzątało się kilku Gryfonów, wybierających książki potrzebne im do odrobienia zadań. Poza nimi w bibliotece była jeszcze tylko pilnująca jej bibliotekarka, która nie zwracała na niego większej uwagi po tym jak powiedział jej, że szuka tylko informacji na zajęcia historii magii.
Dyskretnie wyciągnął z kieszeni różdżkę, upewniając się przy tym dziesięć razy, że nikt na niego nie patrzy. Położył ją obok siebie na stole, czekając na odpowiedni moment. Najpierw musiał pozbyć się Gryfonów, wiecznie rujnujących plany.
Nie mógł zrobić tego, co sprawiłoby mu przyjemność, czyli zadrwić z nich i spróbować wygonić jak najdalej, bo to tylko przyciągnęłoby ich uwagę. A tego nie chciał. Więc musiał przeciwstawić się swoim żądzom.
– Gryffindor! – zawołał do nich. Nie wiedział, jak którekolwiek ma z nich na imię, a jakoś zawołać ich musiał. Gdy obrócili się i spojrzeli niego, mówił dalej: – Skoro już tu jesteście, może się przyłączycie? Miejsca nie brakuje. – Wskazał wolne krzesła wokół siebie, wymuszając przyjazny uśmiech. – W grupie jest raźniej.
Cała grupa spojrzała na niego, jakby właśnie im powiedział, że zjadł na śniadanie szczeniaka. Pewnie myśleli, że za mocno uderzył się w głowę i oszalał. Wymienili między sobą kilka krótkich zdań, których Baz nie mógł usłyszeć, a potem szybko się ulotnili.
Wszystko poszło zgodnie z planem. Co może być gorszego od okrutnego Ślizgona? Miły Ślizgon. Jeśli kiedykolwiek żyli jacyś z tego gatunku, już dawno wyginęli.
Odprowadził ich wzrokiem do wyjścia. Gdy tylko zniknęli mu z oczu, po raz ostatni rzucił okiem na bibliotekarkę. Stała do niego tyłem, układając książki na półkach.
Oplótł palce wokół różdżki i uniósł ją o kilka centymetrów.
Deglacio.
Tak samo jak poprzedniego razu Wielka Sala, biblioteka pokryła się lodem. Bibliotekarka zamarła z ręką w górze, zaledwie kilka centymetrów od książki, którą chciała wziąć. Regały również zamarzły, a nienaruszone zostały tylko książki. I on. Tak jak tego chciał.
Skoro wszystko zamarzło, nikt mu nie przeszkodzi w szperaniu w Dziale Ksiąg Zakazanych. Jeśli zaklęcie wyszło tak samo jak wcześniej, cały zamek stał się martwy, zatrzymany w czasie. Nawet w przypadku, gdyby jakaś książka zaczęła krzyczeć, co się czasami zdarzało, nikt tego nie zauważy. Będzie bez winy. Bez świadków. Bez dowodów.
Wstał z krzesełka i podszedł do pożądanego miejsca, nie spiesząc się. Przeszedł ponad sznurem i zaczął się rozglądać. Że też wcześniej nie wpadł na ten pomysł. Zaoszczędziłby tak wiele czasu, straconego na nic nie warte lektury, w których i tak wiedział, że nic by nie znalazł.
Przesuwał palcem po grzbiecie każdej po kolei książki. Niektóre z nich miały tytuły, większość jednak z czasem wyblakła albo była w nieznanym mu języku. Każda z tych książek skrywała coś, co było dla niego zakazane, o czym wiedzieć nie powinien. Księgi czarnomagiczne, informacje o truciznach, zakazanych zaklęciach i przedmiotach. Najciekawszy dział biblioteki stał przed nim otworem, a on miał tyle czasu na przeglądanie go, ile tylko zapragnął.
Zaklęcie zamrażające okazało się całkiem przydatne.
Wybrał zielony tom, wyróżniający się wśród wszystkich beżowych, brązowych i czarnych. Wyglądał na oprawiony w skórę węża. Gładkie łuski w kształcie deltoidów pokrywały całą okładkę. Nie było na niej żadnego napisu, żadnego autora ani tytułu.
Ostrożnie ją otworzył, spodziewając się w środku jakiejś niespodzianki. Jakże ogromne było jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie było tam niczego. Dosłownie niczego. Jego oczy wędrowały po pustych stronach, na żadnej z nich nie było zapisane ani jedno słowo.
Na pierwszy rzut oka zdawała się być bezwartościowa, bo przecież co w Dziale Ksiąg Zakazanych robiłby tom, w którym niczego nie ma? Nie mógł wylądować tam przez przypadek.
Spakował książkę do swojej torby, by spokojnie ją później przejrzeć i móc kontynuować poszukiwania.

***

Wyszedł z biblioteki niecałe dwie godziny później, rzucając na odchodnym Ardento. Wszystko wróciło do życia, a on niepostrzeżenie wyciągnął z biblioteki zakazaną księgę. Gdyby ktokolwiek to zauważył, miałby zagwarantowany szlaban.
Był z siebie dumny i szedł uśmiechnięty, dopóki w połowie drogi nie spotkał jednej z wielu osób, których najchętniej raz na zawsze by się pozbył.
– Jak leci, Avery? –rzucił, zbliżając się do niego. Stał mu na drodze, stojąc na środku korytarza, stanowiącego najszybszą drogę do ich pokoju wspólnego.
– Daruj sobie, Oullette – warknął tamten. – Gdzie byłeś?
Odczekał chwilę z odpowiedzią, zastanawiając się, dlaczego w ogóle rozmawia z Averym.
– Nie żeby był to twój interes, ale siedziałem w bibliotece. Bo jak powinieneś wiedzieć – Zrobił krótką pauzę, żeby jego słowa lepiej dotarły do Avery’ego – niektórzy są tutaj po to, żeby się uczyć. A ja, w przeciwieństwie do niektórych, posiadłem umiejętność czytania, więc zamierzam z niej korzystać. Też powinieneś spróbować.
– Idź do diabła.
Mierzyli się wzrokiem, a napięcie między nimi tylko rosło w siłę. Wieczni rywale, chociaż powinni się wspierać, skoro są w tym samym domu, tak jak to było w trzech innych. Ale Slytherin nie był jak reszta. Ślizgoni ze sobą konkurowali, knuli, szukali zemsty. Jedynym, czego potrzebowali, był lider, którego funkcję aktualnie pełnił Riddle, trzymający ich w ryzach.
– Pozdrowię go od ciebie – mruknął, wymijając Avery’ego.
Chciał jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju i zacząć przygotowania do następnego dnia. Dnia, w którym miał się spotkać z rodzicami i przekonać ich, że nic mu nie jest i nie będzie.
Zostawił martwienie się ich przyjazdem na ostatnią chwilę, myśląc, że bez problemu znajdzie jakąś wymówkę, a jeśli nawet nie, to przecież powinien przemówić do nich fakt, że Hogwart to bezpieczne miejsce, ba, jedno z najbezpieczniejszych na całym czarodziejskim świecie. Tylko on stanowił w nim zagrożenie, ale tylko dla osób, które na to zasłużyły. Jak na przykład Marion. Albo Lucian.
Została mu cała noc na wymyślenie odpowiednich argumentów, które dotrą do jego rodziców i dają radę ich przekonać. Szykowała się długa i męcząca noc.
Mijał innych uczniów, czasem trącając ich ramionami, nawet nie zwracając uwagi na ich obecność. Im szybciej dotrze na miejsce, tym lepiej. Będzie miał więcej czasu na robienie swojego.
Szybko przemknął przez pokój wspólny, kierując się od razu do siebie. Ktoś próbował go zaczepić, ale całkowicie to zignorował, nawet nie zatrzymując się, by sprawdzić, kto to był. Niespecjalnie go to interesowało.
Zatrzasnął za sobą drzwi i uśmiechnął do siebie, jak tylko zauważył, że jest sam. Tom musiał być czymś zajęty. Od razu polepszył mu się humor. Od listy obowiązków na odchodziło mu teraz użeranie się z Riddle’em.
Rzucił torbę na łóżko, zdjął z siebie czarną szatę i sam również położył się na łóżku. Wpatrywał się w ciemny sufit. Nad nim znajdowało się jezioro. Podobno miejsce było bezpieczne, a woda nie przeciekała, ale za to tworzyła na suficie różnorakie wzorki. Krople układały się w pasy, pętle czy też serpentyny. Ten widok zawsze go uspokajał. Był to jeden z kilku plusów bycia Ślizgonem. Przed snem zawsze wpatrywał się w wędrujące po suficie kształty, które nigdy nie były takie same, niczym płatki śniegu, czekając na moment, gdy jezioro stanie się zbyt wielkim ciężarem, a woda spadnie i zaleje ich wszystkich.
Wyciągnął z torby książkę i po raz kolejny się jej przyjrzał. Łuski połyskiwały nawet w ciemności jego pokoju. Otwarł ją na pierwszej stronie, która wciąż była pusta. Kartki wyglądały na nienaruszone, chociaż księga z pewnością leżała na półce od lat. Ani jedna nie pożółkła, żadna nie została wyrwana. Księga była w nienaruszonym stanie.
Czy był jedynym, który zwrócił na nią uwagę?
Dotknął różdżką kartki i wyszeptał:
Aperacjum.
Zaklęcie miało odkryć ukrytą treść, pokazać mu, co kryje się na pustych stronach. Ale nic się nie stało. Kartki wciąż pozostały puste. Ile razy próbował, tyle razy nic się nie działo. Nie był pewien czy to przez jego problemy z magią, czy przez to, że naprawdę tam niczego nie było albo zostało ukryte w inny sposób.
Spróbował z piórem. Napisał na pierwszej lepszej stronie swoje imię. Przez kilka sekund napis pozostał na kartce, lecz chwilę później wyblakł, a litery wsiąknęły, nie pozostawiając żadnego śladu. Przypomniało mu to o Ardento i Deglacio, sposobie w jakim się pojawiały i znikały. Wyglądało to podobnie, ale nie sprawiało mu bólu. Nie wiedział, jak czuła się książka, ale wątpił, by ją to bolało.
Odrzucił ją na bok. Później wróci do rozgryzania tej zagadki, a teraz musiał zająć się czymś innym. Zrobił w myślach listę argumentów za pozostaniem w Hogwarcie i zaczął robić selekcję, które z nich są najważniejsze.
Po pierwsze, bezpieczeństwo. Gdy skończył jedenaście lat, wysłali go do tej szkoły, bo uznali, że to dla niego najbezpieczniejsze miejsce. Tak samo było przez kilka kolejnych lat, aż w końcu mówią mu, że ma wracać do domu, co było całkowicie nielogiczne. Skoro uważali, że tam będzie najbezpieczniejszy, to co mu z jakiegokolwiek innego miejsca? Tam nie będzie miał równie silnej ochrony.
Nie mógł pominąć także kwestii nauki. Jeśli nie będzie uczęszczał do szkoły, gdzie zdobędzie edukację? Wątpił, by wysłali go do innej szkoły, a w domu, nawet mając ogromną bibliotekę, nie nauczy się tyle, co w Hogwarcie, przy pomocy nauczycieli.
Mógł również wspomnieć o przyjaciołach, że będzie za nimi tęsknił, a oni za nim, chociaż dobrze wiedział, że to nieprawda. Jako tako tolerował Riddle’a, a reszta tylko przeszkadzała. Chętnie by się od nich oderwał, a oni od niego, ale rodzice nie musieli o tym wiedzieć. Już i tak powtarzali, że zadawanie się z Riddle’em źle na niego wpływa, co puścił mimo uszu.
Pomyślał jeszcze o kilku innych sprawach, takich jak to, że jeśli będzie z rodzicami, a skoro nie jest bezpieczny, to tym samym niebezpieczeństwo spadnie również na nich, a tego nie chciał. Rodzina zawsze stawała u niego na pierwszym miejscu, chociaż czasami miał wątpliwości, czy powinna.
Przemyślenia przerwał mu cichy odgłos otwierających się drzwi. Do środka wśliznął się Riddle z dumnym uśmiechem na ustach. Baz wiedział, że jest coś, czym chce się pochwalić i tylko czeka na pytanie.
– Co jest? – zapytał, wiedząc, że nawet gdyby tego nie zrobił, i tak poznałby odpowiedź.
Riddle usiadł na skraju swojego łóżka, opierając się z tyłu rękami na materacu.
– Poczytałem trochę i udało mi się znaleźć kilka ciekawych informacji na temat Komnaty. W środku siedzi Bazyliszek, ogromna kreatura, tylko czekająca na uwolnienie. Stanę się jej panem – powiedział z determinacją. Miał szalony wzrok, jakby nie spał od kilku dni, wciąż szukając czegoś o Komnacie. – Wiesz, co to znaczy?
Nie i ani trochę mnie to nie interesuje, chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Zamiast tego rzucił krótkie:
– Co?
– Będę miał władzę… przewagę. Bazyliszek zrobi, cokolwiek mu każę.
Bazyliszek. Król węży. Był jednym z najgroźniejszych stworów, a Riddle chciał zostać jego panem. To nie mogło zakończyć się dobrze. Baz nie mógł pokazać, że obawia się konsekwencji tego planu. Nie mógł okazać słabości, by nie stracić w oczach Toma. To właśnie Tom powinien obawiać się konsekwencji. Jeśli coś poszłoby nie tak, musiałby pożegnać się z ukochaną szkołą.  
– Nie wiem, czy to dobry materiał na pupila. Powinieneś to jeszcze przemyśleć – doradził mu, sięgając znów po pustą księgę. Ten ruch rozproszył Riddle’a.
– Co to? – zapytał, wskazując trzymany przez Basila przedmiot.
– To? – Uniósł książkę wyżej, aby współlokator mógł ją lepiej zobaczyć. – Sam chciałbym wiedzieć. Jest pusta, ale kiedy chcę coś napisać, to tusz wyparowuje.
Tom zmarszczył brwi i wyciągnął rękę w stronę Francuza. Baz rzucił mu przedmiot. Kartki przewracały się w locie, ale żadna nie ucierpiała. Tom złapał książkę i  zaczął przeglądać strony, jak to wcześniej zrobił Baz.
Francuz oparł głowę na poduszce, czekając na jakieś słowa od Riddle’a. Miał cichą nadzieję, że tak naprawdę coś było tam napisane, ale on po prostu był za mało spostrzegawczy i tego nie dostrzegł, choć wiedział, że nie mogła to być prawda. Uważnie obejrzał każdą po kolei stronę, szukał ukrytych słów, sklejonych kartek, ale tam nie było niczego.
– Wybieram się jutro do Hogsmeade, chcesz coś? – spytał Toma po kilku minutach ciszy. Oznaczała ona, że albo coś znalazł i bardzo go to zaciekawiło, albo też nic nie zobaczył.
– To jeszcze nie czas na weekendowe wyjścia – zauważył Riddle. Wciąż nie odrywał wzroku od książki. – Nielegalne wyjście?
– Coś w tym stylu. Mam sprawę do załatwienia –odpowiedział krótko. – To chcesz coś?
Riddle pokręcił głową.
W ciągu całego swojego pobytu w tej szkole udało mu się odnaleźć dwa tajemne przejścia do Hogsmeade. O jednym z nich wiedział jeszcze Tom, ale drugie zostawił wyłącznie dla siebie. Czasem wymykał się na małe zakupy przed Ślizgońskimi imprezami. Był dostarczycielem towaru, a reszta domu wciąż nie wiedziała, jak on to robi. Wielokrotnie był przez to śledzony, ale doszedł do wprawy w ukrywaniu się przed natarczywymi osobami.
Nieco obawiał się spotkania z rodzicami. Oullettowie byli dobrymi ludźmi, dbali o niego, byli rodziną, o jakiej wielu mogło tylko marzyć, ale zdarzało się, że posuwali się o krok za daleko, gdy czegoś chcieli i ciężko było zmienić ich zdanie na dany temat. A teraz chcieli jego powrotu do domu.
Spojrzał na Riddle’a, by sprawdzić, jak mu idzie z książką. Uważnie przypatrywał się przedmiotowi i pustym stronom, jakby to miało sprawić, że coś się na nich pojawi.
– Próbowałeś na niej swoich zaklęć? – spytał Tom, podnosząc głowę.
– Myślisz, że to coś da?
– Warto spróbować.
I tak zrobił. Na pierwszy ogień poszło Ardento, a gdy nic się nie stało, nawet się nie rozgrzała, użył Deglacio. Znów to samo. Żadnego efektu. Nie działały na nią zaklęcia? Coraz bardziej interesowało go, dlaczego wylądowała w Dziale Zakazanym.
Otworzył ją na środku, licząc na to, że coś się pojawiło, ale wciąż świeciło pustkami. Im częściej zaglądał, tym bardziej sfrustrowany się robił. Coś musiało w niej być, ale co? Tego chciał się dowiedzieć.
I wtedy przysiągł sobie, że nawet, jeśli będzie zmuszony wrócić do domu, odkryje, co jest w tej książce. Ten wewnętrzny głosik znów się odzywał, mówiąc, że tam jest coś ważnego. Dowie się, co. Za wszelką cenę.

***

Po raz ostatni poprawił swój strój, przyglądając się w lustrze, czy aby na pewno wszystko wygląda nienagannie. Nie mógł spotkać się z rodzicami, nosząc pogniecioną koszulę albo mając źle ułożoną fryzurę. Musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Wyglądać jak najlepiej, nawet kiedy czuje się najgorzej – to było ich rodzinne motto, którego trzymał się od dziecka.
Jeszcze raz przeanalizował w myślach, co miał im powiedzieć. Jeśli miało mu się powieść, nie mógł się nawet zająknąć. Jakikolwiek błąd nie wchodził w grę. Musiał być pewny siebie i wiedzieć czego chce, inaczej nawet go nie posłuchają.
Wiedział, że matka ma miękkie serce i pewnie bez problemu zgodziłaby się na cokolwiek by sobie nie zażyczył, ale z jego ojcem sprawa się komplikowała. Musiał go przekonać, jak bardzo jest to dla niego ważne i ile straci, wyjeżdżając.
Ale najpierw dowie się, co tak naprawdę mu zagraża. Przypuszczał, że chodzi o zaklęcia, ale nie miał pewności. Jeśli chodziło o coś innego? Czy mógł czyhać na niego jakiś inny wróg? O co mogło im chodzić? Tak, na początku musi wydobyć z nich, co przed nim ukrywają.
Mrugnął dwa razy i spojrzał jeszcze raz na swoje odbicie. Wszystko było dobrze dopóki nie dostrzegł na swojej białej koszuli plamki krwi. Plamki, która zaczęła się powiększać.
Pół sekundy później poczuł, jakby ktoś ciął sztyletami po jego klatce piersiowej, chociaż nic go nie dotykało. Ból przeszywał całe jego ciało, a krwi było coraz więcej.
Szybko rozpiął guziki koszuli i niedbale rzucił ją na podłogę. Mógł zobaczyć, co stało się na jego piersi. Precyzyjnie wycięte litery układały się w krwawy wyraz:
Feritagre. 


No hej. Miałam skończyć rozdział wczoraj, ale zaczęłam przeglądać zdjęcia kostiumów dinozaurów i trochę mi nie wyszło. Zaczyna robić się krwawo!! Będzie super!! 

wtorek, 23 maja 2017

Listy

Wrócić do domu.
Te trzy słowa w kółko rozchodziły się echem w jego myślach. Cały świat ucichł, nie dobiegał do niego żaden odgłos z zewnątrz. Były tylko te trzy słowa. Słowa, z których jeszcze niedawno by się ucieszył, lecz teraz zdawały się być wyrokiem. Czuł się niczym skazaniec, słyszący o swojej karze.
Będąc w pierwszej klasie, potrafiłby zabić, by tylko otrzymać wiadomość, że musi wrócić do Francji, ale teraz… Ten czas dobiegł końca. Miał w Hogwarcie sprawy do załatwienia, a powrót do domu tylko pokrzyżowałby mu plany. Nie, nie mógł do tego dopuścić.
– Nie – powiedział, unosząc głowę i spoglądając z determinacją w oczach na dyrektora. – Nie wrócę. Mogę się z nimi spotkać, ale jeśli chodzi o dłuższy pobyt w domu, to się nie zgadzam. Edukacja przede wszystkim, czyż nie, dyrektorze?
Dippet trzymał w dłoni kawałek papieru. Basil domyślił się, że to właśnie musiał być list od jego rodziców. Wyciągnął rękę w kierunku profesora, jednocześnie posyłając mu pytające spojrzenie. Impuls podpowiadał mu, by wyrwał staruszkowi kartkę z rąk, natomiast głos rozumu kazał zachowywać się taktownie, bo przecież nie chciał stracić na swoim dobrym wizerunku u nauczycieli, a tym bardziej dyrektora.
– W kopercie znajdowały się dwa listy. Jeden zaadresowany do mnie, z prośbą o pozwolenie ci na powrót do domu, a drugi jest do ciebie, Basilu. – Podał mu kartkę. Basil od razu rozpoznał cienki, niemal przezroczysty papier, pachnący tak dobrze mu znanym zapachem lawendy. Pachnący domem. – Nie czytałem go, oczywiście. Twoi rodzice muszą być ogromnie zaniepokojeni z jakiegoś powodu. Niestety, nie podali w liście, dlaczego chcą twojego wyjazdu.
Przejechał wzrokiem po zapisanych na kawałku papieru słowach. W całości został napisany po francusku. Liczne zawijasy i nienaganne pismo wskazywało na to, że napisała go jego matka. Z każdym kolejnym słowem rozumiał coraz mniej.

Najdroższy Basilu,
Pisanie tego listu sprawia mi nie lada trudności. Jest jednak coś, o czym powinieneś wiedzieć, a co wraz z ojcem ukrywaliśmy przed tobą przez te wszystkie lata. Żyliśmy nadzieją, marzeniem, że wszystko okaże się nieprawdą. Tak się nie stało.
 Dowiedzieliśmy się o twojej wizycie w skrzydle szpitalnym. Jeśli nasze obawy, dotyczące tego, co się z tobą dzieje, okażą się prawdą… Nawet nie chcę o tym myśleć.
Musimy spotkać się jak najszybciej. Nie mogę opisać ci wszystkiego w liście, to zbyt ważne.
Razem z ojcem uważamy, iż powrót do domu byłby dla ciebie najbezpieczniejszy. Jeśli rzeczywiście coś się dzieje, nawet w Hogwarcie nie będziesz bezpieczny.
Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by cię ochronić,
Mère

Powrót do domu byłby najbezpieczniejszy? Hogwart uchodził za jedno z najbezpieczniejszych i najlepiej chronionych miejsc na całej Ziemi, jego dom? Owszem, posiadłości broniło kilka zaklęć, przez które mogą swobodnie żyć, nie martwiąc się mugolami, zwiedzającymi piękno Prowansji. Odstraszały ich, a Oullettowie mieli spokój. Dom chroniony był również przed niechcianymi gośćmi, ale gdyby ktoś się uparł i naprawdę chciał dostać się do środka, z pewnością znalazłby na to sposób.
Skoro w Hogwarcie nie jest bezpieczny, to gdzie będzie? Czy istniało takie miejsce? I najważniejsze… Przed czym chcieli go ochronić? Czy chodziło o pojawiające się zaklęcia? Nie, nie mogą o tym wiedzieć, starał się przekonać sam siebie. Chciał wierzyć, że to prawda, że nie wiedzą, co naprawdę się z nim dzieje i chodzi o coś innego. Jeśli rzeczywiście okazałoby się to być czymś innym, to miał kolejny problem. Nowa przeszkoda, krzyżująca mu plany.
W myślach wykreował mu się pomysł, dzięki któremu nie musiałby ruszać się za daleko od Hogwartu, i który, jeśli się powiedzie, pozwoliłby mu na pozostanie w szkole. Zostało mu tylko zdobyć odpowiednie informacje, a następnie lekko nagiąć prawdę. Typowy dzień dla Ślizgona.
– Jeśli chcą ze mną rozmawiać w cztery oczy, niech tu przyjadą. Niech przyjadą do Hogsmeade. Zgodzi się pan na moje spotkanie z nimi w Hogsmeade, prawda?
Wzrok Dippeta zdawał się przeszywać go na wylot. Wwiercał się w jego duszę, próbując odgadnąć jego myśli i intencje.
– Uważam, że powinieneś im odpisać, Basilu, dowiedzieć się, o co chodzi. Wiedza jest istotna. Dowiedz się, dlaczego chcą twojego powrotu i dokonaj decyzji. Twoja przyszłość zależy tylko i wyłącznie od ciebie, chłopcze.
– To właśnie tutaj miałem być bezpieczny… Nawet nie wiem przed czym. Dlaczego uważają, że nie jestem tu dłużej bezpieczny? – zapytał ostrym głosem, jakby Dippet był winny temu, co się działo. Może i był. Zrzucenie na niego winy zdawało się Basilowi przyzwoitym pomysłem.
– Oni znają odpowiedź na to pytanie – odezwał się już nieco zmęczonym głosem Dippet. – Jako dyrektor uważam, że w Hogwarcie nie ma niczego, co groziłoby twojemu życiu.
Potaknął, odrywając wzrok od listu. Już wiedział na pewno, że nie zastosuje się do poleceń i zostanie w Anglii, karmiąc starych Oulletteów kłamstwami, że wszystko u niego w porządku i nie dzieje mu się krzywda. Zaklęcia nie były dla niego krzywdą, każde z nich stanowiło okazję, a on musiał tylko czekać na odpowiedni moment, by z nich skorzystać. Jedną z takich okazji było zaprowadzenie Marion na spotkanie Klubu, na które, z oczywistych przyczyn, nie dotarła.
Skoro już był w gabinecie dyrektora, mógł się chociaż trochę rozejrzeć. Dyskretnie, ale wystarczająco.
Na pierwszy rzut oka, w pomieszczeniu nie znajdowało się nic godnego uwagi, a jednocześnie wiele ciekawych rzeczy, jak myślodsiewnia czy różnorakie instrumenty. Na pozór żadna z tamtych rzeczy nie wydawała mu się interesująca, ale wiedział, że gdzieś na pewno znajdzie coś, co będzie mógł wykorzystać do swoich celów.
A jeśli już widział, może nawet miał w rękach, przedmiot, o którym mówił wcześniej Dippet? Jeśli jest to jeden z leżących tam instrumentów? Przyjrzał się dobrze każdemu z nich na tyle, na ile mógł, siedząc po drugiej stronie pomieszczenia.
Nie, pomyślał. Jeśli to coś ważnego, Dippet, nawet będąc niezbyt zorganizowanym, nie zostawiłby tego na widoku. Znów coś mu podpowiadało, że powinien tam szukać, a w tym samym czasie mówiło, że tego tam nie znajdzie. Może trafi na jakąś podpowiedź?
– …Basilu? – Głos dyrektora wyrwał go z zamyślenia. Na powrót skupił się na konwersacji.
– Mógłby pan powtórzyć pytanie? – zapytał, prostując się na krześle. – Jestem nieco przytłoczony całą tą wiadomością.
Oczy Dippeta zwęziły się, szukając fałszu w jego słowach. Nie znalazły go.
– To zrozumiałe. To już twój piąty rok tutaj. Zdążyłeś się przywiązać – Basil powstrzymał się przed skrzywieniem się z odrazą, słysząc ostatnie słowo. – Masz tu przyjaciół. Niełatwo będzie ci przystosować się do zmiany środowiska, kiedy tyle w tym miejscu przeżyłeś.
– Naprawdę nie chcę stąd wyjeżdżać – wyrwało mu się.
Sam siebie zaskoczył tymi słowami. Nie planował powiedzenia tego, przyznania się do tego, że nie chce opuszczać tego miejsca. Może i w głębi serca wciąż nie przepadał za Hogwartem i większością uczniów i nauczycieli, ale coś trzymało go w tym miejscu i nie chciało wypuścić. Czy z Tomem było tak samo? Basil wiele razy musiał wysłuchiwać, jak bardzo zachwala on szkołę i wszystkich jego narzekań, kiedy zostawał zmuszony do wyjazdu na wakacje.
Hogwart zajmował specjalne miejsce w jego sercu. Nienawidził tego miejsca, Anglii, a jednocześnie ją kochał. Nie tak mocno jak rodzinną Francję, ale kochał. Wiecznie narzekający i rozmawiający o pogodzie Anglicy przyprawiali go o mdłości, aczkolwiek stanowili miłą odmianę od tych wszystkich towarzyskich i optymistycznych Francuzów. Może przez te wszystkie lata spędzone wśród wrogów, przejął od nich część obyczajów?
Francuz zaczynał zachowywać się jak Anglik i ani trochę mu się to nie podobało. Musiał zacząć się pilnować.

***

Potrzebował chwili w samotności. Wiele różnych myśli kłębiło mu się w głowie. Niewielka jego część cieszyła się, że życzenie zostało spełnione i powrót do domu właściwie zagwarantowany, ale to nie był odpowiedni moment. Ledwo rozpoczął się rok szkolny, a on już pakował się w kłopoty.
Wciąż nie rozumiał, o co chodziło rodzicom, dlaczego nagle zapragnęli go we Francji, a za morzem. Dowiedzieli się, że wylądował w skrzydle szpitalnym. Wiedzieli o nieszczęśliwym wypadku, w wyniku którego omal nie stracił ręki. Czy właśnie to uważali za wielkie zagrożenie?
Oparł się o drzewo i powoli zsunął się na trawę. Czuł jak materiał jego koszuli ociera się o korę, hacząc ją w niektórych miejscach. Wbił paznokcie w ziemię, brudząc sobie tym ręce. Czystość była w tej chwili najmniejszym z jego zmartwień.
Słońce, które jeszcze chwilę temu oświetlało mu twarz, zostało zasłonięte przez drobną damską sylwetkę. Przymrużył oczy, przyglądając się jej.
Gdyby stał wyprostowany, na pewno byłby wyższy od niej o przynajmniej półtorej głowy. Mimo wyglądu pierwszoklasistki, był przekonany, że jest w jego wieku lub co najwyżej rok młodsza. Starannie zawiązany krawat złożony z wzorku w niebiesko-brązowe pasy potwierdzał jej przynależność do Ravenclawu. Krukonka, która pewnie chciała zepsuć mu moment do przemyśleń, tylko tego mu brakowało.
Pochyliła się nad nim, przez co jej długie jasnobrązowe włosy poleciały do przodu, pchnięte powiewem wiatru, a Basil mógł poczuć ich różany zapach. Należał do zwolenników lawendy, ale ten zapach… spodobał mu się. Pierwszy raz w życiu podobał mu się zapach róż, a jednocześnie bardzo nie podobało mu się to, że tak się poczuł.
– Wypadło z twojej kieszeni – odezwała się, podając mu pióro, którym wcześniej przyozdobił twarz Luciana.
Wziął od niej przedmiot i na powrót włożył do kieszeni.
– Merci, fille.
– Du rien, mec – rzuciła, powoli odchodząc.
Wpatrywał się w nią, dopóki nie zniknęła mu z zasięgu wzroku. Był zaintrygowany. Nie dość, że rozumiała, co do niej powiedział, to jeszcze dobrze mu odpowiedziała. Osoba znająca jego język to rzadkość w Hogwarcie. Anglicy, zresztą Francuzi tak samo, nie lubili uczyć się języków obcych. To rodzice zmusili go do nauki języków, pewnie od dawna planując wysłanie go do tej szkoły.
Odrzucił od siebie myśl o dziewczynie. Nie miał czasu na przelotne romanse, tym bardziej, jeśli wkrótce nadejdzie dla niego czas opuszczenia szkoły. Na tym powinien się skupić, na zostaniu. Tworzenie nowych problemów bez rozwiązywania poprzednich było typowym zachowaniem dla Brytyjczyków, zawsze wszystko utrudniali. On, jako porządny Francuz, nie mógł dopuścić się takiego błędu. Najpierw należało pozbyć się jednej przeszkody, a dopiero potem zabierać się za kolejne.
Zamknął oczy, przykładając sobie palce do skroni.
Zastanawiał się, co napisać w liście do rodziców, by dali mu spokój. Zbyć ich w taki sposób, żeby przestali się zamartwiać.
Wyciągnął czystą kartkę z kieszeni, razem z przyniesionym przez Krukonkę piórem, i zaczął pisać, uważnie dobierając słowa.

Chère Maman,
Przez tyle lat razem z père powtarzaliście, że to właśnie tutaj będę najbezpieczniejszy. Skąd nagła zmiana? Co to za sekret?
Owszem, trafiłem do skrzydła szpitalnego. Nie macie się czym martwić, nic poważnego się nie stało. To tylko mały wypadek z zaklęciem, więcej się nie powtórzy.
Jeśli rzeczywiście macie mi coś ważnego do powiedzenia, spotkajmy się w Hogsmeade. Nie zamierzam wracać do domu, jeśli powód do tego nie będzie wystarczająco poważny. Jak dobrze wiecie, naukę stawiam na pierwszym miejscu.
Basileus

Wpatrywał się w napisaną wiadomość jeszcze przez chwilę, zanim zdecydował, że jest dość dobra i nadaje się do wysłania. Szybko przeszedł do sowiarni, nie napotykając po drodze żadnych przeszkód. Ostrożnie przywiązał wiadomość do nóżki swojej czarnej sowy, nie chcąc jej zrobić krzywdy.
– Świetnie – mruknął pod nosem, wypuszczając sowę do lotu.
Zostało mu tylko czekać na jej powrót z odpowiedzią. Przeciętne przelecenie z Hogwartu do domu i z powrotem zajmowało jej około trzech dni, przy dobrych wiatrach. Jeśli rodzice będą chcieli się z nim spotkać, prawdopodobnie będzie to dopiero za tydzień. Dawało mu to tydzień na dokładne przemyślenie wszystkiego.
Jeśli jego rodzice na coś się uparli, ciężko było zmienić ich zdanie na dany temat. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę i to właśnie stanowiło największy problem. Czy był bezpieczny, czy nie, nie miał zamiaru opuszczać Hogwartu dopóki nie znajdzie ukrytego przedmiotu, czymkolwiek on był.
Nie miał zamiaru się tak łatwo poddać.
Wychodząc z sowiarni natknął się na wyraźnie zdenerwowanego Toma, trzymającego Luciana za rękaw szaty. Blondyn próbował się wyrwać, szamotał się jak liść na wietrze, ale uścisk Riddle’a był zbyt silny.
Riddle pchnął Puchona do przodu. Stał on teraz dokładnie pomiędzy Basilem a Tomem. Pomiędzy dwoma Ślizgonami. Żadnemu z nich się to nie podobało, a najbardziej niekomfortowo czuł się ten stojący w środku. Spoglądał to na jednego, to na drugiego, spodziewając się ataku Ślizgonów.
– Nie widzisz, że łajza za tobą łazi? – warknął Tom, machając ręką na Luciana.
Basil skupił się na Lucianie, który właśnie z odrazą gładził swoją szatę, strzepując ślady dotyku Riddle’a. W tej samej chwili zauważył również, że na twarzy Puchona brakuje jego wcześniejszej pracy.
– Koleś – zwrócił się do blondyna, przeczesując dłonią włosy. – Nie możemy odłożyć tych podchodów na później? W tej chwili jestem trochę zajęty.
– Coś planujesz – odburknął tamten, nawet na niego nie spoglądając, co jeszcze bardziej go zirytowało.
– To jasne, że coś planuję. Cały czas coś planuję. Ty też w tej chwili planujesz, jak mnie złapać na planowaniu. Wszyscy coś planujemy. Więc – Minął Luciana, zahaczając przy tym swoim ramieniem o jego – daj mi planować w spokoju. Nie mam czasu na zajmowanie się tobą – mruknął, po czym odwrócił się ostatni raz i rzucił na Puchona klątwę swędzących uszu. Odejście bez wyrządzenia mu chociaż niewielkiej krzywdy za przeszkodzenie mu równałoby się z porażką.
Riddle zrównał z nim krok.
– Wszyscy chcą mi dzisiaj przeszkadzać?
– Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Baz – mruknął Tom.
Basil posłał mu wymuszony uśmiech.
– No tak, zapomniałem. Wszystko kręci się wokół ciebie.
Riddle prychnął, ale tego nie skomentował, jakby dając potwierdzenie tych słów.
– Co jest z tym gościem? – zapytał Tom, zmieniając temat.
Domyślił się, że jego towarzysz ma na myśli Luciana, znanego także jako Aktualny Wrzód Na Tyłku Basila. Chłopak zaczynał grać mu na nerwach, pojawiając się w najmniej odpowiednich momentach i osądzając go o coś, co rzeczywiście robi, a to było niedopuszczalne.
– Przyczepił się. Niezwykle wkurzający. Ciężko się go pozbyć. Masz może jakiś pomysł?
– Dziewczyny od ciebie uciekają, kiedy próbujesz je poderwać. Może na niego też podziała? – zaproponował Riddle.
Myśl o przymilaniu się do Luciana napawała go obrzydzeniem. Nie z powodu jego płci, nie, na to nie zwracał większej uwagi. Niekiedy osiągnięcie, zdobycie czegoś wymagało od niego użycia swojego ciała jako przynęty, a po pewnym czasie… Przestało go interesować. Jeśli miałby wybór, między na przykład wcześniej spotkaną dziewczyną, o której właściwie nic nie wiedział, a Lucianem, wybrałby dziewczynę. Za sam sposób bycia i denerwującą osobowość chłopaka.
I tak wszystko kończyło się tak samo – Basil po kilku dniach, a czasem nawet szybciej, rzucał daną osobę. Związki nie były dla niego. Zaangażowanie emocjonalne wymagało zbyt wiele uwagi, trzeba było poświęcać czas na spotkania i chociaż sprawiać wrażenie zainteresowanego, co w jego przypadku nie należało do rzeczy łatwych.
Jedynym, co się dla niego liczyło, kiedy ewentualnie zaczynał jakiś związek, to to, czy coś na tym zyska. Jeśli odpowiedź na to pytanie była przecząca, od razu się wycofywał.
– Mógłbyś też zrobić z nim to samo, co z Marion – dodał Tom po chwili, na co Basila przeszły ciarki.
– Co do niej… Słyszałeś coś na jej temat, ‘Mas?
– Zauważyli, że jej nie ma, ale nie chcą siać paniki. Pewnie najpierw chcą porozmawiać z jej rodziną i sprawdzić czy nie uciekła, zanim rozpoczną poszukiwania.
Byli już prawie przy wejściu do budynku, gdy Tom rozejrzał się to na jedną stronę, to na drugą. Upewniał się, że są sami i nikt nie zdoła ich usłyszeć. Zatrzymał się, zadając Basilowi pytanie, którego ani trochę się nie spodziewał:
– Słyszałeś kiedyś o Komnacie Tajemnic? 

Dzisiejszy rozdział to właściwie tylko 5/6 rozdziału. Close enough? Ciężko się go pisało i dzieje się tu nie do końca to, co było zaplanowane. Sorry not sorry. 

środa, 3 maja 2017

Lodowy Pałac

Zamrożeni byli nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale także duchy. Irytek zawisł w powietrzu z typowym dla siebie głupawym uśmiechem. Miał zamiar przestraszyć grupę Gryfonów, co zostało mu uniemożliwione przez zaklęcie Basila.
Cała sala wyglądała jak lodowy pałac pełen rzeźb z idealnie dopracowanymi detalami. Każdy, nawet najmniejszy, mebel pokrył się warstwą szronu, a temperatura opadła o kilkanaście stopni.
Dostał gęsiej skórki, przyglądając się temu, co zrobił. Chętnie rozbiłby kilka z rzeźb, pozbył się tych, którzy nie byli w tej szkole, a także na całym świecie, ważni. Znacznie ułatwiłoby to mu życie, ale kto wtedy zabawiałby go na przerwach?
Pomimo wielkiej pokusy zniszczenia, doszedł do wniosku, że należy wszystko naprawić, uratować sytuację. Tego roku przybył do Hogwartu w konkretnym celu, a większość uczniów i nauczycieli będąc zamrożonymi, utrudniłyby mu nieco długo rozpracowywany plan.
Wiedział, że w Hogwarcie zostało coś ukryte, coś zakazanego w czarodziejskim świecie. Brakowało mu informacji na temat, czym był ów przedmiot, o ile był to przedmiot, oraz gdzie się znajdował.
Dyrektor i któryś z duchów posiadali jakieś wiadomości na temat przedmiotu, czego dowiedział się przypadkowo pod koniec czwartej klasy, podsłuchując ich rozmowy w środku nocy, kiedy wracał z małego spotkania towarzyskiego.
Miał zamiar go odnaleźć i, czymkolwiek by on nie był, wykorzystać do swoich celów, nawet jeśli okaże się być czymś całkowicie bezużytecznym.
Aby zdobyć to, czego poszukiwał, musiał najpierw odmrozić dyrektora i resztę, a później jakimś dyskretnym sposobem wyciągnąć z nich informacje. Zamrożeni w niczym mu nie pomogą.
Powoli wstał z miejsca, ostrożnie unikając dotykania zamrożonych osób. Ostatnim, czego w tej chwili chciał, było złapanie lodowej zarazy, jak to się wcześniej zdarzyło Avery’emu.
Jego kroki niosły się głuchym echem po całym pomieszczeniu, gdy zbliżał się do drzwi, na szczęście niedotkniętych mrozem. Wyglądały tak samo jak wtedy, gdy rzucił zaklęcie. Jak każdego dnia jego pobytu w szkole.  
Otworzył je szeroko, po czym wystawił głowę na zewnątrz, by sprawdzić czy reszta Hogwartu również została zamrożona, czy tylko Wielka Sala. Liczył na to pierwsze.
Już miał się cofać, przekonany, że wszystko jest w porządku na zewnątrz, gdy dostrzegł w oddali kawałek czarnej szaty wystającej zza rogu. W ogóle się nie poruszała, nawet o jeden milimetr, przez co prawie jej nie zauważył.
Ktoś stał za rogiem i albo był bardzo dobry w nieruszaniu się, albo jego również dosięgnęło zaklęcie.
– Och, merde – mruknął do siebie, zbliżając się do końca korytarza.
Hogwart nigdy wcześniej nie był tak cichy jak tego poranka. Wszystkie, nawet najcichsze dźwięki się wyciszyły. Jedynymi hałasami były kroki i oddech Basila, który z każdą chwilą robił się coraz szybszy.
Wiedział, że to nie czas na panikę. Miał zbyt wiele do zrobienia w jak najkrótszym czasie, żeby pozwolić sobie na panikowanie.
Rzadko zdarzało mu się panikować, ale zlodowacenie całego Hogwartu nie należało do jego codziennej rutyny.
Wziął głęboki oddech, zanim spojrzał na osobę stojącą za rogiem.
Od razu go poznał.
– Dlaczego ciągle kręcisz się za rogami? – zapytał Basil, kręcąc głową. Zadał to pytanie, chociaż wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi od chłopaka, który zamarł z uśmiechem na ustach, idąc na śniadanie. – Lucian, ty kretynie.
Nawet jego niechlujnie założona szata się nie poruszyła, a włosy, uniesione w powietrze przez lekki podmuch, nie opadły mu na twarz, tylko zatrzymały się w powietrzu.
Cały Hogwart zamarł.
Sięgnął po różdżkę i przywołał zaklęciem pióro oraz kałamarz, które leżały schowane w jego torbie.
Nie musiał długo czekać. Zaledwie po kilku sekundach przyleciały do niego oba przedmioty. Zygzakiem, ale przyleciały.
Nadal najprostsze Accio sprawiało mu problemy, gdy Ardento i Deglacio wychodziły za każdym razem. I wychodziły tylko jemu, jakby były stworzone właśnie dla niego i on był jedyną osobą zdolną do korzystania z nich. Jednak do potwierdzenia tej teorii, musiałby przekonać kogoś więcej niż tylko Riddle’a do próby rzucenia któregoś z nich.
Zanurzył pióro w kałamarzu. Dutką namoczoną atramentem, z drwiącym uśmieszkiem, dorysował Lucianowi wąsy, brodę i napisał mu na czole słowo „kretyn”. Wolałby napisać to po francusku, ale to od razu naprowadziłoby Luciana na to, kto jest sprawcą. Oczywiście, mógłby się wyprzeć i powiedzieć, że nie może być jedyną osobą w szkole, znającą francuski, lecz z jego reputacją niewielu by mu uwierzyło.
Włożył przedmioty do kieszeni szaty, jednocześnie z dumą podziwiając swoje dzieło. Musiał sam sobie przyznać, że całkiem ładnie mu to wyszło. Lucian wyglądał lepiej niż wcześniej. Mugolskie pomysły na psoty czasem się przydawały, lecz nieczęsto.
 Coś w głębi duszy, cichy głosik, podpowiadał mu, żeby rzucił Ardento, by pozbyć się swojego problemu. Wcześniej zaklęcie podziałało na Averym, ale czy da radę odmrozić całą szkołę, nie wywołując przy tym żadnych szkód? Nie miał pewności, co do powodzenia, ale coś zrobić musiał.
Mógł najpierw rozejrzeć się po szkole, pomyszkować w nadziei, że natknie się na ukryty przedmiot, ale nie wiedział nawet, czego szuka, więc nawet gdyby to znalazł, istniała szansa, że nie zwróciłby na to uwagi i zwyczajnie ominął. Potrzebował informacji.
Odsunął się o kilka kroków od blondyna w celu uniknięcia zderzenia, gdy ten się rozmrozi i pójdzie dalej, nie spodziewając się ujrzeć na swojej drodze Basila.
Zacisnął dłoń na różdżce i, nie celując w nic konkretnego, wypowiedział zaklęcie.
Ardento!
Bacznie obserwował Luciana, czekając na działanie, które nastąpiło z kilkuminutowym opóźnieniem. Gdy podziałało, ślady działania Deglacio zniknęły w ciągu pięciu sekund. Lód się roztopił i wyparował, nie zostawiając po sobie żadnego widocznego śladu.
Szron, wcześniej pokrywający ściany i okna, zniknął w mgnieniu oka. Basil nawet nie zauważył, kiedy to się stało.
Wszystko wracało do normy.
Lucian zamrugał i poruszył nogami. Wznowił chód, spiesząc się na śniadanie.
Tym razem zręcznie ominął Basila, jakby spodziewając się, że na kogoś wpadnie, skręcając za róg.
– Koleś, co ci się stało? – odezwał się do niego Basil. Wskazał dłonią na twarz Puchona, ledwo powstrzymując cisnący mu się na usta uśmiech.  – Wyglądasz świetnie.
– Dzięki… Chyba? – odpowiedział Lucian, zmieszany. Spoglądał podejrzliwie na Basila, oczekując jakiegoś złośliwego komentarza, a gdy go nie uzyskał, poszedł dalej, już więcej się za siebie nie oglądając.
Powoli, z rękami schowanymi w kieszeniach, szedł kilka kroków za Lucianem. Wielka Sala znów tętniła życiem, nikt zdawał się nie zauważyć, że na chwilę wszystko zostało zamrożone.
Wrócił na swoje miejsce obok Toma. Riddle podniósł głowę na niego i lekko ją przekrzywił, mrużąc przy tym oczy.
– Dopiero co tu siedziałeś, jakim cudem znalazłeś się za drzwiami?
– Przecież ci mówiłem, że wychodzę – odpowiedział nonszalancko. – Już zapomniałeś? Słabo z tobą, ‘Mas.
– Nie, niemożliwe. Rozmawiałem z tobą, na chwilę się obejrzałem, a gdy znowu spojrzałem, ciebie już nie było. Teleportowałeś się? Nie, nie mogłeś się teleportować, pewnie nawet nie potrafisz… – Zmarszczył brwi, próbując wymyślić sposób, w jaki Basil zdołał zniknąć niezauważony. – Zaklęcie lub eliksir niewidzialności?
Basil pokręcił głową.
– Nie teraz – odparł. – Spójrz na Luciana, to moja robota. Czyż nie wygląda pięknie? – Zaśmiał się, szukając wzrokiem Puchona przy stoliku Hufflepuffu. Siedział tam, wśród reszty ze swojego domu.
Domyślał się, że nikt mu jeszcze nie powiedział o tym, co miał na twarzy. Puchoni niby byli takimi lojalnymi, dobrymi przyjaciółmi, a razem z uczniami z innych domów podśmiewali się z Luciana.
– Czy twoja książka nadal leży w sali od run? – zapytał Basila siedzący obok Lestrange. – Nauczyciele coś wspominali, że jeden z uczniów ją zostawił i że nie wolno jej ruszać. Co z nią zrobiłeś?
– Wszyscy chcą poznać moje sekrety – mruknął Baz, krzywiąc się. Nie ufał Lestrange’owi na tyle, żeby dzielić się z nim informacjami na temat zaklęcia. – Dalibyście mi spokój, ja tu tylko próbuję się uczyć. Ciągle tylko „Jak ty to zrobiłeś?” czy „Co z tym zrobiłeś?” Gdybyście przykładali tyle uwagi do nauki, co ja, to już dawno byście o wszystkim wiedzieli. A tymczasem… Mężczyzna musi mieć jakieś sekrety, by uczynić swoje życie ciekawszym dla innych. Zapamiętajcie to.
Siedzące obok niego osoby wydawały nie do końca rozumieć to, co powiedział. Zignorował to, wracając do konsumowania śniadania. Tym razem wybrał ze stołu coś, co przypominało mu o domu, croissanta z dżemem.
– Oullette! – krzyknął rozzłoszczony Lucian, na co Francuz tylko się uśmiechnął. Wreszcie ktoś mu powiedział albo sam zauważył.
Puchon nie miał żadnych dowodów na to, że sprawcą jest Basil. Jak zdążył wcześniej zauważyć Baz, nikt nie pamiętał nic z chwili, kiedy byli zamrożeni, więc nie mógł wiedzieć, że to on ozdobił mu twarz.
Podejrzenia powinny spaść na Puchonów, nie na niego.
Blondyn zbliżył się do stolika Ślizgonów, do miejsca, gdzie zasiadywał Basil.
– Moi? Non, non, non. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Ty… Baltringue. To oczywiste, że nie mogłem tego zrobić, bo przecież kiedy? Tylko minąłem cię na korytarzu, nie miałem nawet wyciągniętej różdżki. Na twoim miejscu podejrzewałbym kolegów z dormitorium. Pewnie dorwali cię, gdy spałeś, a teraz obwiniasz niewinnego.
– Coś knujesz – rzucił ozięble Lucian. – Dowiem się co.
– Życzę powodzenia! – Pomachał mu na pożegnanie i od razu obrócił się do Toma. – Albo mi się wydaje, albo Puchoni mnie nie lubią. Najpierw ta mała kretynka, a teraz ten blond imbecyl. Kto będzie następny?
Riddle prychnął.
– Może gdybyś ich tak nie obrażał, nikt nie miałby do ciebie problemów?
Basil spojrzał na niego, jakby powiedział coś całkowicie niedorzecznego.
– Nie obrażać? Puchonów? Nie jestem pewien czy tak potrafię. Wątpię. Odebrałoby mi to całą radość z przebywania w tej szkole.
Po zakończonym śniadaniu, postanowił wybrać się do sali od run. Lestrange przypomniał mu o książce, którą tam zostawił. Był ciekaw, czy zaklęcie wciąż działa, po prawie tygodniu. Teraz wiedział, co zrobić, jakby znów zaczęło go palić. Wystarczyło Deglacio.
Jego zaklęcie przeciwdziałało drugiemu. Mogło mu się to przydać w przyszłości.
Stojąc przed otwartymi drzwiami sali, ostatni raz obejrzał się za siebie, sprawdzając czy nie jest śledzony. Nie było nikogo w zasięgu wzroku.
Wśliznął się do środka, od razu zamykając za sobą drzwi.
Książka leżała tam, gdzie ją zostawił, na jednej z przednich ławek. Był ciekaw, czy któryś z uczniów próbował jej dotknąć, pomimo ostrzeżeń nauczycieli. On pewnie by tak zrobił, gdyby nie znał skutków takiego działania. Nastolatków ciągnie do tego, czego im zabraniają. Nawet, jeśli chodzi o książki.
Wyciągnął rękę w kierunku podręcznika i dotknął okładki opuszkami palców. Niczego nie poczuł, ale działanie mogło pojawić się dopiero po jakimś czasie.
Kiedy po dłuższym czasie nie poczuł żadnego bólu czy gorąca, chwycił ją całą ręką.
– Zniknęło?
Jeszcze nie znał wszystkich właściwości swoich zaklęć. Dotychczas zdążył dowiedzieć się jedynie tego, że Ardento podgrzewa przedmioty, a ciepło z nich znika po jakimś czasie; że rzucone na człowieka, spala go na popiół, co znacznie ułatwia uśmiercanie osób, nie zostawiając po tym żadnych śladów. Natomiast Deglacio pozwala na zamrożenie obiektów czy osób, a nawet całej szkoły. Nie oddziałuje na osobę, która rzuciła zaklęcie. Zaklęcia przeciwdziałały na siebie i miały wspólną cechę – kiedy ktoś dotknął przedmiotu, na który zostało ono rzucone, zaczynał powoli się spalać lub zamrażać.
Musiał się jeszcze wiele nauczyć, a eksperymentowanie w Hogwarcie było zbyt niebezpieczne. Gdyby zrobił jeden fałszywy krok, był zbyt nieuważny, ktoś odkryłby jego sekret. Do tego dopuścić nie mógł, tym bardziej, że jeden Puchon zaczął się interesować jego poczynaniami.
Nie mógł nikomu ufać.
W drodze do pokoju wspólnego złapał go Riddle. Stał, oparty o ścianę, na korytarzu, przez który Basil musiał przejść, żeby dostać się do dormitorium. Nie było innej drogi, a znał prawie wszystkie korytarze i tajemne przejścia.
– Jak? – zapytał, zatrzymując Basila. Był zdeterminowany, by wyciągnąć informacje z Baza. – Nie puszczę cię dalej, dopóki mi nie powiesz.
– A ty znowu to samo. Przecież wczoraj już to przerabialiśmy. Nie uda ci się zrobić tego, co ja zrobiłem. Jestem wyjątkowy i wybitnie uzdolniony, a tobie brakuje umiejętności – powiedział beznamiętnie i wzruszył ramionami. – Próbowałeś, nie wyszło. Daj sobie spokój.
– Masz o sobie wysokie mniemanie, biorąc pod uwagę fakt, że nie wychodzą ci najprostsze zaklęcia – zadrwił Riddle. Twarz Basila nawet nie drgnęła, czekał na ciąg dalszy złości Toma. – Daj spokój, Accio? Depulso? To podstawy. Wychodzą nawet najbardziej nierozgarniętym osobom. Taki wybitny i wyjątkowy uczeń jak ty powinien bez problemu je wykonywać, a tu co?
Miał ochotę rzucić na Riddle’a Ardento, ale nie mógł tego zrobić. Wywołałoby to zbyt wielkie poruszenie. Wszyscy wiedzieli, że gdyby mógł, Riddle nigdy nie opuszczałby Hogwartu. Poza tym, potrzebował go. Tom czasem bywał przydatny.
– Naprawdę nie potrafisz się pogodzić z tym, że potrafię coś, czego ty nie. Proszę bardzo, możesz próbować rzucić tamte zaklęcia. Nie moja wina, że u ciebie nie działają.
Tom już miał coś odpowiadać, kiedy ni stąd, ni zowąd, na korytarzu obok nich pojawił się dyrektor Dippet. Miał poważną minę. Nie spodobało się to Basilowi, na którym dyrektor skupił swoje spojrzenie. Riddle’a całkiem zignorował.
– Basilu, chciałbym, żebyś udał się wraz ze mną do mojego gabinetu.
– O co chodzi, dyrektorze? – zapytał Basil niewinnie.
W jego głowie układały się różne scenariusze, a razem z nimi sposoby, jak wybrnąć z każdego z problemów. Zaklęcia, Marion czy Lucian?, pytał sam siebie. O zaklęciach wiedział tylko Tom, a on wydałby to tylko, gdyby miał z tego jakiś zysk. Pielęgniarka mogła coś podejrzewać przez jego ostatni trudny do wyleczenia uraz. Lucianowi nie zrobił tak właściwie nic złego, tylko się z nim pobawił. Nie wylądowałby za to u dyrektora, ale jeśli chodzi o Marion… Mógł mieć problem.
Gdy dotarli do posągu gargulca, strzegącego wejścia do gabinetu, Basil mocno wytężył słuch. Gdyby udało mu się dosłyszeć hasło, miałby szansę później tu samemu wrócić, jeśli nie zostanie wydalony ze szkoły.
– Szczęśliwy los – szepnął Dippet, co ledwo udało się Basilowi usłyszeć, ale się udało i to było najważniejsze.
Jeśli Dippet rzeczywiście był tak naiwny, za jakiego miał go Basil, nie zmieniłby hasła, przekonany, że chłopak na pewno go nie usłyszał.
Basil zajął jedno z wolnych krzeseł, a Dippet usiadł naprzeciwko niego w swoim wygodnym fotelu. Oparł głowę na złączonych dłoniach, przypatrując się Basilowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Chłopak skrzyżował ramiona na piersi, czekając na wyjaśnienia, dlaczego został zaproszony do gabinetu dyrektora.
Za dyrektorem stał regał, na którym spoczywała Tiara Przydziału. Patrząc na nią, Basil przypomniał sobie swój pierwszy dzień w Hogwarcie, że rozważała umieszczenie go w Ravenclawie. Pewnie gdyby tak się stało, ze względu na odmienne towarzystwo, stałby się inną osobą, nie popełniłby zbrodni, koniecznych do osiągnięcia celów. Odsunął od siebie tą myśl.
– Przyszedł do mnie list od twoich rodziców – zaczął dyrektor, ostrożnie dobierając słowa. – Mają pewną prośbę… Nie, prośba to złe słowo. Mają żądanie.
– Jakie? I dlaczego nie wysłali go do mnie, tylko do pana?
Rzadko kiedy rodzice wysyłali do niego listy, a jeszcze nigdy do Dippeta. Musiało to być coś naprawdę poważnego.
Starał się być na bieżąco z wydarzeniami rozgrywającymi się w okolicy Prowansji, na wszelki wypadek, jednak nic nie wskazywało na to, że dzieje się tam aktualnie coś złego. Wiedział, że wojna zdążyła dosięgnąć Francji, ale ich rodzinny dwór ogarnięty był zaklęciem kamuflującym. Żaden mugol nie był w stanie go zobaczyć, nawet gdyby stanął tuż przed drzwiami. Nawet czarodzieje, oprócz tych spokrewnionych z Oullettami, nie mieli wstępu na teren rezydencji.
Musiało chodzić o coś innego.
– Twoi rodzice… Chcą, żebyś natychmiast wrócił do domu. 


Wyszło dużo krócej niż zwykle. Sorry not sorry.
Zaniedbałam Baza. Właściwie to wszystko zaniedbałam. To wszystko wina ziemniakowego crossovera (1,2,3,4). Chciałam nazwać rozdział Lucian, ale chyba już i tak trochę go za dużo w tym rozdziale (a miało go nie być wcale). 

wtorek, 28 marca 2017

Deglacio

Litery zbielały, kryjąc się między ciemnymi włoskami na jego bladej nodze. Im bardziej słowo wtapiało się w jego ciało, tym ból był mniejszy. Z jakimkolwiek ruchem zaczekał, aż litery całkiem wyblakną i wsiąkną w jego skórę.
Chwycił jeden z walających się po jego stronie pokoju pergaminów i zapisał na nim nowe – miał nadzieję – zaklęcie. Zakreślił wokół niego kółko, a następnie zwinął pergamin i włożył sobie pod poduszkę, nie chcąc, żeby wpadł w niepowołane ręce.
Wrócił do łóżka, odkładając przetestowanie zaklęcia na następny dzień.
– Deglacio – wymamrotał do poduszki, zanim zapadł w sen.
Śniło mu się, że stał na szczycie góry Pico de Aneto we Francji, o krok od przepaści. Nieopodal tej góry ukryta była Akademia Magii Beauxbatons. Wokół niego walało się pełno śniegu, białe płatki opadały mu na nagie ciało, ale on zdawał się nie czuć chłodu. Lód i drobinki śniegu zaczynały pokrywać jego ciało, tworząc niezwykłe wzory. Z każdą sekundą do jego skóry przylegało coraz więcej mroźnych płatków, zdawał się przyciągać je do siebie niczym magnes. Jedynym miejscem, do którego leciały, było to, w którym stał.
Nie mógł się ruszyć, wykonać najmniejszego ruchu, żeby chociażby strząsnąć z siebie biały puch. Czuł się, jakby jego stopy przymarzły do gruntu, a ręce zostały obwiązane grubym sznurem, uniemożliwiającym jakiekolwiek ruchy.
Usłyszał za sobą złowrogi śmiech, który rozszedł się echem po okolicy. Basil chciał obrócić głowę, aby sprawdzić, do kogo należy tenże śmiech, lecz tego również zrobić nie potrafił.  Jego głowa i oczy skierowane były w jedno miejsce – ku zboczu rozpościerającemu się przed nim, które gwałtownie opadało w dół.
Szanse na przeżycie takiego upadku były niewielkie, niemalże zerowe. Gdyby miał przy sobie różdżkę, mógłby rzucić jakieś zaklęcie, które by go uratowało. Niestety jej nie miał. 
Głos ugrzązł mu w gardle. Chciał krzyczeć, kazać się uwolnić, przekląć osobę, która postawiła go w tej pozycji. Przekląć swój własny umysł, za to, czego każe mu doświadczać. Jego wargi przymarzły do siebie, sklejone przez mróz.
Zupełnie, jakby ktoś chciał go powstrzymać przed wypowiedzeniem czegoś.
 Jedynym, co udało mu się poczuć był lodowaty dotyk dłoni na swoich plecach. W miejscu, którego dotykały ręce napastnika, pojawiły się pęcherze, a wcześniej porywający je śnieg całkowicie stopniał.
Ciepło, wydzielanie przez zimne dłonie, zdawało się palić jego ciało, zostawiając po sobie sczerniałą skórę zapełnioną bąblami. Niemal natychmiast rozległ się wokół niego wstrętny zapach stęchlizny.
Ręce pchnęły go do przodu. Osoba nie zrobiła tego mocno, lekkie popchnięcie wystarczyło, żeby spadł.
Potem była już tylko ciemność i ten przeszywający do samych kości śmiech.
– Je suis vivant! – krzyknął, omal nie spadając przy tym z łóżka.
– Kiedy w końcu nauczysz się korzystać tylko z jednego języka? – zapytał Tom zimnym tonem, rzucając Basilowi wyzywające spojrzenie z drugiego końca pokoju. – To Anglia, Baz, francuski jest tutaj niepotrzebny.
Przeciągnął się, nadal leżąc na łóżku, po czym spojrzał na Toma i zaspanym głosem powiedział:
– Wiesz, co jeszcze jest niepotrzebne? – Zrobił kilkusekundową pauzę, po czym kontynuował, wskazując palcem na przedmiot leżący obok łóżka Riddle’a. – Miotły. Nawet nie jesteś w drużynie, po co ci miotła? Jest tyle lepszych środków transportu, na przykład latające samochody czy dywany…
– Posiadanie latającego dywanu jest zakazane, powinieneś o tym wiedzieć.
– Informacje zawierające słowo ‘zakazane’ nie należą do moich zainteresowań. Dla mnie nic nie jest zakazane, jeśli już, to jest do tego utrudniony dostęp.
– Skoro już jesteśmy na temacie utrudnionego dostępu – zaczął Riddle, wyciągając przy tym swój dziennik spod poduszki. – Lord Voldemort? Przyznam, nazywanie się lordem jest niezwykle kuszące, jednak nie jestem do końca przekonany.
Basil poczuł się lekko urażony. Jego ułożenie słów było znacznie lepsze od któregokolwiek z pomysłów Toma. I domyślał się, że nikt inny nie zrobiłby tego lepiej, gdyby go poproszono.
Musiał uświadomić Riddle’a, co straci, jeśli to odrzuci.
– Och, ‘Mas… Wyobraź to sobie. – Westchnął, teatralne, wpółleżąc. Spojrzał Tomowi w oczy, jakby w przekonaniu, że dzięki temu dostanie piętnaście punktów do przekonywania. –  Za kilka lat ludzie zapomną o Tomie Riddle’u. To pospolite imię padnie w niepamięć, zastąpione przez Lorda Voldemorta. Voldemorta, pogromcę brudnej krwi. – Z każdym jego słowem rosło zainteresowanie widoczne na twarzy Riddle’a, a na jego usta wstąpił rozmarzony uśmieszek. Nieczęsty widok. – Tego, który wybawił czarodziejski świat od szlam. Tego, który podporządkował sobie mugoli, tworząc najpotężniejszą, nie do pokonania, międzyrasową armię… A swojego pamiętnika nie ukryłeś zbyt dobrze, każdy mógłby go zobaczyć i co wtedy? Odkryliby twoje mroczne plany. Musiałbyś ich zabić albo zacząć od nowa.
– To nie pamiętnik, tylko dziennik – poprawił go Tom, starając się ukryć w swoim głosie nutę zirytowania.
– Pamiętnik, dziennik, bez różnicy.
Zegar wskazywał dopiero ósmą. Mieli jeszcze trochę czasu, żeby się naszykować i wyjść na śniadanie. A raczej Basil miał czas, żeby się naszykować, Tom już dawno wszystko zrobił. Siedział jedynie na swoim łóżku, z nogą założoną na nogę, niecierpliwie uderzając palcami jednej ręki w kolano w oczekiwaniu na to, żeby jego współlokator się ruszył.
Mieszkali razem już pięć lat, a każdy ich poranek wyglądał niemal identycznie: Tom wstawał wcześniej, szykował się, budził Basila albo czekał, aby sam się obudził, następnie znów musiał czekać, żeby ten się ubrał, uczesał i zrobił wszystko, co musiał, żeby doprowadzić się do porządku. Kiedy już wszystkie poprzednie punkty zostają spełnione, idą na śniadanie, obrażając przy tym mijanych Ślizgonów.
W połowie zapinania koszuli, przypomniał sobie o leżącym pod jego łóżku pergaminie. Rozejrzał się po pokoju, jakby chcąc się upewnić, że nie ma tam nikogo, kto mógłby poznać jego sekret.
Tom już wiedział o tym, że udało mu się stworzyć zaklęcie, równie dobrze mógłby pochwalić się kolejnym. Nie miał czego przed nim ukrywać. Poza swoimi problemami z nieposłuszną magią, o tym nikt nie mógł się dowiedzieć.
Jak tylko skończył się ubierać, wyciągnął pergamin spod poduszki i wyszeptał zapisane na nim słowo, zastanawiając się w międzyczasie, na czym powinien je przetestować.
– Idziesz? – zapytał Riddle, zbliżając się do drzwi.
– Muszę najpierw coś sprawdzić.
Wyjął różdżkę z kieszeni, skierował ją na najbliższy przedmiot, i robiąc nią mały piruet w powietrzu, powiedział głośno i wyraźnie:
Deglacio.
Różdżka celowała w poduszkę. Ostatnim razem, kiedy testował Ardento, nie widać było żadnych oznak wskazujących na to, że podziałało. Dowiedział się, że tak, dopiero, gdy sam dotknął książki i częściowo spalił sobie przy tym rękę.
Teraz wyraźnie widoczne było, że zaklęcie się powiodło. Na poduszce pojawiła się cienka warstwa szronu, tworząc na jej powierzchni gwieździste wzorki. Oboje mogli poczuć wydzielane przez nią zimno. Temperatura w całym pokoju momentalnie spadła o kilka stopni.
Nie wiedział, czy poduszka została tylko zamrożona, czy stało się z nią coś jeszcze innego. Może tak samo jak Ardento, zaklęcie miało skutki uboczne po dotknięciu zaczarowanego przedmiotu.
Nie miał najmniejszego zamiaru kolejny raz odwiedzać skrzydła szpitalnego z powodu spalonej ręki czy czegokolwiek, co mogłoby mu się tym razem przytrafić.
– Riddle, podnieś to – rozkazał Basil, wskazując otwartą dłonią na poduszkę.
– Nie.
Przewrócił oczami. Było za wcześnie na rozpoczynanie kłótni.
– To zawołaj mi tu Avery’ego albo kogokolwiek.
Zanim wyszedł na poszukiwania Ślizgona, rzucił Basilowi podejrzliwe spojrzenie, starając się go rozgryźć.
Do czasu powrotu Riddle’a z Averym, Francuz trzymał się z daleka od zaczarowanej poduszki, nie chcąc jej przypadkiem dotknąć, nawet najmniejszym palcem u stopy.
Siedział na skraju łóżka Toma, kiedy jego właściciel wraz z bladym czarnowłosym chłopakiem weszli do środka. Avery miał na sobie pogniecione szkolne szaty, chociaż nie było żadnego powodu do noszenia ich podczas weekendu. Nie mieli lekcji ani uroczystości, ot, zwyczajny weekend, gdy mogli nosić swoje normalne ubrania, a nie te, których wymagał od nich Hogwart.
– O co chodzi? – Spojrzał pytająco na Basila, który właśnie podnosił się z siedzenia.
– Podaj mi tamtą poduszkę – powiedział do Avery’ego, pokazując palcem swoje łóżko. Avery stał bliżej niego niż on.
– Ciężko ci podejść i samemu sobie wziąć? Sprowadziliście mnie tutaj, żebym podał ci poduszkę? Chyba sobie żartujesz.
Riddle pokręcił głową.
– Po prostu to zrób – burknął Tom, chcąc mieć już to z głowy.
Avery, ze zmarszczonymi brwiami, niepewnie podszedł do łóżka Basila. Przez krótką chwilę się wahał, ale chwycił poduszkę obiema rękami.
Tom i Basil uważnie go obserwowali, czekając na jakąkolwiek oznakę, że coś jest nie tak. On jednak zwyczajnie trzymał poduszkę w rękach, jakby zaklęcie przestało działać lub działało tylko na wygląd, nie oddając chłodu przy dotyku.
Lecz temperatura w pokoju zdawała się wciąż opadać.
– I o co ten cały hałas? – mruknął Avery, trzymając poduszkę już tylko jedną ręką. – Zwyczajna poduszka, czemu sam tego… – przerwał, a jego spojrzenie powędrowało do dłoni obejmującej przedmiot należący do Francuza. Jego palce zaczęły pokrywać się lodem, który z każdą sekundą pochłaniał coraz więcej jego skóry. – Co się…?!
– Baz?! – zapytał Tom, jednak brzmiało to bardziej jak warknięcie. – Odkręć to.
Basil skrzywił się, przeżywając wewnątrz życiowy dylemat. Mógł w prosty sposób pozbyć się szkolnego rywala, powiedzieć później nauczycielom, że nie ma pojęcia, jak to się stało, i z jakiego powodu jego poduszka została bronią mrożącą. Mógł też coś wypróbować, co albo uratuje Avery’ego przed całkowitym zamrożeniem, albo zrobi z nim to samo, co z Marion.
Jego serce wolało wybór pierwszej opcji, lecz mózg się z tym nie zgadzał, obawiając się, że mogłoby się to obrócić na jego niekorzyść.
Ardento – szepnął machając przy tym delikatnie różdżką, nie chcąc, aby Avery usłyszał nazwę zaklęcia.
Nie miał stuprocentowej pewności, że zaklęcie podziała tak, jak oczekiwał, że roztopi lód, ale nie wpłynie na organizm. Że będzie działało jako przeciwzaklęcie.
Jak przy poprzednich użyciach, z jego różdżki nie wyleciało żadne światło, zwykle obecne przy zaklęciach. Ale nawet bez światła widział, że zaklęcie podziałało. Lód przestał się rozprzestrzeniać po ciele Avery’ego, zaczął topnieć. Woda zmieniała się w parę. Znikały wszystkie dowody na to, że Avery’emu wcześniej się coś stało.
Na szczęście ogień Ardento się nie rozprzestrzenił, nie powodując kolejnych kłopotów. Zniknięcie Avery’ego wywołałoby większe zamieszanie niż jakiejkolwiek szlamy, tym bardziej z Hufflepuffu. Nikt nie uwierzyłby w historyjkę, że uciekł. Czystokrwiści Ślizgoni nie uciekali, oni edukowali się, żeby być w przyszłości ważnymi osobistościami. Innej opcji nie było. Porzucenie szkoły równało się z wydziedziczeniem i wieczną hańbą w rodzinnych kręgach. 
Riddle i Avery wyglądali na lekko zszokowanych, kiedy wszystko się skończyło. Basil schował różdżkę w kieszeni spodni, po czym je otrzepał z nieistniejącego kurzu.
– Idziemy na śniadanie? – zapytał Basil, spoglądając na swoich towarzyszy z lekkim uśmiechem. – To był bardzo emocjonujący poranek, zrobiłem się głodny.
Zrobił dwa kroki w stronę drzwi, lecz zatrzymał go głos Toma:
– Avery, zostaw nas na chwilę – rozkazał bezbarwnym tonem, jakby wszystkie jego emocje wyparowały wraz z lodem pokrywającym rękę Avery’ego.
Avery już otwierał usta, żeby się sprzeciwić, ale Tom tylko uniósł dłoń i wskazał nią drzwi. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Szykowała się poważna rozmowa.
Posłuchał Riddle’a i opuścił pokój, zostawiając Basila i Toma samych. Jak tylko drzwi się za nim zamknęły, Riddle rzucił Basilowi zniecierpliwione spojrzenie. Domagał się odpowiedzi.
– Mów. Wszystko. – Niemal warknął. – O co chodzi z tymi zaklęciami?
Basil jęknął przeciągle. Zaklęcia nie należały do jego ulubionych tematów, szczególnie od czasu, kiedy nie do końca mu wychodziły. Nadal nie rozumiał, dlaczego jego magia pojawia się i znika, ale zaklęcia z jego skóry zdawały się działać za każdym razem. Jak dotąd go nie zawiodły, chociaż nie użył ich jeszcze zbyt wiele razy. Może one również kiedyś się wyczerpią.
– Czy ta rozmowa nie może poczekać, aż będziemy po śniadaniu? Naprawdę jestem głodny, chętnie zjadłbym crossainta. Myślisz, że Accio podziała?
Miał cichą nadzieję, że jeśli wystarczająco się rozgada, to Riddle da mu spokój i uniknie rozmowy na temat Ardento czy też nowego Deglacio. Wszystko było lepsze od rozmowy o jego życiowych, głównie magicznych, porażkach.
– Jeśli chcesz wyjść z tego pokoju, zacznij gadać – rzucił groźnie Riddle, spoglądając na Basila spod przymrużonych powiek.
– Przecież gadam, cały czas. Nie wiem o czym mówisz. Ta rozmowa jest bezcelowa, idę zjeść. Nie zatrzymuj mnie – odpowiedział, chociaż w ogóle nie ruszył się z miejsca.
– Co zrobiłeś Avery’emu?
– Poza tym, że uratowałem mu życie? Nawet mi nie podziękował, co za niewdzięczna gnida. Wiesz co? Muszę to z nim przedyskutować. Nie pozwolę się tak znieważać… Raz na jakiś czas zrobisz coś dobrego, a nikt nie jest ci ani trochę za to wdzięczny. Gdybym wiedział, że tak będzie, nie ratowałbym go.
Chciał wyjść z pomieszczenia, lecz to Tom jako pierwszy dotarł do drzwi i oparł się o nie plecami, uniemożliwiając mu wyjście.
– Zaklęcia, Baz. Jak ty je…? – Nie wypowiedział słowa „wymyślasz”, ale niepokojący błysk w jego oku mówił sam za siebie.
Miał wielką ochotę zachować się jak zdenerwowana pięciolatka i tupnąć ze złością w podłogę, a następnie odejść ze skrzyżowanymi ramionami i nadętą miną. Jakoś udało mu się powstrzymać tę pokusę przed spełnieniem się, choć nie było to łatwe.
Powinien zachować się adekwatnie do swojego wieku, a nawet doroślej. Powinien przeprowadzić z Tomem poważną rozmowę, wytłumaczyć mu wszystko, krok po kroku, żeby w końcu miał święty spokój. Niespecjalnie odpowiadało mu zachowywanie się jak wypadało.
Kusiło go, żeby rzucić jakąś klątwę na Riddle’a, jednak z doświadczenia wiedział, że zadzieranie z współlokatorem zawsze się źle kończy, najczęściej trafieniem jednego do skrzydła szpitalnego, którego oboje unikali jak ognia.  
Jeśli nie powie Tomowi prawdy, nie wyjdzie szybko z pokoju. Gdyby czarnowłosy się uparł, trzymałby go tam przez cały weekend, nie pozwalając nawet wyjść po jedzenie, chcąc dostać swoje odpowiedzi. 
– Mówiłem ci już, stworzyłem zaklęcie – burknął z irytacją w głosie Basil. – Wypróbowałem na książce, spaliło mi częściowo rękę. Potem spróbowałem na Eaton, ją też spaliło. Wczoraj pojawiło się kolejne, które testowałem na poduszce. Sam widziałeś, jak się to wszystko skończyło. Mogę już iść jeść? – zapytał, sięgając do klamki.
Tom nie ruszył się z miejsca ani na krok.
– Pojawiło się? – ciągnął, coraz bardziej zainteresowany.
Basil się skrzywił.
– Pojawiło, zniknęło. Chciałbym, żeby tak samo było z moim głodem, ale żeby zniknął, potrzebowałbym przynajmniej kanapki. Wypuść mnie, peigne-cul!
– Oczywiście, wypuszczę cię… Jak tylko powiesz mi, o co chodzi.
– Dwa zaklęcia pojawiły się na moim ciele, oba fatalne w skutkach, chociaż dość zabawne. Coś jeszcze?
– Podaj mi je – zażądał Tom, nie spuszczając wzroku z Basila, niczym kobra, obserwująca swoją przyszłą ofiarę.
Wiedział, że jeśli wspomni o zaklęciach, Tom będzie chciał je poznać. O Ardento mówił mu już wcześniej, nie był nim jednak wtedy zainteresowany. Działanie Deglacio widział na własne oczy zaledwie kilka minut wcześniej.
Podał mu nazwy obu zaklęć. Od razu je wypróbował na leżących obok obiektach, lecz żadne z nich nie podziałało. Im więcej razy próbował, tym bardziej się denerwował. Za każdym razem zaklęcia były nieudane.
– Mam jakoś specjalnie machnąć ręką? Myśleć o czymś okropnym, szczęśliwym? Co robię źle? – rozzłościł się.
Basil tylko wzruszył na to ramionami.
– Nie wiem – odpowiedział mu obojętnie. – Ja wycelowałem, powiedziałem i podziałało. Może moje zaklęcia cię nie lubią. Wiedzą, kogo unikać – dodał już ciszej, nie chcąc jeszcze bardziej zdenerwować Toma.
Spróbował jeszcze kilkanaście razy, po każdym zaklęciu rozkazując Basilowi dotknąć zaczarowanego przedmiotu, aby sprawdził, czy się udało. Jak dotąd bez skutku.
– Teraz ty spróbuj – warknął do Basila, wskazując na leżącą obok swojego łóżka miotłę.
– No dobra – Przewrócił oczami. Im szybciej to zrobi, tym szybciej będzie miał to z głowy i może wreszcie będzie mógł udać się na śniadanie. Zostało już niewiele czasu do końca śniadania. Wycelował swoją różdżką we wskazany przedmiot i powiedział: – Deglacio.
W przeciwieństwie do Toma, jego zaklęcie się powiodło. Jego zaklęcie.
Miotła, tak samo jak wcześniej poduszka, pokryła się szronem. Temperatura znów opadła o kilka stopni. W zwykle ciepłym pokoju było zimniej niż na błoniach zimą.
Ardento. – Rzucił kolejne zaklęcie, cofając nim działanie poprzedniego.
Oba zaklęcia w przypadku Basila się powiodły, co wywołało ciche prychnięcie pogardy ze strony Riddle’a.
– Bezużyteczne. Jeśli tylko tobie one wychodzą, co wniosą do czarodziejskiego świata?
– Dzięki tym zaklęciom może w nim zasłynąć pewien Francuz, który jako jedyny potrafi z nich korzystać. – Uśmiechnął się na samą myśl o świecie, w którym ludzie wielbiliby go i jednocześnie obawiali się go, wiedząc, że jeśli zrobią coś nie tak, zamrozi ich lub spali. – Czy nie jest to świetna wizja?
Tom pokręcił przecząco głową. Oczywiście, do przewidzenia było, że się z nim nie zgodzi. Sam miał wielkie plany na przejęcie władzy nad światem i przyporządkowanie sobie ludzi, żeby móc ich później wykorzystywać do brudnej roboty.
Mieli kilka wspólnych pomysłów na to, jak mogli razem ulepszyć świat, wyczyścić go z brudnej krwi i ludzi, którzy tylko w nim przeszkadzali. Były to dobre plany, lecz w każdym z nich to Riddle zostawał głównym przywódcą i twarzą czarodziejskiej armii, co nie do końca odpowiadało Basilowi. Sam również chciał zostać zauważony, a nie ukrywać się za Riddle’em.
Po kilku minutach ciszy, Riddle pozwolił mu wyjść z pokoju i oboje szybkim krokiem udali się do Wielkiej Sali, zdążając na ostatnią chwilę. Sala nadał była przepełniona uczniami, chociaż był sobotni ranek, który, gdyby nie Tom, Baz wolałby spędzić śpiąc do południa.
Podczas śniadania poczuł to samo uczucie, co piątkowego wieczoru. Jakiś wewnętrzny głosik podpowiadał mu, że powinien użyć zaklęcia.
Chociaż pewnie nie powinien tego robić, posłuchał przeczucia i wyciągnął różdżkę.
Deglacio – szepnął, nie celując różdżką w nic konkretnego.
Na początku nic się nie wydarzyło i już zaczynał obawiać się, że znów wyczerpała mu się magia i nie podziałało.
Tylko, że zaklęcie podziałało, może nawet zbyt dobrze.
Wszyscy obecni w Sali, oprócz niego, zastygli w miejscach, niezdolni do jakiegokolwiek ruchu. Basil obserwował wszystko z szeroko otwartymi oczami, nie do końca rozumiejąc, co sam zrobił. Ludzie zaczęli pokrywać się coraz to grubszą warstwą lodu, tworząc wspaniałe lodowe rzeźby.
Każdy z obecnych, nawet siedzący obok niego Riddle, został zamrożony. Basil był jedynym w całym pomieszczeniu, który nie stał się rzeźbą z lodu.
Został sam, otoczony dziesiątkami posągów. 


Ten rozdział miał skończyć się inaczej. Bardzo inaczej, ale no, nie wyszło. Może następnym razem.
Poprawiałam go, siedząc w samochodzie, więc mogłam coś pominąć. Jak na przykład sens.
To byłoby na tyle, do następnego! 

piątek, 10 marca 2017

Lord Voldemort

Niczego nie poczuł.
Kiedy ludzie opowiadali o zabijaniu innych, mówili, że czuli się po tym okropnie, że zabijanie było trudne. Że żałowali zrobienia tego. Towarzyszące temu uczucie opisywali jako okropne i nie do zniesienia, a następujące po nim poczucie winy zabijało ich od środka.
Ale… On nie poczuł niczego. Żadnego poczucia winy. Nie było mu nawet odrobinę szkoda martwej szlamy, z której została już tylko kupka prochu. Był kompletnie pozbawiony emocji. Ani jednego, najsłabszego uczucia, żadnego żalu, smutku, może troszeczkę ulgi, jako że udało mu się wypełnić polecenie.
Rzucił na podłogę zaklęcie czyszczące, które, o dziwo, podziałało. Drobinki popiołu uniosły się w powietrze, zawirowały niczym małe tornado i zniknęły. Nie pozostał po nich najmniejszy ślad.
Sprawdził godzinę. Miał za mało czasu, żeby zajrzeć do łazienki i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli chciał zdążyć na spotkanie, musiał już wychodzić.
Ostatni raz rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając jakichkolwiek śladów jego obecności w tamtym miejscu. Pozbył się ciała, a raczej samych popiołów, jakie z niego zostały.
– To nie tak, że na to nie zasłużyła – mruknął do siebie, wychodząc z sali.
Starał się zachować ostrożność, podążając ciemnym korytarzem. Mijał wiszące na ścianach oprawione obrazy z nieznanymi mu postaciami. Nigdy nie kłopotał się, żeby dowiedzieć się, czyje są. Były jedynymi świadkami jego zbrodni. Razem ze szlamą minęli kilka portretów w drodze do klasy. Jeśli nauczyciele zdecydowaliby się na przepytanie ich, dowiedzieliby się, że jej towarzyszył, a również tego, że w pewnym momencie szedł już sam, a ona zniknęła bez śladu.
Zaczął obmyślać w głowie historię, którą opowie nauczycielom o swojej przechadzce z Marion.
Dotarł na miejsce spotkania idealnie w porę. Slughorn właśnie otwierał drzwi swojego gabinetu, aby wpuścić czekających pod nimi uczniów. Na samym końcu stali Riddle, trzymający w jednej ręce paczkę karmelizowanych ananasów, z Averym i Lestrange’em, przyglądając się nadchodzącemu Basilowi, który uśmiechał się do nich z wyższością. Dołączył trójki Ślizgonów.
– W przeciwieństwie do tej dwójki – Wskazał dłonią towarzyszących Riddle’owi chłopaków – udało mi się uporać z problemem. Nie będzie więcej komplikacji.
– Właśnie do niej szliśmy, kiedy ty… – Zaczął się tłumaczyć Avery.
– Zrobiłem to za was? Tak. Bo jesteście niekompetentni? Podwójne tak. Imbéciles. Gdybym się nie pojawił, robota nie zostałaby wykonana. Nie musicie dziękować.
Nie zamierzał utrzymywać dobrych stosunków z innymi członkami swojego domu, jeśli nie byli tego warci, a ci dwaj nie byli. Lestrange patrzył na Basila wilkiem, z kolei Avery zaciskał ze złości pięści, aż jego kłykcie pobielały. Nie byli nawet warci jego uwagi.
Weszli do środka i każdy znalazł sobie miejsce. Francuz usiadł na siedzeniu po prawej stronie Riddle’a. Oczekiwał jakiejś opinii na temat wykonanego zadania. Najprostszego „Dobra robota” czy chociaż: „Zrób jeszcze to, tamto i siamto.”
– Jak to zrobiłeś? – zapytał w końcu, nie racząc Basila spojrzeniem.
Miał ochotę go zignorować i nic nie mówić, żeby zaczął się zastanawiać, co mógł uczynić z dziewczyną, żeby się jej pozbyć. Puchonki były strasznymi przylepami i pozbycie się ich albo chociaż powstrzymanie od zrobienia czegoś, jak na przykład pójścia na spotkanie Klubu Ślimaka, graniczyło z cudem.
Jednak potrzeba podzielenia się swoim osiągnięciem wygrała. Musiał się pochwalić, przynajmniej jednej osobie. Potrzebował uwagi, chwały i żeby ludzie, widząc go, trzęśli się z trwogi i błagali o litość. Tak, to był jego życiowy cel, zostać znany przez czarodziei z całego świata jako ten, który pozbył się wszystkich szlam i zdrajców krwi. Jako wybawca.
Teraz siedział wśród Hogwarckiej elity, uczniów najlepszych z najlepszych. Zaproszonych zostało kilkoro z podopiecznych Slughorna, w tym Oullette i Riddle. Ślizgońska grupa stanowiła zdecydowaną większość na spotkaniu, dziewczyny plotkowały między sobą, a młodzi mężczyźni rzucali sobie wyzywające spojrzenia, każdy z nich znał jednak granicę, której przekroczenie równało się śmierci w hierarchii społecznej.
Nie wolno było kwestionować planów Riddle’a, jakkolwiek mu się sprzeciwiać lub, nie daj Boże, próbować go skrzywdzić. Każdy z takich ataków, nawet niezamierzony lub nieudany, źle się kończył dla prowokatora. Riddle miał wokół siebie mur, zbudowany z zaufanych członków swego domu, gotowych spełnić każdy z jego rozkazów. Był liderem, prowadzącym bandę zaślepionych jego blaskiem popleczników. Trzymali się go jak leniwce swoich gałęzi podczas snu.
Już miał odpowiadać na pytanie Riddle’a, kiedy podeszli do nich inni Ślizgoni. Omówienie sprawy przy nich byłoby zbyt ryzykowne. Zdecydował się opowiedzieć swojemu współlokatorowi o przygodzie jak tylko zostaną sami.
– Wszyscy są, jak dobrze – odezwał się Horacy Slughorn, jakby z ulgą. – Chwileczkę… A gdzie panna Eaton?
Wśród obecnych rozległ się szum, kilka osób nawet nie wiedziało, o kim mowa. Najwyraźniej panna Eaton nie należała do najpopularniejszych w kręgach społecznych. Nie należało to do rzeczy nietypowych, biorąc pod uwagę fakt, iż Puchoni woleli swoje towarzystwo i ciepło swych pokoi, więc niezbyt często wychodzili, unikając spędzania czasu z resztą Hogwartu.
– Słyszałem, że Oullette miał się z nią dzisiaj spotkać – odezwał się siedzący w kącie Lestrange ostrym głosem, nie kryjąc urazy za uniemożliwienie mu wypełnienia zadania. – Gdzie ona jest?
Typowo Ślizgońska zagrywka. Zwalić winę na jednego ze swoich, żeby pozbyć się podejrzeń ze swojej osoby. Ale jednak to Basil widział ją po raz ostatni i już nikt jej więcej po nim nie ujrzy.
Basil wzruszył ramionami.
– Skąd mógłbym to wiedzieć? Była ze mną, ale w połowie drogi przypomniało jej się, że musi po coś wrócić – skłamał. Każde słowo wypowiadał z całkowitą obojętnością. – Od tego czasu jej nie widziałem. Wiesz przecież jakie są baby… Pewnie musiała przypudrować nosek.
– Nie odprowadziłeś jej? Co z ciebie za dżentelmen?
– Powiedziała, że chce iść sama. Nie chciałem się kłócić.
Profesor zbliżył się do fotelu, który zajmował Francuz, oparł dłonie na jego oparciu i poprosił cichym głosem:
– Basilu, może sprawdź, czy już idzie… Nie chciałbym stracić tak cennej dziewczyny.
Chłopak z całych sił musiał się powstrzymywać od prychnięcia, słysząc prośbę Slughorna. Bo przecież, co miał mu przyprowadzić, skoro dziewczyna nie żyje? Stertę popiołu, który zresztą już i tak zniknął? Profesor o tym nie wiedział, a Basil nie miał najmniejszej ochoty go powiadamiać. Nie mógł zostać wyrzucony z Hogwartu w pierwszym tygodniu szkoły, to nie wyglądałoby dobrze na jego liście życiowych osiągnięć.
Z drugiej strony, byłby to dobry pretekst do wyrwania się ze spotkania. Pójdzie udawać, że jej szuka, zmarnuje trochę czasu, po czym wróci i oznajmi, że niestety nigdzie jej nie było, a on nie ma już więcej pomysłów, gdzie mógłby zajrzeć.
– Oczywiście, już się robi – powiedział, wstając ze swojego miejsca.
Do drzwi odprowadził go wzrok wszystkich obecnych, jakby to on był najciekawszym, co znajdowało się w tym pomieszczeniu. Wpatrywali się w niego jak sroki w gnat.
Zamknął drzwi z cichym trzaskiem.
Spojrzał najpierw na korytarz z prawej, potem z lewej, zastanawiając się, którędy lepiej byłoby mu pójść, żeby zmarnować jak najwięcej czasu.
Postanowił wrócić do swojego dormitorium, cóż było przecież lepszym miejscem do marnowania wolnego czasu niż swoje cztery ściany?
Przeszło mu przez myśl, że powinien także zajrzeć do Puchonów i zapytać o Eaton, na wypadek, gdyby Slughorn zdecydował się sprawdzić prawdziwość jego historii o poszukiwaniach dziewczyny.
Właśnie miał skręcać za róg, kiedy ktoś niespodziewanie go potrącił. Uderzenie było tak mocne, że chłopakowi ogromną trudność sprawiło utrzymanie się na dwóch nogach. Na szczęście udało mu się uniknąć upadku.
– Faites attention où vous mettez les pieds – warknął do osoby, która omal go nie przewróciła.
Podniósł wzrok swoich orzechowych oczu na sprawcę, a kiedy zobaczył szaty Hufflepuffu, jego twarz złagodniała. Zemści się później, najpierw sprawy najważniejsze.
– Och, wybacz. Nie zauważyłem, że idziesz… I nie znam francuskiego…
– Lucian, prawda?
Puchon zrobił zaskoczoną minę, słysząc swoje imię wypowiedziane przez Basila. Miał potargane blond włosy i bliznę przechodzącą od lewego kącika ust do ucha. Ślizgon kojarzył go z zajęć transmutacji, które mieli razem. Blondyn zawsze siadał z przodu, ciągle się uśmiechał i gawędził z wszystkimi wokół. Godne pożałowania.
– Owszem – bąknął w odpowiedzi, nagle spięty obecnością Francuza.
– Nie widziałeś może gdzieś Marion Eaton? Taka mała, nieciekawa, chyba gra u was w drużynie Quidditcha.
Lucian pokręcił głową.
Basil byłby niezmiernie zaskoczony, gdyby odpowiedź była twierdząca. Musiałby się męczyć z duchem albo zmartwychwstaniem. Nie miał czasu na takie rzeczy, musiał zająć się ważniejszymi sprawami, jak na przykład wyjście do Hogsmeade po rzeczy przydatne do dręczenia przeszkadzających mu uczniów albo napisanie listu do rodziców z prośbą o wysłanie mu jednego z podręczników, którego zapomniał ze sobą zabrać, szybko pakując się do wyjazdu.
– To wszystko, czego potrzebowałem.
Odchodząc, z radosnym uśmiechem rzucił na Luciana zaklęcie Galaretowatych Nóg, upominając go, żeby nauczył się w końcu chodzić, nikogo przy tym nie potrącając.
Do dormitorium wszedł w dobrym humorze, ciesząc się z wolnej chwili, udanego zaklęcia i upokorzenia Puchona. Od dawna nie miał aż tak udanego dnia. No, może psuła go nieco ewentualność, że mógłby wylądować w Azkabanie za morderstwo, nawet jeśli było nieumyślne.
Jak tylko wszedł do pokoju, zauważył, że coś się w nim zmieniło. Coś było nie na swoim miejscu. W jego części sypialni zwykle panował artystyczny nieład, ale potrafił się bez problemu zorientować, gdzie co jest. Z kolei część Toma była nieskazitelnie czysta, wszystkie ubrania i książki ułożone, tylko czekały na powrót swojego właściciela, aby mógł je wyczyścić z kurzu, którego nikt poza nim nie widział.
Jedyną rzeczą, jaka nie pasowała w uporządkowanym kąciku Toma był zeszyt, wystający spod jego poduszki. Oprawiony w ciemną skórę przedmiot przykuł uwagę Basila. Czuł palącą potrzebę dowiedzenia się, co Riddle mógł  w nim skrywać.
Wyciągnął zeszyt, chwytając za wystający spod poduszki fragment okładki. Jego oczom ukazał się podpis na dole: „Tom Marvolo Riddle”. Otworzył go i zaczął kartkować, szukając czegoś, co przykułoby jego uwagę. Z tego, co Tom w nim pisał, Basil wywnioskował, że musi to być pamiętnik. Riddle opisywał w nim różne pomysły na odszlamienie świata, narzekał na innych Ślizgonów, głównie Abraxasa Malfoya za jego ciągłe przechwalanie się swoimi podbojami miłosnymi, i pisał o swoich planach na przyszłość. Na jednej stronie, na samym środku, znajdowały się imiona i nazwisko Toma, a wokół nich potencjalne anagramy.
– Roadie Mold, Mr. Volt? – przeczytał na głos jeden z nich.
Wszystkie z wymyślonych przez Riddle’a anagramów wydawały się mu być całkowicie bezsensowne, pomyślał przez chwilę nad tym, jak mógłby poprzestawiać słowa, a kiedy wymyślił coś w miarę znośnego, zapisał to w dole kartki dużymi literami.
I am Lord Voldemort.
Był z siebie dumny za wymyślenie tego anagramu. Lord Voldemort brzmiał ciekawie, a przy tym francusko. Brzmiał jak połączenie dwóch słów z jego ojczystego języka, volonte i de mort. Żądza śmierci. Idealnie oddawało charakter jego współlokatora.
Zamknął pamiętnik i odłożył go na miejsce, ustawiając wszystko z powrotem tak, żeby Tom nawet nie zauważył, że cokolwiek ruszył. Jedynym, co go zdradzało, była pozostawiona w środku notatka.
Minęło pół godziny odkąd wyszedł ze spotkania. Wypadałoby w końcu na nie wrócić.
Do gabinetu Slughorna powrócił, używając skrótów i tajemnych przejść, znanych tylko przez nielicznych. Wolał uniknąć wpadnięcia na innych uczniów Hogwartu. W tamtej chwili zależało mu tylko na dotarciu na miejsce bez niepotrzebnych problemów.
Na miejsce dotarł dość szybko, bo po zaledwie siedmiu minutach. Normalnie przejście z lochów do gabinetu zajmuje dwa razy tyle czasu.
Kiedy wychodził, wszyscy się na niego patrzyli. Kiedy wchodził, nikt się nie zainteresował. Zostało już tylko kilku chłopaków, w tym Riddle, Lestrange i Avery. Wszyscy zajęci byli słuchaniem opowiadań Slughorna i zajadaniem się potrawami przynoszonymi przez skrzaty na srebrnych tacach.
Jako pierwszy zauważył jego przybycie profesor. Podszedł do niego i objął ramieniem, przyciągając bliżej do siebie.
Basil skrzywił się z obrzydzeniem, czując od Slughorna zapach tak dobrze mu już znanej ze wszystkich ślizgońskich przyjęć Ognistej Whisky.
– A gdzie panna Eaton, Basilu? – zapytał Slughorn, kiedy Basil wyrwał się z jego uścisku.
– Nigdzie jej nie widziałem. Popytałem nawet w Hufflepuffie, ale jakby… Rozpłynęła się w powietrzu.
Grube brwi Slughorna uniosły się w niemym pytaniu.
– Może siedzi w jakiejś sali albo szwenda się po Zakazanym Lesie – mówił dalej Basil, wzruszając przy tym ramionami.
– Wielkie nieba, musi się znaleźć przed godziną policyjną! Jeśli dyrektor się dowie, że zaginęła uczennica… – Nie dokończył. Jego zwykle radosną minę zastąpił przestraszony wyraz.
– Na pewno ją znajdą – odpowiedział mu ciszej chłopak na pocieszenie, mając nadzieje, że brzmi wystarczająco przekonująco.
– Tak, z pewnością masz rację, chłopcze – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwało mu pojawienie się obok Basila ciemnowłosego chłopaka. – Tak, Tom?
Riddle oblizał dolną wargę, zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów.
– Mam do pana jedno pytanie odnośnie wypracowania. Gdyby mógłby pan wyjaśnić mi jeden termin, byłbym niezmiernie wdzięczny. Ktoś taki jak pan na pewno będzie w stanie mi pomóc.
Basil rzucił Tomowi pytające spojrzenie. Nie otrzymał na nie odpowiedzi, ale błysk w oku Ślizgona upewnił go w tym, że nie będzie to nic dobrego. Domyślił się, że wcale nie chodzi o wypracowanie, a o jakiś większy, ważniejszy plan.

***

Francuz wrócił do swojego dormitorium trzydzieści minut po jedenastej. Gdyby ktoś zauważył go na korytarzu, mógłby dostać karę lub stracić punkty, na które Ślizgoni ciężko pracowali, było już długo po godzinie policyjnej.
Tom został dłużej w gabinecie profesora, aby otrzymać od Slughorna odpowiedź na swoje pytanie, którego jak dotąd nie zdradził Basilowi.
Czekając na jego powrót, położył się na łóżku i zaczął przeglądać jeden z wielu walających się po ich pokoju magazynów o Quidditchu. Żaden z nich nie należał do drużyny, niespecjalnie ciągnęło ich do latania za piłką i obrywania tłuczkami, jednak lubili od czasu pójść na boisko, obejrzeć mecz. Basil, oczywiście, kibicował francuskiej drużynie, która niestety nie odnosiła zbyt wielkich sukcesów w ostatnich latach.
Nawet nie zauważył, kiedy przestał być sam w pomieszczeniu.
– Powiedział mi wszystko, czego potrzebowałem – Rozległ się po pokoju dumny głos Riddle’a.
– Powiedział ci, jak podlizać się innym nauczycielom? Och, nie, przecież sam dobrze wiesz, jak to wszystko zrobić.
Riddle puścił jego uwagę mimo uszu.
– Dał mi trochę informacji na temat Zaklęć Niewybaczalnych.
– Co z nimi? – zapytał obojętnie.
– Jak je rzucać, żeby podziałały i tego typu sprawy.
Basil podparł się na łokciu, na wpółleżąc.
– ‘Mas, masz tyle książek w bibliotece, a ty pytasz nauczyciela…
– To przynajmniej wiarygodne informacje.
Francuz przeciągnął się na łóżku. Wypytywanie profesorów o tego typu zaklęcia mogło się źle skończyć. Kto wie, co Tom mógł mieć w planach, skoro wymagało to opanowania czarnomagicznych zaklęć.
– Co do Zaklęć, mój père ma całą biblioteczkę książek. Niektóre z nich nie są do końca zgodne z przepisami, czasem coś od niego podpatrzyłem, od czasu do czasu znalazło się tam coś ciekawego. Mogłeś zapytać, jeśli chciałeś dowiedzieć się czegoś więcej – powiedział ciszej, a ostatnie z jego słów w połowie przeszło w ziewnięcie. – O Niewybaczalnych możemy pogadać potem, teraz skupmy się na tym co ja zrobiłem – Wskazał na siebie palcem – ze szlamą.
– Co z nią zrobiłeś? – zapytał Riddle, siadając na skraju swojego łóżka. – Związałeś i wrzuciłeś do jeziora? – Zaśmiał się.
– Spaliłem.
Śmiech Riddle’a zamilkł jak tylko uświadomił sobie, co powiedział jego towarzysz.
– Co zrobiłeś?!
– Dowiedziałem się, że Ardento na ludziach działa iście płomieniście. Gdybyś ją widział – Ożywił się, a na jego twarz wstąpił rozmarzony uśmiech. – Stopiło jej skórę i kości, został sam popiół… Świetny widok.
Drugi chłopak nie był aż tak zachwycony ‘świetnym’ sposobem na likwidację diabelskiego nasienia. Przeciwnie, wyglądał, jakby cały świat nagle legł mu w gruzach, a on nie mógł w żaden sposób temu zaradzić.
– Jeśli się dowiedzą, że została zamordowana, mogą zamknąć Hogwart – syknął, patrząc gniewnie na Basila. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś? Hogwart to mój dom. Jeśli odbierzesz mi dom – Ucichł na kilka sekund, podczas których tylko wpatrywał się w oczy Francuza, jakby chciał rozszarpać go na kawałki – odbiorę ci wszystko, na czym ci zależy. Wszystko. Rodzinę, twój francuski dworek… Twoją magię.
– Przecież nie zamkną Hogwartu przez jedną zaginioną szlamę, ponieważ osobiście szczerze wątpię, żeby w najbliższym czasie odkryli jej ciało albo chociażby mogli stwierdzić morderstwo, prędzej zaginięcie. Ludzie giną, zdarza się, przecież mamy wojnę, prawda? – rzucił, opierając głowę o poduszkę. – I jeszcze… Nie można komuś odebrać magii, nikt jak dotąd nie wpadł na sposób, który by działał. Magia znika, kiedy próbujesz ją odebrać. Wielu próbowało, nikt nie podołał.
Riddle prychnął.
– To, że nikomu się nie udało nie znaczy, że się nie da. Kiedy nadejdzie czas, znajdę sposób – Z każdym kolejnym słowem jego głos stawał się ostrzejszy – i wykorzystam go na tobie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie.
– Za bardzo się wszystkim przejmujesz. To tylko jedno małe morderstwo, nic wielkiego, nie ma się czym przejmować – Próbował uspokoić Riddle’a. – Uznają, że uciekła i dadzą spokój, jakoś to przeboleją.
Wcześniej sam martwił się, że będzie miał przez swoją akcję kłopoty, jednak z każdą mijającą minutą, coraz mniej go to obchodziło. Powoli zaczynał wierzyć w to, że uda mu się uniknąć kary za ten występek.
Do zabicia jej nie użył żadnego z Zaklęć Niewybaczalnych, tylko nowopowstałego, stworzonego przez niego samego, zaklęcia. To mógł być początek nowej ery czarnej magii, najciekawszej ze wszystkich odmian magii. Sama myśl o tym, że mógłby zostać mistrzem czarnej magii znanym przez każdego czarodzieja na świecie podbudzała tylko jego poczucie własnej wartości.
– Obyś miał rację.
– To oczywiste, że ją mam. Jak zawsze, Voldi – zapewnił go Basil.
– … Voldi? – Tom zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Wkrótce zrozumiesz – odpowiedział, dodając swojemu głosowi nutę tajemniczości.
Riddle pokręcił głową, nadal niczego nie pojmując. Wolał jednak nie pytać, obawiając się odpowiedzi.
Basil był na skraju zapadnięcia w głęboki sen, kiedy jego ciałem wstrząsnął straszliwy ból. Ból, który czuł już wcześniej, tamtego wtorkowego popołudnia w sali od starożytnych run. Tym razem jego centrum nie było przedramię, lecz prawa noga.
Wtorkowy ból palił mu skórę, ten zdawał się ją mrozić. Czuł się, jakby jego noga pokrywała się warstwą palącego lodu, jednocześnie lodowatego i gorącego.
Zsunął z siebie koc i ujrzał znajomy widok czarnych liter, układających się w nowe zaklęcie.