sobota, 14 października 2017

Nowe koszmary

„Dostałem to, czego chciałem.” Te słowa dręczyły Basila przez następne kilka godzin, gdy rozważał, co począć z Kennardem.
Nie umarł. Dlaczego nie umarł? Czy zrobił coś nie tak? Według skali, miało być bardziej mordercze niż Ardento, dlaczego więc go nie zabiło? Leżał teraz w śpiączce na podłodze lochu, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
Kopnął Luciana w nogę. Brak reakcji. Uderzył w ramię. Nawet się nie poruszył. Nadepnął na jego krocze i, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, również nie uzyskał żadnej reakcji. Wymruczał pod nosem kilka przekleństw w każdym znanym przez siebie języku, po czym jeszcze raz kopnął Luciana w żebra. Tak dla zasady.
Zastanawiał się, co w ogóle ma z nim teraz zrobić. Wkrótce będzie musiał wrócić do Hogwartu, a zostawienie chłopaka leżącego w lochu nie wydawało się zbyt dobrym pomysłem. Nie mógł go po prostu tam tak zostawić. Co, jeśli się obudzi? Jeszcze umarłby z głodu. Może i według statystyk była to długa i bolesna śmierć, ale nie takiej chciał dla niego Basil. Chciał obserwować jego śmierć, być przy tym, napawać się nią.
O nie. Nie mógł tak po prostu sobie zdechnąć w lochu. Jak tylko Lucian się obudzi, Basil dokończy, co zaczął. Do tego czasu, musiał zając się czymś innym.
Podniósł głowę do góry. Mniej więcej nad nim znajdowała się kuchnia, w której siedziały skrzaty, gdy miały chwilę przerwy od obowiązków. Nie było takich chwil wiele, starali się dawać im jak najwięcej zajęć, żeby się nie nudziły.
– Balpi! – ryknął, wiedząc, że tylko skrzat będzie w stanie go usłyszeć z piwnicy.
Usłyszał ciche „pyk” i zaraz pojawił się przed nim obrzydliwy skrzat. Jego obwisła skóra, ledwo zakryta fragmentem worka od ziemniaków, przyprawiała go o nieprzyjemne uczucie w żołądku. Obawiał się, że jeśli nadal będzie na niego patrzeć, zwróci wszystko, co spożył podczas kolacji. Odwrócił wzrok.
Wskazał mu dłonią Luciana, a skrzat głośno sapnął. Z pewnością nie spodziewał się, że Basil przywoła go, by przyglądał się prawie martwemu ciału.
– Kiedy mnie nie będzie, masz go pilnować – polecił Balpiemu. – Jeśli się obudzi, masz od razu mnie o tym poinformować. Sprawdzaj go codziennie. Jak się obudzi, dawaj mu małą porcję jedzenia i trochę wody co jakieś dwa dni. Tyle, żeby starczyło mu do przeżycia, ale nie dość, żeby czuł się tu zbyt wygodnie. I jeszcze jedno. – Zmusił się do spojrzenia na skrzata, by okazać powagę swoich słów. – Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nie możesz nikomu wyjawić, że ktoś jest w tym miejscu. Nie możesz nikomu powiedzieć, że to miejsce istnieje. Jeśli dowiem się, że mnie nie posłuchałeś, skończysz jak on. – Wskazał znów na Luciana. – Albo gorzej.
– Balpi nic nie powie! Balpi posłucha pana Basila.
Niechętnie powierzył jedną ze swoich tajemnic skrzatowi domowemu. Zniżył się do tak prostackiego czynu, ale nie miał wielkiego wyboru. I tak później go zabije, jak tylko Lucian się obudzi. Tak na wszelki wypadek. To przecież tylko skrzat domowy, szybko zastąpią go innym. Nikt pewnie nawet nie zauważy, że go nie ma.
– Lepiej, żeby tak było. A teraz przenieś go do celi i ją zaklucz. – Rzucił kluczem gdzieś obok skrzata i uśmiechnął się tryumfalnie, słysząc brzęk, gdy wylądowały na ziemi na prawo od Balpiego. – Potrenuj refleks.
Wyszedł z piwnicy i szybko przeszedł do swojego pokoju. A raczej zrobiłby to, gdyby pod drzwiami nie zatrzymała go matka. Trzymała ręce na biodrach i wpatrywała się w niego, jakby w ciągu kilku godzin jego nieobecności zdążyła poznać wszystkie jego brudne sekrety.
– O co chodzi? – zapytał niewinnie.
– Poszłam do ciebie, żeby ci przypomnieć, że masz się przebrać, zanim pójdziesz polatać, bo przecież te ubrania są zbyt ładne, żeby je upaprać błotem albo zniszczyć. Łatwo je naprawić, skrzaty zrobią to w mgnieniu oka, ale sam fakt, że zostały zniszczone… Nie o tym miałam mówić, przepraszam. Chodzi mi o to, że przyszłam tu, a ciebie już nie było. Wiesz, co jest w tym najciekawsze? Powiedziałeś, że idziesz poćwiczyć latanie na miotle, a ją zostawiłeś w pokoju.
Skrzywił się. Mógł chociaż wcisnąć ją do szafy, a on rzucił ją byle gdzie. Zanotował sobie w myślach, że musi podejmować nieco bardziej przemyślane decyzje. Teraz miał problemy przez swoją głupotę. Spodziewałby się tego po jakimś Puchonie albo Gryfonie (oni często miewali takie problemy), ale nie po sobie. Zawiódł swoją Ślizgońską sprytną osobę.
– Przepraszam – powiedział cicho, udając skruchę. – Chodzi o to, że… Nie wiem nawet, jak to powiedzieć. Myślałem, że uda mi się to trochę dłużej zachować w sekrecie. To coś, o czym powinnaś wiedzieć jako moja matka.
Zrobiła przejętą minę, spodziewając się najgorszego. Nie przerywała mu jednak. Wciąż stosowała się do zasady, że mężczyznom nie można przerywać, kiedy mówią, nawet jeśli chodzi o własne dzieci. To była lekko przestarzała reguła, kobiety od dawna walczyły o równouprawnienie i coś już udało im się osiągnąć. Basil jednak nie do końca rozumiał, po co kobietom takie same prawa, jakie tyczą się mężczyzn, szczególnie jeśli chodziło o zawody. Niektóre były po prostu zaprojektowane tak, że tylko mężczyźni sobie z nimi poradzą. Chociażby praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów – kobiety przecież nie rozumiały sportu, był dla nich jak taka, no, czarna magia.
– Och, nie wiem nawet, jak to ubrać w słowa, żeby to dobrze zabrzmiało. – Westchnął teatralnie. – Dobrze, mamo. Słuchaj mnie. To ważne. Jestem… w związku. Wiem, że powiedziałem, że idę potrenować, ale tak naprawdę poszedłem z nią porozmawiać. W piwnicy mamy kominek, a ja… Nie chciałem, żeby ktoś podsłuchiwał. To miła dziewczyna, mamo. Poznałem ją w Hogwarcie.
Jego matka odetchnęła z ulgą. Nawet się zaśmiała. Miała radosny śmiech, policzkach ukazały jej się malutkie dołeczki. Nie dziwne, że jego ojciec się w niej zakochał. Musiała być naprawdę piękną kobietą, gdy była młodsza. Wciąż była piękna, ale mijające lata zaczynały powoli zbierać żniwo, tworząc coraz więcej zmarszczek na jej twarzy.
– Dziewczyna? Naprawdę, Basilu? – zapytała ze śmiechem. Objęła lekko syna. – Już myślałam, że wpakowałeś się w coś złego. Co to za dziewczyna? Opowiedz mi o niej. Jak ma na imię?
No tak. Jak zwykle uniknął jednego problemu, pakując się w kolejny. Teraz musiał wymyślić sobie dziewczynę. Flint pewnie chętnie zgodziłaby się z nim chodzić, jak i duża część dziewczyn z Hogwartu – a przynajmniej on tak zakładał – ale te jej brwi zbyt go brzydziły, żeby w ogóle zdecydował się podejść do niej na odległość mniejszą niż dziesięć metrów. Czas na improwizację.
– Ma na imię… Candace – powiedział szybko pierwsze imię, jakie przyszło mu na myśl. Oczywiście musiała to być śledząca go dziewczyna z kijem w tyłku. – Jest z Ravenclawu. To ci mądrzy – wyjaśnił szybko, przypominając sobie, że przecież jego matka nie chodziła do Hogwartu. – Prawie tam trafiłem. To znaczy, mogłem tam trafić, ale wolałem Slytherin.
Kobieta machnęła na niego ręką.
– Tak, wiem, że jesteś bardzo mądry, ale opowiedz mi coś o tej dziewczynie.
– Dopiero zaczęliśmy się umawiać, to nic poważnego. Długo za mną łaziła, zanim zgodziłem się z nią umówić. Okazała się być zaskakująco miła. Polubiłem ją. Ty też byś ją polubiła, tak sądzę. Mam taką nadzieję.
– Kiedy nam ją przedstawisz? – spytała. Wydawała się być aż nadto zainteresowana dziewczyną.
Popełnił błąd. I to ogromny.
– Kiedy tylko będziecie chcieli. Tylko będę musiał ją wcześniej zapytać i nie wiem, czy się zgodzi. Jej rodzice są dość srodzy. Nie są zbyt szczęśliwi, z tego, że ich córka umawia się ze Ślizgonem.
– Na pewno się zgodzą. Jak nie, to ja z nimi porozma…
– Proszę, nie – jęknął.
Wymusiła na nim jeszcze szczegółowy opis dziewczyny, a on sam siebie zaskoczył tym, jak dobrze zapamiętał jej wygląd. Jego matka chwilę się zachwycała Candace, powtarzając, jak cudowne jest to, że jej syn w końcu sobie kogoś znalazł. Miał dopiero szesnaście lat, zostało mu dużo czasu na znalezienie sobie żony i ustatkowanie się. Jeszcze nawet nie skończył szkoły.
Jakoś udało mu się wymknąć do swojego pokoju. Wygrzebał księgę magii i sprawdził stronę z nowym zaklęciem. Jak się spodziewał, pojawiły się tam nowe informacje. Nie było ich wiele i nie znalazło się tam nic, czego już by sam nie wiedział.
„Osoba uderzona tym zaklęciem z początku odczuwa ogromny ból. Zaczyna tracić powietrze. W momencie, gdy traci resztkę powietrza, nie umiera. Zamiast tego zapada w głęboką śpiączkę.”
Chętnie podpaliłby księgę za to, że nie daje mu żadnych przydatnych informacji. Wątpił jednak, żeby w ogóle się podpaliła. Zaklęcia zdawały się na nią nie działać. Może to i lepiej.
Księga nie pomagała. Lucian nie umarł. I doszła jeszcze sprawa z jego „dziewczyną”. Jeśli rodzice zażądają spotkania z nią, po prostu im powie, że zerwali. Po problemie. Wtedy pewnie zaczną nieprzyjemnie o niej mówić, porobią to przez kilka dni, po czym całkowicie zapomną o jej istnieniu.
Tak strasznie miał już dosyć tych świąt. Chętnie zostałby w domu i popróbował obudzić Luciana, żeby móc należycie go zabić, ale nie mógł tego zrobić. Jeśli on, jeden z najważniejszych członków Slytherinu – był nawet wyżej niż większość chłopaków z ostatniej klasy – nie wróciłby do Hogwartu, straciłby szacunek wielu osób.
Porzucił wszystkie swoje myśli i odpłynął w głęboki sen.
Oczywiście znów miał koszmary.
Stał po środku sali balowej. Było tam pełno ludzi. Niektórych z nich nawet poznawał, byli znajomymi jego rodziców. Ale się nie ruszali. Wszyscy wyglądali, jakby zostało na nich użyte Deglacio. Zatrzymali się z kieliszkami w dłoniach, podczas rozmów, głupich żartów. Jeden mężczyzna trzymał jakąś o połowę młodszą od niego kobietę za pośladek, na co Basil skrzywił się z odrazą. Inny był w trakcie picia szampana. Kropelki napoju zatrzymały się w powietrzu, w połowie drogi do jego ust.
Zauważył swoich rodziców na schodach. Niezwłocznie do nich podbiegł.
Ich ciała leżały bezwładnie na miękkim dywanie. Bez życia.
– O nie – szepnął Basil, kucając obok zimnego ciała matki.
Miała na sobie długą czerwoną suknię, tak idealnie do niej pasującą. Jego ojciec nawet włożył krawat w takim samym kolorze, chociaż nie przepadał za jaskrawymi kolorami. Wyglądali razem cudownie, jak para z propagandowego obrazka, nawet gdy leżeli martwi.
Dlaczego byli martwi? Co się stało?
Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając osoby za to odpowiedzialnej. Jedyną osobą, która wyglądała poniekąd podejrzanie, była stojąca przy drzwiach osoba. Przyglądając się sylwetce, Basil założył, że był to mężczyzna. Jego ciało zakrywały czarne szaty, a na twarzy miał bogato zdobioną maskę, odsłaniającą jedynie jego ciemnobrązowe oczy. Oczy, skrywające dumę z własnego osiągnięcia. Stał z wyciągniętą przed siebie różdżką, wycelowaną w kierunku schodów, a tym samym, jego rodziców.
Zacisnął pięści. Oczy zapłonęły mu żywym ogniem. Żałował każdego, kto chociażby pomyślał o staniu mu na drodze. Ale nikt tego nie zrobi. Wszyscy zostali zamrożeni.
Podszedł do sprawcy. Myślał o tak wielu sposobach na zrobienie mu krzywdy. Najpierw musiał się dowiedzieć, kim on był. Sięgnął w kierunku jego twarzy, chcąc zerwać maskę, kiedy zobaczył swoje własne dłonie.
Pokryte krwią.

Wszystko się rozmazało, zanim zdążył dowiedzieć się, kto zabił jego rodziców. Obudził się ze zduszonym krzykiem. Pierwszym, co zrobił, było sprawdzenie swoich rąk. Uniósł je i uważnie obejrzał. Dlaczego jego podświadomość pokazywała mu tak okropne rzeczy? Nie mógł mieć chociaż jednego przyjemnego snu, zamiast wielkiego zlepu koszmarów? Czy wymagał zbyt wiele?
– Pieprzona Ciemność – warknął, zrzucając z siebie koc.
Gdyby  tylko mógł w jakiś sposób się z nią porozumieć, zwyzywać ją od najgorszych prosto w twarz. Czy Ciemność miała twarz? Jeśli miała, chętnie by ją w nią uderzył. Z całej siły. Żadnej litości. Czy go słuchała? Obserwowała? Dlaczego tak się nim zainteresowała?
Wciąż nie poznał odpowiedzi na swoje pytania, ponieważ jego rodzice unikali tego tematu. Nie chcieli, żeby coś mu się chciało, ale nie mówili mu też całej prawdy „dla jego własnego dobra”. Jak miał czuć się bezpiecznie, nie wiedząc co dokładnie chce go dorwać i dlaczego.
Z jakiego powodu jego matka została przeklęta? Co zrobiła, że ktoś zdecydował się zaatakować jej pierworodnego? Musiał dowiedzieć się prawdy. Błądzenie po omacku donikąd go nie zaprowadzi.
Nałożył na siebie szybko jakieś spodnie i coś, co wyglądało jak sweter, po czym po cichu wymknął się z pokoju. Zręcznie unikał skrzypiących miejsc w podłodze, ostrożnie stawiał stopy na schodach, jednocześnie nasłuchując, czy aby nikt się przypadkiem nie obudził.
Znał każdy kąt tego domu. Wiedział gdzie co leży, którędy najszybciej przedostać się na drugi koniec domu, a także, gdzie nie wolno mu było wchodzić. W całej rezydencji znajdował się tylko jeden pokój, do którego Basil nie miał wstępu. Splądrowałby go już dawno, gdyby nie fakt, że drzwi były chronione przed zaklęciami i można było je otworzyć jedynie kluczem, znajdującym się w posiadaniu jego ojca.
Rozważył swoje możliwości. Ardento mogłoby bez problemu otworzyć mu te drzwi, a raczej je całkowicie spalić. Wydawało się to dość praktyczne, ale zwracało zbyt dużo uwagi – od razu by zauważyli, że brakuje drzwi. Mógł również spróbować ukraść klucz ojcu, nie wiedział jednak nawet, gdzie on go trzyma. Rodzinne sekrety były irytujące.
Spróbował coś wypatrzyć w ciemności. Żadnego ruchu. Tylko on był na korytarzu, poza nim nie kręciła się tam żadna żywa dusza. Martwa też nie. Z pokoju rodziców słyszał tylko lekko zagłuszone, może przez poduszkę, chrapanie.
Co mi szkodzi?”, pomyślał, podchodząc do drzwi. Wyobrażał już sobie w myślach klucz i moment, w którym otwiera nim tajemnicze pomieszczenie, skrywające najczarniejsze sekrety Oullettów. Nawet w najstarszych zapiskach jego przodków nie zostało wspomniane, co kryje się w tamtym miejscu. Zakładał więc, że było to coś cennego i niebezpiecznego. Właśnie takie rzeczy najbardziej go interesowały.
Sięgnął do klamki. Z pewnym wahaniem nacisnął ją, mając nadzieję, że nie obudzi rodziców. Gdyby coś poszło nie tak, zawsze mógł rzucić Deglacio i zrobić resztę w zamrożonym świecie, ale wolał na razie wstrzymać się od magii.
Plan byłby idealny, gdyby nie to, że klamka się nie poruszyła. Czego on się spodziewał? Zawsze musiało coś pójść nie tak, jak by sobie tego życzył. Westchnął przeciągle.
Alohomora – spróbował. Nie był zaskoczony, kiedy nie podziałało. Nie wiedział jednak, czy stało się tak z powodu ochrony, czy jego braku magii. Spróbował jeszcze raz. – Alohomora.
Klamka wciąż nie miała zamiaru ustąpić.
– Merde.
Już miał próbować czegoś innego, gdy światło na końcu korytarza się zapaliło. Nie czekając ani chwili, osunął się w mrok. Gdyby ktoś go teraz przyłapał, łażącego po domu w środku nocy i próbującego wchodzić do miejsc, do których nie miał pozwolenia, z pewnością otrzymałby karę. W najlepszym przypadku byłby to zakaz wychodzenia z domu, poza wyjazdem do Hogwartu oczywiście, w najgorszym – kazanie skrzatowi za nim łazić krok w krok i pilnowanie go przez całą dobę.
Powoli się wycofywał, wciąż zerkając w kierunku światła. Nikogo tam nie dostrzegł. Światła włączyły się same? Mało prawdopodobne. Przypatrywał się jeszcze przez chwilę, ale wciąż nic się nie pojawiało. Wobec tego, wrócił do swojego pokoju.
Jeszcze będzie miał okazję do odkrycia tajemnego pokoju.

***

Powrót do szkoły nie wydawał się zachęcającą opcją po mile spędzonych świętach w rodzinnym gronie. W obu miejscach miał to samo – nieustanne zagadki i pojawiające się co krok problemy. Zmieniała się jedynie sceneria. I w Hogwarcie musiał się do tego uczyć.
Zostawienie Luciana pod opieką niekompetentnego skrzata pewnie nie było zbyt dobrym pomysłem, ale co miał zrobić? Zabicie chłopaka nie wchodziło w grę. Nie mógł go też zabrać ze sobą. Gdzie by go schował? Pod łóżkiem? W szafie? O nie. Musiał zostać w lochu. Tam było jego miejsce i tam miał umrzeć, zabity przez Basila.
– Baz – odezwał się ktoś do niego, wyrywając go z zamyślenia.
Riddle.
– Tak, ‘Mas?
Riddle wyglądał jak zwykle. Sprawiał pozory dobrze ułożonego chłopca, dawał innym przykład, nosząc z dumą swoją odznakę prefekta, na pozór był idealny. Tylko niewielkie grono osób znało prawdziwą naturę tego chłopaka – wcale nie był taki niewinny. Basil najbardziej zdawał sobie z tego sprawę.
– Jak tam święta? – zapytał Riddle.
– Pytasz, bo chcesz wiedzieć, czy dlatego, że tak wypada?
– Wszystko jedno.
Święta minęły mu okropnie. Nie dowiedział się niczego ciekawego. Jego najlepsze źródło informacji straciło przytomność, zanim cokolwiek mu powiedziało. Mogło być to częściowo winą Basila, nie dał chłopakowi nawet czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią. Ale to był Lucian. Z nim się inaczej nie dało.
Z dnia na dzień coraz bardziej denerwował go brak wiedzy.
– Świetnie. Dostałem miotłę, mam dziewczynę, a nawet udało mi się zamknąć w lochu jednego wkurzającego Puchona. A twoje? 


Jedna uwaga: feminizm jest super. Polecam.

sobota, 30 września 2017

(Nie)odpowiednie miejsce w (nie)odpowiednim czasie

Świąteczne dzwonki biły, gdy Basil wtrącał bezwładne ciało blondyna do jednej z cel w lochu. Nie był to do końca loch, bardziej rozbudowana torturowo piwnica, gotowa na przyjęcie więźniów. Nikt jej nie używał od wielu lat, lecz zabezpieczone magią pomieszczenie wciąż wyglądało jak nowe, nic nie zardzewiało w tym czasie, każde narzędzie tortur było gotowe do użytku.
Zaciągnięcie go do piwnicy okazało się zaskakująco łatwe. Sprawę ułatwili mu rodzice, nieinteresujący się, czym chłopak się zajmuje i rozmawiający głośno w jadalni. Kłócili się o to, jakie potrawy powinny zostać podane podczas wieczerzy – oto jeden z największych problemów arystokratów, niepotrafienie podjąć decyzji odnośnie posiłku.
Basil kiedyś próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat ich rezydencji w zapiskach jednego z przodków. Ponoć pokój tortur został zbudowany jeszcze w czasach średniowiecznych i służył do więzienia mugoli, którzy zobaczyli coś, czego nie powinni. Sprawdzał się także w przetrzymywaniu czarodziei – w celach nie działała magia nikogo, kto nie posiadał krwi rodu Oullettów. Był niemal całkowicie pewien, że nawet jego rodzice nie wiedzieli o istnieniu tego miejsca – było ukryte i niewykrywalne. Przejście do tej części piwnicy ukazywało się dopiero po wypowiedzeniu: „C'est tout pour toi” – To wszystko jest o tobie.
Patrząc w dół, na pokiereszowanego i nieprzytomnego chłopaka, zastanawiał się, jak mógł być takim idiotą, żeby pojechać za nim do Francji. Śledzenie go po Hogwarcie to jedno, łażenie za nim po jego własnym terenie, to co innego. Stało się to osobistą sprawą, która niezwłocznie musiała zostać rozwiązana.
Przez tego kretyna nie kupił pierścionka. Teraz musiał na szybko coś zorganizować, zostało mu tylko kilka godzin.
– Ciesz się, że jeszcze żyjesz, Kennard – warknął, zakluczając celę. Nie musiał tego robić, i drzwi i tak nie otworzyłyby się przed Lucianem. – To nie potrwa zbyt długo.
Jak tylko pokazał się w sklepie, Basil zaciągnął go na zewnątrz. Nie było to konieczne, ale kilkakrotnie, dla własnej satysfakcji, uderzył go w twarz, aż polała się krew. Na początku Lucian próbował się bronić, lecz nic nie wskórał w pojedynku z Basilem. Nikt na ulicy nie zwrócił im uwagi – bijący się ludzie nie byli niczym nowym, tym bardziej w okresie świątecznym.
W takich chwilach jak tamta miał ochotę podziękować ojcu, że nauczył go, jak się bić. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało. Nauczył go również, co najlepiej robić podczas czarodziejskich pojedynków, jednak bez magii mogło mu to sprawić pewne problemy.
Ojciec często, gdy Basil był młodszy, powtarzał mu, że umiejętność samoobrony jest wielce istotna. Dlatego właśnie uczył go o mugolach, ich sztuk walki. Musiał poznać wroga, żeby go pokonać.
Zastanawiał się, po co Lucian w ogóle pojawił się we Francji. Jeśli chciał go śledzić, to nie był w tym zbyt dobry. Nie powinien się tak łatwo zdradzić. Powinien wiedzieć, że Basil jest od niego silniejszy i potężniejszy. Każdy to wiedział.
Gdy Lucian stracił przytomność, Basil przeniósł ich do swojej rezydencji. Przemknął się niezauważony do piwnicy i przeszedł do lochu. Jeśli nawet zauważył go któryś ze skrzatów, to i tak nie śmiałby się odezwać, obawiając się kary.
Pokręcił głową z dezaprobatą, przypatrując się Lucianowi. Chłopak miał na sobie o przynajmniej dwa rozmiary za duże ubrania, które wisiały na nim jak szmaty i w kilku miejscach zostały pozaszywane. Twarz miał całą ubrudzoną w powoli zastygającej krwi. Wyglądał okropnie, jeszcze gorzej, niż kiedy nosił szaty Hufflepuffu, na które Basil nie mógł patrzeć bez krzywienia się z odrazą.
– Później tu wrócę i jeszcze porozmawiamy, okej? – powiedział do Luciana, chociaż tamten nie mógł go słyszeć.
Wyszedł z lochów, uśmiechając się z wyższością. Nikt nie usłyszy Luciana, nawet jeśli ten zacznie krzyczeć na całe gardło albo nawet, jeśli wysadzi bombę. Lochy zostały magicznie dostosowane na wypadek takich wydarzeń.

***

Jego pokój został oznaczony jako jego przynależność w momencie, gdy rodzice nadali mu imię, a właściwie imiona. Na drewnianych drzwiach wisiała prostokątna tabliczka, a na niej, równymi złotymi literami napisane zostało: Basileus Pierre Gaspard François Oullette. Jego rodzice nie mogli zdecydować się na jedno imię, więc skończył z czterema, a i tak używał tylko skróconej wersji pierwszego.
Pomieszczenie było dwa, może nawet trzy razy większe od pokoju, jaki przydzielony mu został w Hogwarcie, i zdecydowanie przytulniejszy. Na środku, pod zajmującym pół ściany oknem, stało wielkie, bogato zdobione łóżko ze świeżą pościelą, a przed nim stała dębowa skrzynia, przykryta miękkimi kocami.
W swoim pokoju najbardziej lubił to, że miał w nim kominek i mógł w każdej chwili przenieść się w inne miejsce. Było to błędem ze strony rodziców, którzy nie przemyśleli, że danie synowi kominka może zakończyć się jego podróżami, gdy powinien siedzieć w pokoju.
Wziął z szafki naszyjnik Malfoya i uważnie mu się przyjrzał. Wąż wykonany był ze złota, jedynie oczy miał w innym kolorze – były zielone, w kolorze Slytherinu. Skoro nie udało mu się kupić żadnej biżuterii, czemu nie wykorzystać kradzionej?
Ale nie mógł dać matce zawieszki z wężem. Tak samo jak on, nienawidziła węży, a także zielonego koloru. Zostało mu tylko jedno. Spróbować zaklęć.
Na transmutacji nauczył się wielu przydatnych zaklęć, którymi mógłby zamienić zawieszkę w coś innego, ale nie wiedział, czy którekolwiek z nich podziała.
Rzucił pierwsze, jakie przyszło mu na myśl, ale nic się nie stało. Nawet nie udawał zaskoczonego, tylko westchnął z rozdrażnia. Spróbował jeszcze raz. Znowu nic. Inne zaklęcie. Taki sam efekt. Im więcej razy próbował, tym bardziej był zdenerwowany, a zaklęcia wciąż nie wychodziły. Dopiero za dokładnie dwudziestym pierwszym razem udało mu się przemienić węża w coś innego, co z pewnością spodoba się jego rodzicielce.
Trzymał w dłoni złoty naszyjnik z zawieszką w kształcie kwiatu lawendy. Wąż zmienił się w kwiat, a zielone zdobienia stały się fioletowymi. Naszyjnik wyglądał idealnie, a on miał dobry prezent.
Położył się na łóżku, rozmyślając o swojej magii. Po raz kolejny. Denerwował go fakt, że zaklęcia mu nie wychodziły, a raczej zwykle nie wychodziły. Raz na ileśdziesiąt razy magia się nad nim litowała i coś mu się udawało.
Czy gdyby rzucił sam na siebie któreś ze swoich zaklęć, podziałałoby tak samo, jak na innych? Czy spaliłby się od Ardento? Zamroził od Deglacio? A może wykrwawił od Feritagre? Mógł też spróbować nowego Lessurium. Wolał jednak nie próbować żadnego z nich, bo jeszcze straciłby życie i kto by go zastąpił? Na pewno nie Riddle, bo ten miał wystarczająco na głowie ze swoim Voldemortowaniem i byciem „świetnym” przywódcą Slytherinu. Miał ochotę go wyśmiać. Zrobiłby to, gdyby Riddle był przy nim i mógł to usłyszeć.
Włożył naszyjnik do kieszeni spodni, po czym wyjął spod poduszki księgę zaklęć. Przewrócił do strony z nowym zaklęciem. Jak na razie pojawiła się tylko nazwa oraz wstępna ocena na skali morderczości, chociaż jeszcze go nie sprawdzał. Miało osiem i pół gwiazdki, więcej niż Ardento.
Zdecydowanie musiał je przetestować na Lucianie. Skoro było bardziej mordercze niż Ardento, to zostało właściwie stworzone dla Luciana. Pójdzie do niego zaraz po świątecznej kolacji.
Te święta robiły się coraz ciekawsze. Nie mógł się doczekać, co się stanie później i aż sprawdzi działanie Lessurium. Brzmiało jak coś, co zaboli ofiarę.

***

Jadalnia została w całości udekorowana na święta przez skrzaty. Na ścianach porozwieszane zostały girlandy, a także dekoracje w kształcie gwiazd i skarpet. W rogu pomieszczenia stała wielka choinka, pachnąca igłami, a pod nią piętrzyła się góra prezentów.
Prezenty od zawsze były ulubioną częścią świąt dla Baza, zaraz po jedzeniu. Kolacja stanowiła trzynaście potraw, z czego większość to były owoce morza – kawior, ostrygi, a z pewnością także nadziewane ślimaki.
Zasiedli do stołu w eleganckich ubraniach. Każdy z rodziny wyglądał nienagannie. Zresztą, jeśli by tego nie zrobił, czekałby go wywód o tym, że zawiódł wszystkich swoich przodków, rodzinne motto i bycie porządnym Francuzem. Nikomu nie chciało się tego słuchać, więc starali się spełniać wymagania.
Posiłek minął im w miłej atmosferze. Nikt się do nikogo nie odzywał, jedli w całkowitej ciszy i tylko spoglądali po sobie, sprawdzając, czy każdy zachowuje się poprawnie.
Po kolacji przeszedł czas na rozpakowywanie prezentów. Basil otrzymał między innymi nową miotłę, której prawdopodobnie i tak nie użyje, a do tego górę słodyczy. Dali mu prezenty jak do małego dziecka. Były to dla niego także prezenty urodzinowe. Traktowali go, jakby wciąż miał jedenaście lat, nie umiał sobie radzić w życiu i ciągle chciał jeść słodycze.
Nawet nie wyobrażali sobie, co tak naprawdę robi ich syn w Hogwarcie. Że krzywdzi ludzi, a nawet zabija. Że szuka zaginionych niebezpiecznych przedmiotów. Działu w bibliotece, który został ukryty przez samego Salazara Slytherina i prawdopodobnie jest pełen czarnomagicznych ksiąg, jakich nikt nie widział od bardzo wielu lat.
Wciąż uważali go za dziecko. Miał już szesnaście lat i spotkało go więcej przygód, niż mogliby sobie wyobrazić. Nie mógł im tych historii oczywiście opowiedzieć, bo większość zawierała martwych ludzi i bliskiego śmierci Basila.
Ojciec ucieszył się z prezentu, jaki mu dał. Podziękował Basilowi za otrzymany zegarek i od razu go założył i dostosował do swoich planów.
Następna była matka. Zapakował naszyjnik w małe liliowe pudełko z kokardką i zaczarował (za piętnastym razem się udało), żeby pachniało kwiatami przy otwieraniu.
Z uśmiechem powąchała wydobywający się ze środka zapach. Jej uśmiech tylko się pogłębił, gdy  zobaczyła prezent. Wyciągnęła naszyjnik z pudełka i od razu pokazała mężowi.
– Jaki piękny – powiedziała, przyglądając się zawieszce. Podniosła głowę na syna. – Skąd go wziąłeś?
Obawiał się tego pytania. Kłamanie nie sprawiało mu najmniejszych problemów, ale świąteczny nastrój i myśl o Lucianie w lochach wywołały u niego nastrój do mówienia prawdy. Jeśli nie całej, to chociaż częściowej.
– Sam to zrobiłem – pochwalił się. Nie było to całkiem kłamstwo. Sam to transmutował z innego naszyjnika, czyli sam wykonał aktualny model. – Pomyślałem, że coś takiego ci się spodoba.
Przytuliła go mocno, a on tylko stał, niezręcznie ją obejmując. Nie przepadał za uściskami czy też jakimikolwiek ludzkimi zbliżeniami. Napawały go obrzydzeniem, odkąd tylko zaczął w Hogwarcie trafiać na obściskujące się pary.
Odsunęła się od Basila. Odsunęła włosy na bok i kazała mężowi założyć sobie nowy naszyjnik, w kółko powtarzając, jaki to on jest piękny. Wiedział, że jej się spodoba, ale nie, że aż tak bardzo. Zaczynał powoli żałować dania jej tego.
– Dobra robota, Baz – szepnął do niego ojciec, by matka nie usłyszała. – Teraz będzie chodzić wniebowzięta przez co najmniej tydzień. Tylko, proszę, nie pakuj się w tym czasie w kłopoty.
Pokiwał zgodnie.
– Nie musisz się o mnie martwić. Chyba pójdę przetestować miotłę, w porządku? – zapytał, unosząc trzymaną w dłoni miotłę ku górze.
 – O tak. Musisz ją przetestować. To najnowszy model, jak na razie dostępny jedynie we Francji dla kilku wybranych osób. Oficjalnie wyjdzie dopiero za trzy miesiące. Możesz pochwalić się w szkole.
Gdyby tylko chociaż w najmniejszym stopniu interesowało go latanie na miotle. Było tyle o wiele wygodniejszych środków transportu. Miotły były przereklamowane.
Wyszedł z jadalni, zostawiając rozradowanych rodziców. Matka cieszyła się z nowego naszyjnika, a ojciec z tego, że ona była w dobrym nastroju. Basil niezwykle rzadko widywał ją w złym humorze, zawsze była przy nim uśmiechnięta i radosna, oprócz momentów, gdy coś zepsuł i został na tym przyłapany albo powiedział coś nie tak.
Wrzucił szybko miotłę do swojego pokoju, gdzieś w kąt, po czym zszedł do piwnicy. Główna część piwnicy rzeczywiście była zapuszczona, pełna pajęczyn i kurzu. Na pierwszy rzut oka nie było w niej niczego ciekawego. Żadnych cennych obiektów, tylko same rupiecie. Ale jeden z tych rupieci skrywał przejście do lochów. Do znacznie ciekawszej części piwnicy.
Podszedł do wieży zegarowej, wyższej od niego o głowę i wypowiedział głośno i wyraźnie:
– C'est tout pour toi.
Zegar odsunął się, szurając po kamiennej podłodze. Oczom Basila ukazało się ciemne przejście. W środku nie było żadnego źródła światła, ani jednego okna czy żarówki. Nie było nawet świeczki. Spodziewając się, że Lumos może zawieść, zostawił sobie przy wejściu niegasnącą lampę. Cały czas się świeciła, nie zważając na warunki i gasła tylko wtedy, gdy trzymająca ją osoba sobie tego zażyczyła.
Wziął ją do ręki i ruszył dalej. Zegar od razu wsunął się na miejsce, ukrywając przejście do lochów. Nie minęło wiele czasu, a już był na miejscu. Oświetlił sobie pomieszczenie. Lucian wciąż był tam, gdzie go zostawił, tylko teraz siedział oparty o ścianę. Zakrył twarz dłonią, widząc jasne światło lampy.
– Pobudka, branleur. Mamy święta, nie cieszysz się? Dałem ci najładniejszą celę w prezencie – powiedział Baz, uśmiechając się. Patrzył z wyższością na Luciana. – Może chciałbyś coś przekąsić? W ofercie mamy powietrze i debili, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi.
Lucian splunął na podłogę, najbliżej butów Basila, jak potrafił. I tak ślina minęła je o dobre dwadzieścia centymetrów.
– Nawet się nie postarałeś – mruknął Basil, spoglądając przelotnie na plamę śliny. Obrzydliwą plamę. Ktoś będzie to musiał później posprzątać i z pewnością nie będzie to on. – Czas na zabawę.
Wyjął z kieszeni spodni niewielki kluczyk. Włożył go do otworu, lekko przekręcił, a drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.
Podszedł do Luciana, cały czas patrząc na niego z góry. Okazywał swoją wyższość, perfekcję, gdy Puchon leżał zwinięty w kłębek, chroniąc się przed zimnem i czymkolwiek, co chowało się w ciemnościach rezydencji. Basil nie miał wątpliwości, że jest tam jakiś krasnal albo niższego sortu bestia, którą nie potrafią zająć się ich jakże niekompetentne skrzaty domowe.
W ciemności kryła się też Ciemność. Ta Ciemność, która na niego poluje, o której nie chcą mu nic powiedzieć rodzice i którą zaczął słyszeć w swoich myślach. Powoli robiło się coraz gorzej.
Chwycił Luciana za ramię i mocno nim szarpnął, ustawiając go do pionu. Puchon próbował się opierać, ale nie miał szans przy Basilu. Wyciągnął go z celi, a tym samym z miejsca, gdzie Puchon nie mógł wykonywać magii. Ale co to za zabawa, kiedy nie ma magii?
– Spokojnie – powiedział do wciąż szarpiącego się Luciana. Tak strasznie go denerwował, a jednocześnie wywoływał u niego pewnego rodzaju sympatię. A tego Basil znieść nie mógł. – Chcesz wrócić do klatki?
– Dlaczego to robisz?
Basil rozłożył ręce.
– Dlaczego? Bo chcę, a jak czegoś chcę, to to dostaję. Ty chciałeś dowiedzieć, co stało się z twoją kochaną i dość głupiutką, jak jej było… Marion? Och, tak. Teraz mogę ci powiedzieć.
– Co powiedzieć?
– Zabiłem ją. Ja. Była cholernie wkurzająca i oglądanie jej śmierci sprawiło mi ogromną przyjemność. Tak samo będzie w twoim przypadku. Dlaczego Puchoni muszą być takimi kretynami? Nawet cię polubiłem, wiesz? Nie poddawałeś się łatwo. Dawno nikt się tak nie trudził, żeby być przy mnie. Całkiem miłe uczucie… Ale czas to zakończyć. Stałeś się problematyczny. Jakieś ostatnie słowa?
– Jesteś chory.
– A ty zaraz będziesz martwy. Powiedz mi tylko, po cholerę za mną łaziłeś? – zapytał, kopiąc Luciana w goleń. Uśmiechnął się, widząc jak blondyn krzywi się z bólu. – Sam się o to prosiłeś.
Pchnął Luciana na podłogę zaraz po przekroczeniu granicy dzielącej jego celę z resztą piwnicy.
– Dostałem, co chciałem – szepnął Lucian tak cicho, że Basil niemal uznał to za szmer wiatru.
Już chciał pytać, czego chciał, ale coś mu podpowiadało, że i tak nie dostanie odpowiedzi. Żeby nie tracił czasu na przegrana sprawę. Na pieprzonego Puchona. Nie był wart ani sekundy jego czasu. Już i tak poświęcił go zbyt dużo.
– Chciałem zachować cię przy życiu jeszcze chwilę, ale naprawdę nie mogę cię znieść – powiedział Basil. Obrócił kilka razy różdżkę w dłoniach, po czym wycelował ją w Luciana. – Lessurium!
Lucian wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk. Brzmiał jak dzikie zwierzę, które doznało śmiertelnego obrażenia podczas polowania. Agonia. Strach. Przerażenie. Jego oczy błądziły po pomieszczeniu, nie zatrzymując się w jednym miejscu na dłużej niż pół sekundy, na Basila nawet nie poświęcił jednej dziesiątej sekundy. W ogóle na niego nie patrzył. Wił się na ziemi, próbując złapać oddech. Otwierał usta i je zamykał, ale do środka nie wydobywało się powietrze. Z każdą mijającą sekundą robił się coraz bardziej fioletowy, tracił zasoby powietrza. Dusił się.
Podobno w ciągu od trzydziestu do stu osiemdziesięciu sekund odkąd zaczyna człowiekowi brakować powietrza, ten traci świadomość. Po minucie zaczynają umierać komórki mózgowe. Po trzech minutach uszkodzenie mózgu jest niemal nieuniknione. Po pięciu minutach, śmierć jest już bliska. Jeśli nawet ktoś przeżyje dłużej, czeka go tylko śpiączka i uszkodzony mózg. Po piętnastu minutach nie ma już szans na przeżycie.
Basil przyglądał się temu z zafascynowaniem jego śmierci. Powolnej i bolesnej śmierci, idealnej dla Luciana Kennarda.
Ale zaklęcie nie polegało tylko na duszeniu go. O nie. Jednocześnie na skórze chłopaka pojawiły się setki malutkich czarnych plamek, wędrujących, jakby w poszukiwania źródła. Zbliżały się do siebie i oddalały. Każda z nich była niczym szpileczka – wbijała się w ciało blondyna, kalecząc je, powodując ból, ale bez krwi.
Lucian umierał, a Basil uśmiechał się tryumfująco. Robił to, dopóki nie uświadomił sobie, że Lucian wcale nie zostaje uśmiercany przez jego zaklęcie. Popadał w stan głębokiej katatonii.


Tak naprawdę to miał umrzeć, ale uznałam, że to będzie zbyt proste. Ostatnie dwa zdania dodałam na chwilę przed publikacją i chyba z 10 minut spędziłam na czytaniu o katatonii. Teraz wiem o niej zdecydowanie zbyt dużo. Pisanie uczy!! 

sobota, 16 września 2017

Mogę nazywać cię domem?

Niezwykle frustrował go fakt, iż nadchodziły święta, a Lucian wciąż żył. Riddle już kilka tygodni temu powiedział mu, że to on jest kolejnym celem, a do tej pory nic mu się nie stało. Zamiast tego, trzy kolejne osoby zostały spetryfikowane. I żadną z nich nie był Lucian.
Szykował się do powrotu do domu, przeklinając pod nosem obietnice Riddle’a. Zostało kilka godzin do odjazdu, a on dopiero zaczął się pakować. Gdyby zaklęcia nie strajkowały, zrobiłby wszystko za pomocą magii. Przez swoje magiczne problemy został zmuszony do pakowania wszystkiego ręcznie.
Spakował tylko najważniejsze rzeczy, czyli większość swojego dobytku. Przed zamknięciem kufra, na samej górze położył ukradziony Malfoyowi naszyjnik. Nie musiał brać żadnej z tych rzeczy, w domu miał wszystko, czego było mu potrzeba, ale wolał je wziąć jako pewnego rodzaju zabezpieczenie.
Wycelował różdżkę w kufer, mając nadzieję, że chociaż ten jeden raz, z okazji świąt, magia się nad nim zlituje i postanowi zadziałać.
Reducio.
Ze szczerym zaskoczeniem obserwował wydobywające się z różdżki fioletowe światło, oznajmiające, że zaklęcie się powiodło. Kufer zaczął mu się kurczyć w oczach, aż stał się wielkości pudełka zapałek.
Jego magia bywała kapryśna, to stwierdził już dawno. Raz zaklęcie się udawało, a raz nie. Liczba nieudanych jednak znacznie górowała nad udanymi, więc zwykle spodziewał się niepowodzenia, zanim w ogóle rzucił zaklęcie.
Włożył przedmiot, przypominając sobie słowa ojca, które powiedział mu, gdy Basil wyjeżdżał do Hogwartu: „Pamiętaj, Engorgio. Nauczył się kilku podstawowych zaklęć w domu, jeszcze zanim wyjechał do szkoły, i jeszcze wtedy mu wychodziły bez problemu.
Tydzień temu otrzymał od rodziców list z wiadomością, a raczej żądaniem, że ma się pojawić w domu na święta. Nie zamierzali odpuszczać mu żadnej okazji, gdy zamiast siedzieć w szkole, mógł pojechać do domu.
Obejrzał jeszcze raz swoją stronę pokoju, sprawdzając, czy na pewno wszystko spakował. Musiał zostawić wiszące na ścianie lustro – w domu miał dziesięć podobnych. Pozostawił też oczywiście łóżko i kilka innych rzeczy, które z pewnością mu się do niczego nie przydadzą.
Miał na sobie swoją ulubioną jasnozieloną koszulę z dopasowanym krawatem i marynarką. Im bardziej elegancki był jego strój, tym lepiej. Francuska arystokracja nie tolerowała tanich ubrań i niezadbanego wyglądu.
Rodzice wielokrotnie uczyli go poprawnego zachowania, ubierania się i zwracania do służby, żeby wiedzieli, gdzie jest ich miejsce. Przestrzegał tych zasad głównie, gdy znajdował się we Francji. Przebywając w Anglii, wyznaczał sobie własne zasady.
W pewnym momencie odezwał się za nim znajomy głos:
– Nie zostajesz, żeby podziwiać kolejne ofiary?
Odwrócił się do Riddle’a ze skrzyżowanymi ramionami.
– Ofiara, którą chciałbym podziwiać niestety wciąż żyje, a nie powinna – poskarżył się. Wciąż nie posiadał się ze złości, widząc gdziekolwiek Luciana.
Riddle wzruszył ramionami, jakby wcale nie zależało mu na tym, czy Lucian będzie następnym zaatakowanym, czy ktokolwiek inny. Jak dotąd jeszcze nikt nie umarł, wszyscy, którzy spotkali się z Bazyliszkiem, jakimś  cudem przeżywali i zostawali jedynie spetryfikowani.
– Ciągle mi umyka.
– Jak tak dalej pójdzie, to sam się nim zajmę – powiedział Basil, zaczynając obmyślać w głowie milion sposobów na zabicie Luciana. Ze wszystkich szlam, nikt mu jeszcze nie podpadł tak, jak jemu się udało. I będzie musiał za to zapłacić. – Właściwie, z radością to zrobię. Pozbycie się go będzie czystą przyjemnością.
Pierwszym sposobem na śmierć, z długiej listy Basila, było rzucenie na Luciana Ardento, ale to było zbyt proste. Trochę by go zabolało, ale śmierć nastąpiłaby stosunkowo szybko. Na początku listy dał swoje zaklęcia, mając większą pewność ich powodzenia. Punkt numer dwa zajmowało Feritagre, nieco krwawsze i równie bolesne, jednak także niewystarczająco satysfakcjonujące.
Od razu wykreślił również Deglacio. Jak dotąd, nie miał okazji przetestować go na nikim. Z wcześniejszych użyć zaklęcia, domyślał się, że zamroziłoby osobę. Może umarłaby z zimna, nie miał pewności. Musiał to sprawdzić. Ale nie na Lucianie, dla niego potrzebował czegoś specjalnego.
W ciągu ostatnich kilku lat poznał wiele mugolskich sposobów na zabijanie ludzi, od topienia ich, po rozczłonkowywanie. Szczególnie spodobało mu się kamienowanie oraz podpalanie. Ktoś mu kiedyś powiedział, że śmierć przez podpalenie jest jedną z boleśniejszych, przynajmniej według mugoli.
Czy zniżyłby się do zabicia szlamy sposobem jego ludzi? To byłaby hańba na jego godności, ale Lucian z pewnością by się tego nie spodziewał. Czarodzieje nie używali mugolskich sposobów, mieli magię od odwalania czarnej roboty. Więc nikt nie powiązałby go z morderstwem – jaki czarodziej, zamiast używać magii, zabiłby kogoś w ten sposób?
Postanowił, że spędzi ferie zimowe na obmyślaniu idealnego morderstwa.
– Poradzisz sobie beze mnie? – zapytał Basil Toma, przygotowując się mentalnie do wyjścia i zbliżającego się wyjazdu z Hogwartu. – Może zostawię ci jakieś instrukcje, co robić, żeby uniknąć wpakowania się w kłopoty? Punkt pierwszy to unikanie Avery’ego…
Riddle uniósł dłoń, uciszając go.
– Dobrze wiem, co mam robić, a czego nie. To raczej ty potrzebujesz instrukcji. Stąpasz po cienkim lodzie, Baz, ktoś cię w końcu złapie – ostrzegł go, chociaż dla Basila brzmiało to bardziej jak groźba.
– Mógłbym powiedzieć to samo o tobie i twojemu uroczemu pupilowi.
Tom już nic mu nie odpowiedział. Wpatrywał się tylko w Basila, gdy ten wychodził z pokoju, by dołączyć do reszty uczniów, wracających na święta do domów.

***

Podróż do domu minęła mu zaskakująco szybko. W Ekspresie Hogwart przez większość czasu siedział w przedziale z kilkoma innymi Ślizgonami, żartując z wszystkich, którzy im podpadli w ciągu tych kilku miesięcy. Później przeszedł się po przedziałach, wykorzystując przy okazji na dwóch dziewczynach nowy tekst na podryw, który, o dziwo, podziałał w obu przypadkach.
Na dworcu czekał na niego ojciec. Razem teleportowali się do rezydencji w Prowansji, a Basil starał się w tym czasie nie narzekać na okropne uczucie, przeszywające jego ciało i wnętrzności podczas teleportacji.
Prowansja wyglądała pięknie nawet zimą. Gdzie się nie spojrzało, widać było tylko biały puch. Z drzew opadły wszystkie liście, a teraz gałęzie pokrywała warstwa śniegu. Pola lawendy także zostały zasypane śniegiem, a wszystkie choinki, które minął w drodze do rezydencji, zostały bogato ozdobione.
Zaraz za drzwiami wejściowymi czekał na niego jeden z ich kilku skrzatów domowych. Nie odezwał się ani słowem, wiedząc, że jeśli to zrobi, zostanie surowo ukarany przez głowę rodziny Oullettów. Pierre Oullette nie tolerował nieposłuszeństwa ze strony służby.
Oddał skrzatowi swój płaszcz. Musiał jeszcze przywitać matkę. Oskórowałaby go, gdyby pojawił się w domu i od razu się jej nie pokazał. Dziwne, że nie pojawiła się wraz z mężem na peronie, by sama mogła od razu sprawdzić, czy żyje i czy wszystko jest z nim w porządku.
Sprawdził pięć pokoi, zanim ją znalazł. Ich rezydencja mogłaby z łatwością pomieścić nawet do pięćdziesięciu osób, a oni mieszkali tam tylko we trójkę, nie licząc kilku skrzatów.
Stała tyłem do niego, wpatrując się w pokryty śniegiem ogród. Miała na sobie swoją ulubioną fioletową suknię, a na nadgarstku perłową bransoletkę. Ubrała się tak, jakby spodziewała się wiadomości, że niestety, ale coś okropnego się stało i jej syn zmarł lub nie może powrócić do domu.
Odchrząknął, zwracając na siebie jej uwagę. Obróciła się powoli, niepewnie, uważając na każdy swój krok.
– Basil – szepnęła, widząc swojego syna.
Podszedł do niej, a ona, jak tylko znalazł się w zasięgu jej rąk, mocno go objęła. Szeptała mu do ucha francuskie słowa, jak bardzo cieszy się z jego powrotu i że kamień spadł jej z serca, widząc, że nic mu nie jest.
– Dobrze, mamo, byłem tylko w szkole, nie na wojnie – mruknął, wyszarpując się z jej uścisku.
Niechętnie pozwoliła mu oddalić się od siebie o kilka kroków.
– Nic złego ci się tam nie przytrafiło? – zapytała. Jej głosu nie opuszczał zmartwiony ton.
– Oczywiście, że nie. Napisałbym do was, gdyby cokolwiek złego się działo, wiesz o tym.
Zmartwienie nie znikało. Marszczyła brwi, wpatrując się w syna. Wyglądała, jakby obawiała się, że to tylko sen i jej syn zaraz zniknie.
– Obiecujesz?
Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć jej jakąś sarkastyczną uwagą, ale ubiegł go ojciec.
– Arlette, daj Basilowi odpocząć. Ledwo wrócił do domu, a ty od razu go zamęczasz.
– Ja tylko… – zaczęła, ale Basil już nie słuchał.
Korzystając z okazji, Basil wyszedł z pokoju. Oni rozmawiali między sobą, a on miał dzięki temu chwilę dla siebie.
Wyszedł z domu, wyciągając wcześniej z już powiększonego kufra swoją księgę zaklęć. Jedyna zmiana, jaka w niej nastąpiła przez ostatnie kilka tygodni to nowe informacje na temat Ardento. Dodatkowe słowa na stronie tego zaklęcia pojawiły się zaraz po tym, jak zemścił się na Averym i reszcie, paląc ich pokoje.
Zimne powietrze pachniało sosnami. W ogrodzie panowała przyjemna cisza, jakiej nie zaznał już od bardzo długiego czasu. Zdążył zapomnieć, jak bardzo kochał to miejsce. Jak bardzo kochał Francję.
Miał swoje specjalne miejsce w ogrodzie. Znalazł je jeszcze jako dziecko i od tego czasu nikomu o nim nie powiedział. Było to drzewo, oddalone od domu o kilkaset metrów. Pojawiło się w jego śnie, w którym Candace go zabiła. Przeszedł go dreszcz na samo wspomnienie.
Nie trafił na nią, odkąd zarzucił jej śledzenie go. Czy go unikała? Jeśli nawet, może to i lepiej dla niego? Zdawała się być interesującą osobą, ale jednocześnie problematyczną. W tej chwili w jego życiu nie było miejsca na więcej problematycznych osób, Tom zajmował go zbyt wiele.
Na jego ulubionym drzewie też nie zostało ani jednego liścia, tak samo jak na wszystkich innych. To zobaczył już z daleka. Zauważył również leżące pod nim czarne kształty. Kilkanaście ciemnych plam, kontrastujących z bielą śniegu.
Powoli podszedł bliżej, zastanawiając się, czym są te kształty i skąd się tam wzięły. Jego rodzice nie zapuszczali się tak daleko, trzymali się swojego domu i kawałka ogrodu, gdzie rosły kwiaty i stały rzeźby. Ich posiadłość była ogromna, większość pobliskich ziem należała do Oullettów, przez co nie musieli martwić się o niechcianych sąsiadów. Mieli wiele, ale trzymali się tego, co znali najlepiej. Rzadko kiedy schodzili też do piwnicy, nie było tam nic, co by ich zaciekawiło. Tylko masa pajęczyn i kurzu. Basil jako jedyny z rodziny rzeczywiście interesował się miejscami, jakie mieli w posiadaniu.
Gdy nie było go w domu, rodzice często wychodzili. Spotykali się ze swoimi przyjaciółmi, chodzili na bale i różnorakie spotkania tylko dla zaproszonych. Należeli do elity, nie mogli pozwolić sobie na jakikolwiek błąd.
Im bliżej drzewa, tym większy odczuwał niepokój. Jakiś głos w jego głowie podpowiadał, żeby trzymał się z dala od tamtego miejsca. Żeby zawrócił. Uciekł. Schował się.
Mimo nieprzyjemnego uczucia, brnął dalej przez grubą warstwę śniegu. Z każdą chwilą zdawało się być go coraz więcej, chociaż wcale nie padało. Cisza zdawała się w tym momencie straszniejsza, pełna niewypowiedzianych sekretów.
I wtedy poczuł ten okropny zapach. Zgnilizna, rozkładające się mięso. Śmierć. W swoim śnie zobaczył chmarę kruków. Ta same ptaki, co do jednego, leżały teraz martwe pod drzewem.
Nie uciekniesz przed ciemnością.
Rozejrzał się dookoła siebie, szukając źródła tych słów, osoby, która je wypowiedziała, ale nie było tam nikogo poza nim i rozkładającymi się ptakami. Nie było tam nikogo, a słowa wciąż się powtarzały.
Nie uciekniesz. Nie ukryjesz się. Ciemność znajdzie cię wszędzie.
Ręce zaczęły mu się trząść. Kiedy stał już pod drzewem, wśród ptaków, czuł w sercu niewyobrażalny strach. Trzymana w jednej z nich książka upadła na ziemię, ukrywając się w warstwie śniegu.
Szybko po nią sięgnął, nie spuszczając wzroku z kruków. Mimo, że wszystkie były martwe, miał wrażenie, że zaraz zerwą się do lotu i go zaatakują. Ich martwe oczy wciąż się świeciły, czuł na sobie ich wzrok.
Zginiesz.
W momencie, gdy jego palce zetknęły się z księgą, poczuł przeszywający ból. Wstrząsnęło jego ciałem. Bezwładnie upadł w śnieg, między kruki, a w jego ciele rozchodził się płomień.
Na palec wskazujący wpełzły mu litery, jakby wydobywające się z trzymanej przez niego książki. Ułożyły się w nowe, nieznane mu słowo. W kolejne zaklęcie.
Lessurium.
To słowo było ostatnim, co zobaczył, zanim wszystko zasłoniła mu czarna mgła. Wydobył z siebie jeden głośny krzyk, po którym od razu stracił przytomność. A ból wciąż rósł w siłę.


***

Dzień przed świętami Basil wybrał się na zakupy w poszukiwaniu ostatnich prezentów. Podczas jednej w wizyt w Hogsmeade udało mu się znaleźć idealny prezent dla ojca – zegarek, dopasowujący się do stroju noszącej go osoby i przypominający o spotkaniach, na które dana osoba musi się wybrać. Ojciec wielokrotnie narzekał na brak zegarka, więc Basil znalazł mu jakiś przyzwoity.
Nie miał jednak prezentu dla matki. Potrzebował dla niej czegoś specjalnego i pięknego. Czegoś, dzięki czemu będzie o nim pamiętała, gdy on wróci do Hogwartu. Bliskiego jej sercu, żeby zawsze mogła mieć to przy sobie.
Przechadzał się po sklepach z biżuterią w jednej z francuskich czarodziejskich ulic. Lubił tu przychodzić, panowała tam miła atmosfera, wszyscy wymieniali się miłymi słowami, chociaż tak naprawdę się szczerze nienawidzili, a w powietrzu unosił się zapach cynamonu.
Nic nie zainteresowało go na tyle, żeby zdecydował się na kupno. Tylko chodził od sklepu do sklepu, rozglądając się za czymś, co wołało „Patrz na mnie! Musisz mnie kupić!”, jak na razie bez powodzenia.
Znalazł jedną parę całkiem przyzwoitych złotych kolczyków z kwiecistymi zdobieniami, ale gdy okazało się, że wydają z siebie głośne dźwięki za każdym razem, jak się ich dotknie, zrezygnował. Nie da matce czegoś, co prędzej ją zdenerwuje, zamiast wywołać u niej uśmiech. 
Nie znał tam nikogo na tyle, żeby móc zatrzymać się i porozmawiać. Kilka osób kojarzył z widzenia, nikogo jednak tak naprawdę nie kojarzył. Nie znał ich imion, ich miejsc zamieszkania, statusów krwi.
Na ulicy panował wyjątkowy ruch. Osoby znikały, inne pojawiały się na ich miejsce. Wszyscy nerwowo szukali prezentów na ostatnią chwilę, innym zabrakło składników potrzebnych do wykonania świątecznych potraw. Krzątali się, przepychali w drzwiach, a słowo „Pardon” słyszał już kilkaset razy.
Basil westchnął głośno, opuszczając kolejny sklep. Wciąż niczego nie znalazł. Powoli kończyły się miejsca, jakie mógł odwiedzić, a on wciąż nie wybrał prezentu dla matki.
Zadecydował, że jeśli w następnym sklepie nic nie znajdzie, zaczyna od nowa i wybierze pierwszą lepszą rzecz. Wiedział, że ten pomysł należał do kilku z najgorszych w całym jego życiu, ale jakoś musiał się na coś zdecydować.
Wybieranie biżuterii było zaskakująco trudne.
– Pomóc ci? – zapytała jakaś kobieta miłym głosem.
Spojrzał na nią. Była to staruszka z uprzejmym uśmiechem i siwym kokiem. Sprawiała wrażenie dobrodusznej babci. Tej, która rozdaje wszystkim wnukom słodycze i po kilka galeonów.
Może i dobrze byłoby zapytać kobiety o zdanie?
– Szukam czegoś dla matki – odpowiedział, uważnie obserwując staruszkę.
Pokiwała głową i nie zadawała więcej pytań. Podeszła do jednej ze szklanych gablot, szybko przekręciła kluczyk w zamku i otworzyła ją. Wyciągnęła ze środka prostokąt, w na którym poukładane zostały pierścionki.
Wybrała kilka z nich i pokazała każdy po kolei Basilowi. Żaden z nich nie wywołał na nim wielkiego wrażenia, ale nie były brzydkie. Może i spodobałyby się jego matce. Przyjrzał się każdemu z trzech wybranych przez kobietę pierścionków.
Pierwszy był srebrny, cały ozdobiony małymi diamencikami. Na karteczce przyczepionej do niego, w kategorii z dodatkowymi informacjami była notka, iż można z tym pierścieniem rozbić cegłę, a on wciąż będzie w nienaruszonym stanie.
Drugi bardziej mu się spodobał. Złoty pierścionek układał się w kształt cienkiego liścia i można było ten kształt zmienić na dowolnego liścia. Zmieniał się w liść klonu, dębu, jesionu, a nadal wyglądał pięknie.
Trzeci go nie zachwycił. Był zwyczajny. Cienki złoty pierścionek, którego jedyną zaletą było to, że podobno poprawiał nastrój noszącej go osoby.
– Ten ze zdobieniem w kształcie liścia będzie idealny – powiedział ktoś. Basil znał ten głos.
Znał go aż zbyt dobrze.
Obrócił się do blondyna, a jego oczy zapłonęły. Z całych sił powstrzymywał się od rzucenia na niego albo chociaż rzucenia w niego wszystkimi tymi pierścionkami.
– Ostrzegałem cię. Lepiej uciekaj. 


Spoiler: już wkrótce moment, na który wszyscy czekają!!

sobota, 2 września 2017

Zemsta

Bazyliszek nie mógł go zaatakować. Nie dość, że Basil był Ślizgonem, to jeszcze pochodził z czytsokrwistej arystokratycznej rodziny. Wąż nie miał powodu, żeby go uśmiercać. Nikt by na tym nie zyskał.
Coś mu nie pasowało w tym dźwięku. Brzmiał jak wąż, ale… nie do końca tak, jak powinien. Syczenie brzmiało jak dźwięk w zabawkach dla dzieci, które miały je uczyć, jakie odgłosy wydają dane zwierzęta.
Ciało i zdrowy rozsądek powtarzały, żeby nawet nie próbował się obrócić, żeby sprawdzić, co jest nie tak, ale jedna drobna cząsteczka jego mózgu zachęcała go do zajrzenia za siebie.
Najwyżej umrze. Byłaby to ogromna strata dla czarodziejskiej społeczności, a on nie osiągnąłby swoich celów, ale co mu szkodziło?
Deglacio ­– mruknął pod nosem. W ostatnim czasie często używał tego zaklęcia, okazywało się zaskakująco przydatne.
Zostawało pytanie, czy zaklęcie podziałało na Wielkiego Złego Węża? Dźwięki ucichły. Od razu poczuł się bezpieczniej.  
Ostrożnie się obrócił, powstrzymując chęć zamknięcia oczu i oddalenia się w jak najdalszy kąt Hogwartu.
Spodziewał się ujrzeć oślizgłe stworzenie na środku korytarzu. Takie, jak to, na które wpadł, bawiąc się w ogrodzie, gdy miał siedem lat, tylko pięćdziesiąt razy większe. Prawie umarł tamtego dnia, wąż go ukąsił i gdyby jeden ze skrzatów znalazł go kilka minut później, prawdopodobnie by go tu nie było, tylko gryzłby ziemię w jakimś ładnym zakątku Francji.
Od tamtego czasu szczerze nienawidził węży.
To, co ujrzał, nie było jednak wężem, a trójką Ślizgonów. Zamarli z wystawionymi językami, będąc w połowie „syczenia”. Mógł się tego spodziewać. Jak tylko rozniosła się wieść, że Komnata została otwarta, Ślizgoni uznali za swój obowiązek robienie tego typu żartów.
Do listy gatunków węży, których nie cierpiał dodał właśnie nowy punkt. Ślizgonów. Wszystkich, oprócz siebie.
Wśród grupki byli Avery, Lestrange, a także Malfoy z jego idealnym blond kucykiem. Kiedyś mu go zetnie. Ale jeszcze nie dzisiaj.
Przechadzał się dookoła chłopaków, postukując się końcówką różdżki w brodę i zastanawiając, co powinien z nimi zrobić. Miał wiele pomysłów, jak spalenie ich na stosie czy przetestowanie na nich Feritagre. Żaden z nich nie wydawał się wystarczający. Zabicie ich da mu tylko chwilową radość. Co zatrzyma ją na dłużej?
Nagle zatrzymał się w miejscu. W głowie pojawił mu się pomysł. Miał tylko nadzieję, że jego plan podziała tak, jak tego chciał.
Postanowił odłożyć zemstę na później. Miał dużo czasu na działanie, żaden z nich nigdzie się nie wybierał. Nie będą nawet wiedzieli, co ich uderzyło.
Ardento – powiedział, przekraczając próg biblioteki.
Już nie widział chłopaków, ale słyszał za sobą zdezorientowane głosy.
– Gdzie on jest? – zapytał jeden.
– Przecież tu stał – odpowiedział mu drugi, prawdopodobnie był to Avery.
Zostawił ich, kłócących się, czyja to wina, że zniknął, i zagłębił się w dalsze regały biblioteki. Gdzie by się ukrył, gdyby był Ukrytym Działem? Wiedział tylko, że znajduje się on gdzieś w bibliotece, nic poza tym.
Jeszcze rok temu, w tak słoneczną niedzielę jak ta, wylegiwałby się na błoniach albo dokuczał stworzeniom żyjącym w jeziorze. Założyłby się z Nottem, kto zrobi więcej żartów profesorom, zanim go złapią i dostanie szlaban. Robiłby rzeczy dla zabawy, nie żeby poznać mroczne sekrety i próbować uratować swoje życie przed Ciemnością.
Dźwięk jego kroków zdawał się o wiele głośniejszy niż zwykle. Pewnie dlatego, że biblioteka znów była pusta. Nikt nie hałasował, nie przewracał kartek w książce głośniej, niż było o konieczne, nie rozmawiał szeptem, który i tak wszyscy słyszeli ani nie krzątał się między regałami. Biblioteka z rana przyprawiała go o dreszcze swoją pustością.
Ostatnimi razy często trafiał na opustoszałą bibliotekę. Wiedział, jaki czas wybierać na poszukiwania, żeby nie wpaść na uczące się lub odrabiające zadania grupy. Zbyt wiele ludzi równało się zbyt wielkiemu ryzyku.
Tym razem, poza nim i Boone – czy też Brooke albo Bounce – była jeszcze nieznana mu pierwszoroczna Krukonka i Gryfon z siódmego roku. Ona siedziała przy stoliku przy oknie i zaglądała przez nie częściej niż czytała coś z trzymanej w rękach książki, a chłopak przeglądał książki w dziale o transmutacji.
Przeszedł na koniec pomieszczenia, uważnie przyglądając się każdemu regałowi, a szczególnie tym stojącym pod ścianami.
– Czego szukasz? – zapytał ktoś obok niego.
Zerknął w prawą stronę. W Dziale Niewidzialności stała szatynka z grubą książką w rękach, która zdawała się ważyć połowę tego, co ona sama.
– Nic, czym powinnaś się interesować – burknął, przypominając sobie o swoim ostatnim śnie. – Śledzisz mnie, Bolton?
Wciąż gdzieś na nią wpadał. Zaczynało to być równie uciążliwe, co drepczący mu po piętach Lucian.
– W Hogwarcie jest tyle interesujących ludzi, a ty zakładasz, że ja śledzę ciebie? Dorośnij, nie wszystko kręci się wokół ciebie.
Prychnął. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się myli. On był przecież najciekawszą i wkrótce odnoszącą największe sukcesy osobą.
– Wprost przeciwnie. Jestem jak słońce czarodziejskiego świata – powiedział. – Na początku nikt nie wie, że ja jestem w centrum, ale jak ich oświecę, to będą mi całować stopy.
– Albo będą trzymać się z daleka, bo nikt nie będzie w stanie na ciebie spojrzeć.
– To też w pewnym sensie sukces, więc czemu nie? – Wzruszył ramionami. – Też mogłabyś trzymać się z daleka. Twój widok przyprawia mnie o chęć gwałtownego wyrzutu treści pokarmowych na zewnątrz.
Wyglądała na zaskoczoną jego słowami.
– Kto by pomyślał, Ślizgon, który potrafi zastąpić słowo „rzygi” czymś bardziej skomplikowanym – skomentowała, kiwając głową z podziwem.
– Myślałem raczej o „wymiotach”. Dziewczyny nie powinny używać takich brzydkich słów.
Zamknęła trzymaną w dłoniach książkę i przez chwilę zdawało mu się, że ma zamiar nią w niego rzucić. Nie zrobiła tego.
– Facet nie będzie mi mówił, co mogę robić, a czego nie. Tym bardziej taki jak ty.
– Taki jak ja? Idealny, prześwietny, wzór do naśladowania?
Odwróciła twarz, ukrywając przed nim delikatny uśmiech.
– Och, przepraszam. Możesz powtórzyć? Nic nie słyszałam przez twoje przerośnięte ego.
Zachował kamienną twarz, ale jego duma i ego zostały urażone.
– Okej, Candy, przeszkadzasz mi. Teraz sio – Machnął na nią ręką – i daj mi spokój.
Przeszedł dalej, ignorując komentarze dziewczyny. Nie poszła za nim, ale przez chwilę czuł na plecach jej wzrok.
Rozejrzał się. Wciąż nie wiedział, czego szuka. Zwrócił uwagę na regały, na ich budowę. Przyglądał się każdemu z nich, szukając na nich tajemnych znaków, runów, czegokolwiek.
Przypomniał sobie tekst zapisany na kartce w Gabinecie.
S. ukrył niezwykle niebezpieczny przedmiot w murach Hogwartu. Po latach poszukiwań odkryłem, iż prawdopodobnie znajduje się on w Ukrytym Dziale biblioteki. Działu ani przedmiotu nie udało się znaleźć. Należy zniszczyć przedmiot, zanim leżąca na nim klątwa zacznie działać.
Reszta listu została spalona. Zostało to napisane przez któregoś z poprzednich dyrektorów. Nawet nie próbował zapamiętać, którego. Nie udało mu się znaleźć Ukrytego Działu i zostawił list w nadziei, że któryś z jego następców postanowi podjąć jego misję.
S. to ukrył. S jako Salazar? Albo Slytherin? Bardzo prawdopodobne. Ukrył Komnatę Tajemnic, więc jego stworzenie Niezwykle Niebezpiecznego Przedmiotu i Ukrytego Działu wydawało się logiczne.
Niestety, nie znalazł żadnych znaków. Niczego, czego nie powinno tam być. Wszystkie regały przepełnione były jedynie książkami. Siedział w bibliotece dwie godziny, przeszukując każdy zakątek, ale nie trafił na nic, co by go zainteresowało.
Zanim wyszedł z biblioteki, oddał wypożyczoną wcześniej książkę. Bibliotekarka kilka długich minut narzekała na niego, że ją przetrzymał i powinien nauczyć się, że nie przekracza się terminów, ale w końcu pozwoliła mu pójść.
W jego życiu pojawiało się coraz więcej niewiadomych.

***

Wybrał moment, kiedy większość osób z jego domu siedziała w pokoju wspólnym, narzekając na siebie nawzajem i ustawiając zakłady, kto wygra następną partię szachów. Aktualnie było 2:1 dla Flint. Krążyły plotki, że brwi pomagają jej w wygranej, dekoncentrując przeciwnika. Basil nawet przez chwilę nie wątpił w ich prawdziwość.
Najpierw zakradł się do pokoju Avery’ego i Lestrange’a. To, że mieszkali razem, bardzo ułatwiało mu zadanie. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi, upewniając się przy tym jeszcze raz, czy nikt na pewno nie zwraca na niego uwagi.
Każdy pokój wyglądał tak samo, miał taki sam schemat, ale to mieszkające w nim osoby odpowiadały za dostosowanie go do swoich potrzeb. Basil u siebie miał na szafce w przezroczystej doniczce nigdy nie więdnącą lawendę. Stronę Avery’ego łatwo było poznać – porozwieszał u siebie plakaty z ulubioną drużyną Quidditcha. Lestrange miał całe łóżko zawalone brudnymi ubraniami.
Nie był pewien, czy zaklęcie podziała tak jak tego chciał. Musiał zaufać swojej intuicji. W tej chwili podpowiadała mu, że różdżka nie będzie mu potrzebna. Schował ją do kieszeni.
– Koniec żartów – szepnął, stając na środku pokoju. Uniósł powoli ręce, skupiając się na swojej wewnętrznej magii. – Ardento.
Nie minęła minuta, a każdy jeden przedmiot w pomieszczeniu zajął się ogniem. Czerwone płomienie pochłaniały wszystko, co stało na ich drodze. Wszystko, oprócz ich twórcy. Basil stał na środku pokoju, ale ani jeden płomień nie ważył się go dotknąć.
Przedmioty płonęły i zmieniały się w kupki popiołu. Najdziwniejsze w tym wszystkim wydawało się Basilowi to, że nie powstawał dym. Nie miał problemów z oddychaniem, nie unosiła się wokół niego czarna chmura, widział wyraźnie wszystko, co się działo. Przyglądał się temu z szerokim uśmiechem.
Płomienie skakały z miejsca na miejsce, wesoło pożerając drewno, książki i całą resztę.
Basil tego dnia stracił trochę na swojej dumie. Avery, Lestrange i Malfoy stracą za to wszystkie swoje przedmioty. Wszystko, co mieli. Każdą najdrobniejszą rzecz, jaką pozostawili w swoich pokojach. Miał nadzieję, że będą zaskoczeni, zdenerwowani i zdewastowani, gdy to zobaczą.
Był ciekaw, czy Reparo przywróciłoby meble do wcześniejszego stanu.
Jak tylko skończył z pokojem tej dwójki, przeszedł do Malfoya. Ten dzielił pokój z Nottem. Za Nottem też nie przepadał, więc nie było mu go szkoda. Najchętniej podpaliłby pokoje każdego Ślizgona, a potem udawał, że nie wie, dlaczego tylko jego pokój nie spłonął.
W drugim pokoju zaskoczyła Basila jego czystość. Mimo, że wszystko zostało poukładane i było na swoich miejscach, w pomieszczeniu śmierdziało. Ktoś niedawno musiał użyć tam śmierdzącej bomby.
Skrzywił się z odrazą, ale nie wyszedł.
Już podnosił ręce, by rzucić zaklęcie, gdy zauważył błyszczący przedmiot, leżący na półce przy łóżku Malfoya. Poszedł bliżej i wziął do ręki złoty cienki naszyjnik. Przyczepiona do niego zawieszka miała kształt węża. Jego oczy były dwoma małymi diamentami, połyskującymi w świetle.
Schował naszyjnik do kieszeni i rzucił zaklęcie, pozbywając się wszystkiego, co miał Malfoy.

***

W jego magii najbardziej denerwowało go to, że podczas zajęć nie miał żadnych problemów z rzucaniem zaklęć, a po nich nagle wszystkie umiejętności mu się wyłączały. Ot tak, bez żadnego wyjaśnienia, po prostu decydowały się przestać go słuchać.
Jak na ironię, dzień po jego podpaleniu pokoi, na Zaklęciach mieli się uczyć zaklęcia, którym wyczarowuje się ogień.
Panika, jaką wywołał swoim działaniem, sprawiła mu niezmierną radość. Ledwo powstrzymywał się od śmiechu, gdy usłyszał dziewczęcy pisk Lestrange’a i zobaczył wkurzoną minę Malfoya. To był dla niego wesoły dzień, nie licząc momentu, kiedy myślał, że zostanie zabity przez Bazyliszka.
Każdy z nich miał podpalić kawałek papieru. Basilowi wyszło już za pierwszym podejściem.
– Merveilleux – powiedział do siebie, patrząc na znikającą w płomieniach kartkę.
– Bardzo dobrze, panie Oullette – ocenił profesor, wskazując jego ogień.
Mieli tę lekcję z Ravenclawem. Profesor Queshire gładził swoją szarą kozią bródkę, przechadzając się między ławkami i sprawdzając, jak wychodzą im zaklęcia. Miał jedną zasadę na swoich zajęciach – osoby z tego samego domu nie mogły siedzieć obok siebie.
Basil wylądował obok piegowatego chłopaka, na którego mówili Gally. Starał się go ignorować przez całą lekcję, ale kiedy tamten prawie podpalił mu włosy, Basil nie wytrzymał.
– Arrière-faix de truie ladre! – warknął, odsuwając się od Krukona. – Niekompetentny osioł. Ludzie próbują tu pracować. Pétasse.
Zawsze myślał, że Krukoni są tacy mądrzy i wszystko im wychodzi za pierwszym razem. Dotychczas tak było z wszystkimi, których spotykał. Ten jeden odchodził od zasady.
– Przepraszam – powiedział szybko chłopak, unosząc dłonie w obronnym geście. – Nie chciałem. To było przez przy…
– Nieważne. Zamknij się – syknął Basil, nawet na niego nie spoglądając. – Nie przeszkadzaj mi więcej.
Krukon się zgarbił. Położył na ławce kolejny kawałek pergaminu i niepewnie powtórzył zaklęcie. Próbował dziesięć razy, a każdy z nich kończył się niepowodzeniem. Basil chciał zacząć go wyśmiewać, zanim zdał sobie sprawę, że ma taki sam problem jak on. Jedyną różnicą było to, że Krukon miał problemy podczas lekcji, a Basil po nich.
– Skup się – podpowiedział mu Basil. – Widok twoich porażek jest żenujący.
Chłopak spróbował jeszcze trzy razy. Za pierwszym pojawił się snop iskier, ale kartka nie zapłonęła. Za drugim pojawił się mały ogień, który szybko zgasł, nie pochłaniając nawet połowy kartki. Za trzecim się udało. Iskry stworzyły płomienie, a one w mgnieniu oka zjadły papier i zniknęły.
Widząc to, Basil miał jednocześnie ochotę uderzyć się w głowę za pomaganie Krukonowi swoimi miłymi słowami i uśmiechnąć się z dumą. Nie zrobił ani tego, ani tego. Chwilę triumfu przerwał mu profesor:
– A gdzie panna Patil? – zapytał Queshire, zauważając wolne miejsce, gdzie zwykle siedziała blondwłosa Krukonka.
– W skrzydle szpitalnym – odpowiedział ktoś z końca sali.
– W skrzydle? Co się stało?
W klasie zapanowała nieprzyjemna cisza. Nikt nie chciał się odezwać, przyznać prawdy. Obawiali się tego, co to dla nich oznaczało. Czy Hogwart przestał być bezpiecznym miejscem? Jakie będą tego konsekwencje?
W końcu Riddle odpowiedział profesorowi niewinnie:
– Została spetryfikowana.
– Spetryfikowana? – Profesor wyraźnie się przejął. – Niedobrze. Miejmy nadzieję, że szybko uda się ją uzdrowić.
Basil domyślał się, że Tom myśli o czymś całkowicie odwrotnym. Pewnie miała umrzeć, a jakimś cudem udało jej się tego uniknąć.
Jak tylko lekcja dobiegła końca, złapał Riddle’a za ramię i odciągnął go na bok, z dala od wścibskich uszu. Odezwał się dopiero, kiedy wszyscy wyszli z sali, łącznie z Queshire’em.
– To było zaplanowane czy twój pupil spieprzył robotę?
– Wszystko jest zaplanowane, nie musisz się o to martwić.
– Jesteś pewien, ‘Mas? – zapytał Basil, wskazując dłonią na drzwi. – Masz zamiar petryfikować wszystkie szlamy w tej szkole? Uzdrowią je. To twój genialny plan? Pozbywanie się ich na jakiś czas?
Riddle się obruszył.
– To dopiero początek – warknął, próbując wyminąć Baza. Nieudolnie. Francuz zacisnął dłonie na jego ramionach i przypiął go do ściany. – Nie mogę przecież od razu zacząć ich zabijać. Trzeba wywołać napięcie. Mają się bać. Potem wybijemy jedną po drugiej.
Basil chciał mu powytykać wszystkie wady jego planu. Powiedzieć, jak idiotyczny jest jego pomysł. Ale nie mógł. Nie w tym momencie. Riddle nigdy by mu nie zapomniał, że od samego początku nie wierzył w niego i jego plan.
Był rozdarty. Tom zdawał się nie zauważać luk w swoim planie. Podchodził do niego z tak wielką energią i entuzjazmem. Miło byłoby patrzeć, jak to wszystko znika, gdy plan zacznie się sypać. Z drugiej strony, Riddle może być później wkurzony, że nie powiedział mu wszystkiego wcześniej.
– Przemyśl uważnie swój plan – polecił Tomowi, puszczając go. Odsunął się o dwa kroki, dając Ślizgonowi trochę przestrzeni. – To moja rada. Lepiej jej posłuchaj.
– Zastanowię się nad tym.
Riddle ruszył ku wyjściu z sali. Poruszał się powoli, a każdy jego krok krzyczał „Ślizgońska duma”. Każdy ze Slytherinu w pewnym momencie swojej nauki w Hogwarcie wyrobił sobie ten chód. Nieodłączna część bycia Ślizgonem.
– Kto jest następny na twojej liście? – zapytał jeszcze Basil, gdy Riddle stał przy drzwiach. Jego głos brzmiał równie obojętnie, jakby pytał o to, co Tom miał na obiad, nie kto będzie jego następną ofiarą.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Riddle odpowiedział z uśmiechem:  
– Kennard z Hufflepuffu.
Lucian Kennard.


Niby miałam rozpiskę tego rozdziału, ale poszedł w zupełnie inną stronę, niż powinien. Also, nowa okładka na wattpadzie! Dzięki niej odkryłam, że pędzle w fotoszopie są całkiem przydatne.

sobota, 19 sierpnia 2017

Candace

Słońce oświetliło ich zarumienione twarze, gdy powoli się do siebie zbliżali. Wszędzie wokół było niezwykle spokojnie; siedzieli pod wielkim drzewem, a dookoła nich rozpościerały się pola powiewającej na wietrze lawendy. Byli sami. Nikt nie mógł przerwać im tego momentu.
Pogładził ją dłonią po policzku. Wyglądała tak niewinnie. Będąc tam, obok niej, sam czuł się jak inny człowiek. Targały nim uczucia, jakich nigdy wcześniej nie doświadczył i jakich wolałby nie czuć. Stawał się przez to podatny na zranienia.
Martwienie się o swoje życie to jedno, to było proste, ale o jeszcze jakąś osobę? Nie, na to się nie pisał. Ale… nie potrafił się cofnąć, odrzucić tego, co się między nimi rodziło.
Kosmyk jej włosów musnął jego dłoń. Odgarnął jej włosy za ucho, po czym spojrzał jej w oczy. Miała piękne oczy. Szary kolor mieszał się z fioletem, tworząc połączenie idealne. Tak nietypowe, niespotykane, po raz pierwszy w całym swoim życiu widział oczy o podobnym kolorze. Jakim cudem nie zwrócił na nie wcześniej uwagi?
Powiedziała coś, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jej usta się poruszyły, ale nie usłyszał żadnego słowa. Nie słyszał niczego, poza wesołym śpiewem siedzących na drzewie skowronków.
– Powtórz – rozkazał jej, skupiając całą swoją uwagę na ruchu jej warg i dźwięku jej głosu.
Otworzyła usta, jednak znów nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Nie słyszę cię. Mów głośniej.
Ptaki umilkły. Po chwili zorientował się, że nie tylko ptaki już się nie odzywały. Nie słyszał już dosłownie niczego, jakby ktoś rzucił na jego uszy zaklęcie wyciszające.
Coś w oddali się poruszyło. Zebrał się wiatr, który mocnymi podmuchami bawił się kwiatami, wyrywając je z ziemi i rozrzucając dookoła. Jeden z nich wylądował Basilowi na ramieniu. Dziewczyna natychmiast po niego sięgnęła i zrzuciła go na ziemię.
Uśmiechnęła się do niego, ale w jej uśmiechu było coś, co sprawiło, że zaczął czuć się niepewnie. To był władczy uśmiech. Wiedziała, że mogła nim rządzić. On niestety też, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał.
Pocałowała go krótko. Całował się już z wieloma dziewczynami, ale ten pocałunek był inny. Czuł się dziwnie, coś było nie tak. Spodziewał się, że jej usta będą miękkie i ciepłe, a okazały się twarde i smakowały goryczą. Bardziej, jakby całował się z kawałkiem lukrecji niż z dziewczyną.
Odsunął się od niej. Ptaki znów zaczęły się odzywać, ale to już nie były skowronki. Tamte ptaki zniknęły, a na ich miejscu pojawiła się chmara kruków, których świecące oczy wpatrywały się w siedzącą pod drzewem parę.
Znów przyciągnęła go do siebie. Tym razem go nie pocałowała, tylko przytuliła. Zamknęła Basila w mocnym uścisku, nie pozwalając zrobić mu najmniejszego ruchu. Nie pozwalając mu uciec.
W końcu się odezwała, a on usłyszał każde słowo głośno i wyraźnie. To jednak nie był głos dziewczyny, tylko przeszywający go szpiku kości głos starej wiedźmy.
– Nie uciekniesz przed ciemnością.
Zanim zniknęła w chmurze czarnego dymu, zdążyła się jeszcze triumfalnie zaśmiać.
Nie miał nawet czasu, by zastanowić się, co się właściwie stało. Poczuł ostry ból w klatce, a z miejsca, w którym powinno znajdować się serce, lał mu się strumień krwi. Dźgnęła go prosto w serce czymś ostrym i drewnianym... Czy to była różdżka?
Próbował zatamować dłońmi krwotok, ale krwi było coraz więcej, a strumień sprawiał wrażenie, że miał się nigdy nie skończyć. Była tylko krew. Krew, której metaliczny smak wkrótce poczuł również w ustach.
Nagle wszystko stało się czarne, a w jego uszach brzmiało w kółko jedno słowo. Imię.
Candace.

Otworzył szeroko oczy i głośno wciągnął powietrze. Jego dłonie natychmiast powędrowały do serca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się bolesna rana. Zniknęła. Tak samo jak biała koszula, jaką miał na sobie na łące.
Na nagim torsie nie miał nawet najmniejszego zadrapania. Odetchnął z ulgą.
Łąka również zniknęła, tak samo jak Bolton, która tam z nim siedziała. Czy to była Bolton? Nie miała powodów do zabijania go.
Siedział na krześle przy biurku. Porozkładał na nim wcześniej książki z zamiarem nauki. Musiał w międzyczasie zasnąć. To był tylko sen. Okropny sen.
Dlaczego śniła mu się Bolton? Zabijająca go Bolton, poprawił się w myślach. Całowali się. Ona go pocałowała. Czy prawdziwa Bolton też chciałaby go pocałować. Pewnie tak, należał przecież do hogwarckiej elity. To nie wyjaśniało, dlaczego miał właśnie taki sen.
Czuł pewną więź, pociąg do dziewczyny, ale to było coś całkiem innego. Ona go jedynie intrygowała, nie zamierzał zacząć się z nią umawiać. Nie mógł. Zbyt wiele problemów spadło na jego barki, żeby jeszcze musiał męczyć się z jakąś dziewczyną.
Miał ochotę uderzyć swoją podświadomość porządnym zaklęciem, żeby skupiła się na ważniejszych rzeczach niż miłostkach.
Nie uciekniesz przed ciemnością. Co to miało znaczyć? Znowu chodziło o tę całą „klątwę”? Jeśli Ciemności tak zależało, to wystarczyłoby, żeby wysłała list i by się umówili na spotkanie. Prześladowanie go w snach od razu sprawiało, że Ciemność trafiła na jego czarną listę.
Dochodziła piąta nad ranem. Nie warto było mu już zasypiać, i tak musiałby niedługo wstać. Chociaż raz zaskoczy Riddle’a i będzie na nogach jako pierwszy.
Zerknął na łóżko współlokatora. Tom leżał owinięty grubym kocem, mamrotając od czasu do czasu jakieś niezrozumiałe dla Basila słowa. Tak łatwo mógł go w tej chwili skrzywdzić. Z trudem opierał się pokusie.
Chłopak leżący na sąsiednim łóżku był młodszy od Basila o zaledwie niecały tydzień, dokładnie sześć dni. Riddle obchodził urodziny ostatniego dnia roku, gdy on świętował w Boże Narodzenie. I temu właśnie chłopakowi udało się otworzyć legendarną Komnatę Tajemnic. Basil wciąż miał problemy z uwierzeniem w to.
Gadał o Komnacie już od dłuższego czasu, a Baz nie sądził, że rzeczywiście uda mu się ją kiedyś otworzyć. A teraz wypuścił cholernie wielkiego węża i „panuje nad nim”. Basil nie przepadał za wężami, co było dość ironiczne, skoro trafił do domu Węża.
Cały zamek wciąż był pogrążony w głębokim śnie. Mógł równie dobrze skorzystać z okazji i trochę poszperać. Wyciągnął różdżkę i wykonał szybki ruch ręką, mówiąc:
Lumos.
Nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz z nadzieją, że może zrobił coś nie tak. To przecież było zaklęcie na poziomie pierwszego roku, nie mogło mu nie wyjść. A jednak nie wyszło. Za trzecim razem również. I za czwartym. Za piąty nawet się nie zabierał.
Czyli jego problemy z zaklęciami wróciły. Przez jakiś czas nic się nie działo, wszystko dobrze mu wychodziło, nie było żadnych niepowodzeń. Ten czas dobiegł końca.
Mruknął pod nosem wiązankę wyrafinowanych francuskich przekleństw, które podłapał od ojca.
Deglacio. – Tym razem podziałało.
Wciągnął na siebie jeszcze szybko jakieś ubrania i ruszył do akcji. Nie musiał się nawet spieszyć, Deglacio załatwiało sprawę, ale wolał jak najszybciej się z tym uporać.
Przemierzał korytarze, skąpane w słabym świetle wschodzącego słońca. Wciąż widział niewiele, ale musiało wystarczyć. Nie natrafił po drodze na żadną żywą duszę, wszyscy nadal spali.
Deglacio bardzo ułatwiało mu życie. Nie dość, że dało się nim kogoś zamrozić, to jeszcze zamrażało wszystkich wokół. Mógł bezkarnie robić, co mu się podobało i potem uciec z miejsca zbrodni, a nikt nawet nie wiedziałby, że tam był, ani kiedy się to wydarzyło. To było bardzo przydatne zaklęcie.
Dotarł na miejsce po kilku minutach i wypowiedział hasło, mając nadzieję, że go dotychczas nie zmieniono.
– Szczęśliwy los.
Wejście się przed nim otwarło. Uśmiechnął się sam do siebie. Dippet za bardzo ufał swojemu hasłu. Powinien już dawno je zmienić. To, że tego nie zrobił, działało tylko na korzyść Basila.
Gabinet świecił pustkami. Wszystko, każdy najmniejszy przedmiot, było tam uporządkowane i na swoim miejscu. I tak samo będzie musiało wyglądać, kiedy on już stamtąd wyjdzie. Wolał uniknąć problemów. Gdyby ktoś zauważył, że coś zostało zmienione, jeszcze dyrektor zmieniłby hasło, a tak mógł tam wchodzić, kiedy tylko mu się podobało.
Rozglądał się za czymś, co chociaż odrobinę odchodziło od typowych przedmiotów, znajdujących się w gabinecie dyrektora. On również szukał zakazanego przedmiotu, a może nawet już udało mu się go znaleźć (w co, biorąc pod uwagę jego kompetencje, Basil szczerze wątpił).
Gabinet dyrektora to bardzo bezpieczne miejsce, tam właśnie powinien ukryć coś, co nie powinno wpaść w ręce jakiegoś ucznia czy też innych czarodziei. Nikomu teraz nie można było ufać.
Przeglądał porozkładane po pomieszczeniu książki oraz inne przedmioty i lekko zdenerwowany stwierdził, że nie ma tam tego, czego szuka. Czymkolwiek to było.
To na pewno rzucałoby się w oczy.
Wziął głęboki oddech, rzucił kilka krótkich przekleństw i kontynuował poszukiwania. Ślizgoni nie poddają się tak łatwo.
Na biurku Dippeta leżało kilka listów. Wszystkie zostały starannie włożone do kopert i zamknięte. Otworzył jeden z nich. W żółtej kopercie znajdował się krótki list, zaadresowany do państwa Eatonów, mieszkających w Maidstone. Przeczytał, co napisał do nich Dippet. Pewnie zrobił to późno w nocy i postanowił wysłać następnego dnia. Tego dnia.
Treść listu nie zawierała niczego ciekawego, a jedynymi zdaniami, jakie przykuło uwagę Basila były:
Od dłuższego czasu nie widziano Państwa córki. Czy wróciła do domu?
Z Hogwartu było się łatwo wymknąć. Odłożył list z powrotem do koperty, przekonany, że uznają, że ich córka postanowiła uciec. Sam chętnie by to zrobił, uciekł i nigdy nie wracał, gdyby nie to, że zaczął nad czymś pracować i nie zamierzał porzucać czegoś, co już zaczął.
Reparo.
Nie był zdziwiony, kiedy okazało się, że to zaklęcie również nie działa. Postarał się jak najlepiej zakleić kopertę i przywrócić do poprzedniego stanu.
Dwa inne listy też były zaadresowane do rodziców, tak przynajmniej uważał, ale nie poznawał nazwisk. Skoro nie poznawał, to uznał, że to pewnie nic ciekawego.
Podniósł leżące na biurku książki, przejrzał ich treść, lecz tam również nic nie przykuło jego uwagi. Książki dotyczyły nic nieważnych spraw, jak na przykład, kto sprawował władzę w Hogwarcie przez ostatnie kilkaset lat i jak bardzo spaprał sprawę.
W pewnym momencie, gdy już miał zamykać ostatnią książkę, wypadła z niej pożółkła wiadomość. Omiótł wzrokiem już prawie zamazany tusz, starając się rozczytać szybko i niewyraźnie nakreślone słowa.
Znalazł to, czego szukał.

***

Złapał Riddle’a, kiedy ten dopiero podnosił się z łóżka i zaczynał budzić się do życia. Basil odwołał zaklęcie, jak znalazł się na schodach, w wystarczającej odległości od gabinetu. Treść kartki wryła mu się w pamięć. Zapamiętał wszystko, czego potrzebował i teraz zostało tylko kwestią czasu to, kiedy odnajdzie ukryty przedmiot.
Pokręcił się trochę po Hogwarcie, żeby zabić czas, zanim wrócił do pokoju.
– Dopiero wstałeś? – zapytał Riddle’a kpiąco, siadając na skraju swojego łóżka. – Ominęło cię wiele niezwykle interesujących wydarzeń.
Riddle skrzywił się i spojrzał na zegar. Wpół do siódmej, pół godziny do rozpoczęcia śniadania. Tom, jak zwykle, wstał o wiele za wcześnie.
– Nie ma jeszcze siódmej, nic się nie stało, bo wszyscy wciąż śpią – stwierdził Tom. – Ty też powinieneś. Co sprawiło, że cudowny pan „nie ruszę nogi z łóżka, dopóki nie wyciągną mnie z niego siłą” wstał o tak wczesnej porze? – Jego ton przepełniony był czystą pogardą, mimo to Baz i tak uśmiechnął się, gdy nazwał go „cudownym panem”.
– Musiałem coś załatwić i nie miałem ochoty oglądać nikogo na korytarzach. Jeszcze straciłbym swoje cudowne opanowanie i zrobiłbym coś, czego nie powinienem, a tego wolałbym uniknąć.
Riddle nie wyglądał na zadowolonego jego odpowiedzią. Wkładał na siebie szatę, gniewnie pomrukując pod nosem obelgi pod adresem Basila i „tych cholernych francuzów”.
­– Mów, co zrobiłeś – zażądał.
 Basil wyszukał pod poduszką swoją księgę zaklęć i ją przekartkował, sprawdzając, czy pojawiło się coś nowego.
– Nic, o co musisz się martwić.
Czytał uważnie każdą stronę, chociaż już od dawna znał ich treść na pamięć. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy ostatni raz sprawdzał.
– Naślę na ciebie Bazyliszka – zagroził mu Tom, wstając z łóżka i sięgając po swoją różdżkę, leżącą na drewnianym stoliku obok. – Pewnie jest głodny.
Skrzywił się, słysząc o pupilu Riddle’a. Ten cholerny Bazyliszek. Nie mógł mieć kota albo żaby, zamiast ogromnego węża? Wszystko, byle nie wąż.
– O, tak, zrób to. Tylko czekam, aż ktoś zakończy moje męki.
Odłożył książkę na miejsce, po czym spojrzał kątem oka na Riddle’a. Wciąż wpatrywał się w niego ze zdenerwowaną miną, oczkując odpowiedzi na swoje pytanie. Basil mimowolnie westchnął i rozłożył ręce.
– Tak naprawdę wyszedłem w środku nocy, spotkać się z jedną dziewczyną i trochę nam się przeciągnęło. – Spojrzał na zegar. – Do rana.
Usłyszał prychnięcie Toma.
– Ach, tak? Z jaką dziewczyną?
Wzruszył ramionami, przypominając sobie w myślach wszystkie znane mu dziewczyny w Hogwarcie. Od razu wyeliminował te zbyt młode, szlamy, Gryfonki, Ślizgonki i część Puchonek. Zostało mu niewiele.
– Czekaj. Chyba miała na imię – Zastanowił się jeszcze przez chwilę – Can… Candy? Nie, to nie to. Connie? Nie… Candace! Tak, byłem z Candace.
– Marnowanie czasu – skomentował Tom, kręcąc głową. – Co to za Candace?
Candace. Imię, które pojawiło się w jego głowie, gdy obudził się ze złego snu. W śnie była Bolton, jakie miał szanse, że okaże się, że ona rzeczywiście ma na imię Candace? Miał tylko nadzieję, że Candace nie jest bliską przyjaciółką Toma i że nie dowie się od niej o jego kłamstwie, bo wtedy będzie zmuszony wymyślić kolejne albo, co gorsza, powiedzieć prawdę.
– Pewnie i tak jej nie znasz. – Machnął ręką. – A moje zainteresowanie się ulotniło.
Tom przez krótką chwilę miał zamyśloną minę. Wreszcie podniósł głowę i błysnęły mu oczy.
– Baz? Czy młoda Bolton nie ma przypadkiem na imię Candace? O nie… Umówiłeś się z młodą Bolton?!
– Mówiłem, że muszę się na niej zemścić.
– I co, według ciebie, znaczy słowo „zemsta”?
– Każdy ma na to inny sposób – odpowiedział wymijająco. – Będziemy teraz rozmawiać o babach? ‘Mas, jest wiele ciekawszych tematów.
Jak na przykład, czy naprawdę umiesz kontrolować tego cholernego węża. „Cholerny wąż” znajdował się na szczycie najczęściej używanych przez Baza zwrotów w ciągu ostatniego tygodnia. Riddle narzekał na Francuzów, on na węża. Wciąż obawiał się, że trafi gdzieś na korytarzu na tego cholernego węża.
– Masz coś do ukrycia? – zapytał Riddle i wziął do ręki swoją torbę, gotowy do wyjścia.
– Czy to nie oczywiste? Nie jesteś moją matką, żebym ci się zwierzał z każdej minuty mojego życia.
Była niedziela, którą miał zamiar w całości poświęcić na poszukiwania. Im szybciej znajdzie ukryty przedmiot, tym szybciej dowie się, czym on jest i dlaczego musiał zostać ukryty. Miał tylko nadzieję, że nie okaże się, że to coś w rodzaju jego księgi – pojawiło się gdzieś i nie chce stamtąd odejść.
Najpierw jednak musiał wziąć dwie rzeczy ze swojego pokoju – swoją dumę i książkę, którą jakiś czas temu wypożyczył z biblioteki. Dotyczyła niezwykle nieciekawych stworzeń magicznych i Basil zasnął w połowie czytania, a potem jeszcze musiał napisać na ich temat wypracowanie. To był okropny dzień.
I nie miał zamiaru mówić Riddle’owi o swoich prawdziwych planach.
– Idziesz na śniadanie? – zapytał znów Tom, kierując się do drzwi.
Baz schował do torby odpowiednią książkę i dołączył do Toma.
– Mam sprawę do załatwienia.
– Candace?
Przeszli przez pokój wspólny, trącając wszystkich po drodze.
– Nie, tym razem bibliotekarka. Będę ją uczył francuskiej miłości. Wszyscy wiedzą, że jesteśmy najlepszymi kochankami na całej planecie.
Riddle skrzywił się z odrazą, wyobrażając sobie tę scenę.
– Co jest z tobą nie tak?
– Osobiście uważam, że jestem całkowicie normalny. To inni są zdeformowani psychicznie.
Rozdzielili się w połowie drogi. Riddle udał się do Wielkiej Sali na śniadanie, które rozpocznie się dopiero za piętnaście minut, a Basil do biblioteki. Teraz wiedział, że to właśnie tam musi szukać.
Zresztą, biblioteka tak czy inaczej byłaby jego pierwszym wyborem. Gdzie znajdzie odpowiedzi, jak nie w miejscu, gdzie są setki, a może nawet tysiące książek. On tylko musiał dotrzeć do tych, których nikt od lat nie ruszał.
Musiał odnaleźć zaginiony dział, ukryty gdzieś w bibliotece. Z tą myślą szedł przed siebie, wyobrażając sobie, jakie perełki tam znajdzie. Cały dział z książkami, których nikt nie widział na oczy od setek lat. Nieodkryta wiedza będzie należała do niego. Tylko do niego.
Był już prawie na miejscu, kiedy usłyszał za sobą syczenie węża.


Jak pewnie widzicie, blog przeszedł mały remont i szczerze mówiąc, jestem z siebie dumna. Jak na razie, mój najlepszy projekt. Przy okazji, zrobiłam również nagłówki z yousaną, evilde, evakiem i cheggsym z Kingsmana – ulubione szipy ://
Miałam trzy wersje zakończenia tego rozdziału, ale ta wydawała się najodpowiedniejsza.