środa, 3 maja 2017

Lodowy Pałac

Zamrożeni byli nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale także duchy. Irytek zawisł w powietrzu z typowym dla siebie głupawym uśmiechem. Miał zamiar przestraszyć grupę Gryfonów, co zostało mu uniemożliwione przez zaklęcie Basila.
Cała sala wyglądała jak lodowy pałac pełen rzeźb z idealnie dopracowanymi detalami. Każdy, nawet najmniejszy, mebel pokrył się warstwą szronu, a temperatura opadła o kilkanaście stopni.
Dostał gęsiej skórki, przyglądając się temu, co zrobił. Chętnie rozbiłby kilka z rzeźb, pozbył się tych, którzy nie byli w tej szkole, a także na całym świecie, ważni. Znacznie ułatwiłoby to mu życie, ale kto wtedy zabawiałby go na przerwach?
Pomimo wielkiej pokusy zniszczenia, doszedł do wniosku, że należy wszystko naprawić, uratować sytuację. Tego roku przybył do Hogwartu w konkretnym celu, a większość uczniów i nauczycieli będąc zamrożonymi, utrudniłyby mu nieco długo rozpracowywany plan.
Wiedział, że w Hogwarcie zostało coś ukryte, coś zakazanego w czarodziejskim świecie. Brakowało mu informacji na temat, czym był ów przedmiot, o ile był to przedmiot, oraz gdzie się znajdował.
Dyrektor i któryś z duchów posiadali jakieś wiadomości na temat przedmiotu, czego dowiedział się przypadkowo pod koniec czwartej klasy, podsłuchując ich rozmowy w środku nocy, kiedy wracał z małego spotkania towarzyskiego.
Miał zamiar go odnaleźć i, czymkolwiek by on nie był, wykorzystać do swoich celów, nawet jeśli okaże się być czymś całkowicie bezużytecznym.
Aby zdobyć to, czego poszukiwał, musiał najpierw odmrozić dyrektora i resztę, a później jakimś dyskretnym sposobem wyciągnąć z nich informacje. Zamrożeni w niczym mu nie pomogą.
Powoli wstał z miejsca, ostrożnie unikając dotykania zamrożonych osób. Ostatnim, czego w tej chwili chciał, było złapanie lodowej zarazy, jak to się wcześniej zdarzyło Avery’emu.
Jego kroki niosły się głuchym echem po całym pomieszczeniu, gdy zbliżał się do drzwi, na szczęście niedotkniętych mrozem. Wyglądały tak samo jak wtedy, gdy rzucił zaklęcie. Jak każdego dnia jego pobytu w szkole.  
Otworzył je szeroko, po czym wystawił głowę na zewnątrz, by sprawdzić czy reszta Hogwartu również została zamrożona, czy tylko Wielka Sala. Liczył na to pierwsze.
Już miał się cofać, przekonany, że wszystko jest w porządku na zewnątrz, gdy dostrzegł w oddali kawałek czarnej szaty wystającej zza rogu. W ogóle się nie poruszała, nawet o jeden milimetr, przez co prawie jej nie zauważył.
Ktoś stał za rogiem i albo był bardzo dobry w nieruszaniu się, albo jego również dosięgnęło zaklęcie.
– Och, merde – mruknął do siebie, zbliżając się do końca korytarza.
Hogwart nigdy wcześniej nie był tak cichy jak tego poranka. Wszystkie, nawet najcichsze dźwięki się wyciszyły. Jedynymi hałasami były kroki i oddech Basila, który z każdą chwilą robił się coraz szybszy.
Wiedział, że to nie czas na panikę. Miał zbyt wiele do zrobienia w jak najkrótszym czasie, żeby pozwolić sobie na panikowanie.
Rzadko zdarzało mu się panikować, ale zlodowacenie całego Hogwartu nie należało do jego codziennej rutyny.
Wziął głęboki oddech, zanim spojrzał na osobę stojącą za rogiem.
Od razu go poznał.
– Dlaczego ciągle kręcisz się za rogami? – zapytał Basil, kręcąc głową. Zadał to pytanie, chociaż wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi od chłopaka, który zamarł z uśmiechem na ustach, idąc na śniadanie. – Lucian, ty kretynie.
Nawet jego niechlujnie założona szata się nie poruszyła, a włosy, uniesione w powietrze przez lekki podmuch, nie opadły mu na twarz, tylko zatrzymały się w powietrzu.
Cały Hogwart zamarł.
Sięgnął po różdżkę i przywołał zaklęciem pióro oraz kałamarz, które leżały schowane w jego torbie.
Nie musiał długo czekać. Zaledwie po kilku sekundach przyleciały do niego oba przedmioty. Zygzakiem, ale przyleciały.
Nadal najprostsze Accio sprawiało mu problemy, gdy Ardento i Deglacio wychodziły za każdym razem. I wychodziły tylko jemu, jakby były stworzone właśnie dla niego i on był jedyną osobą zdolną do korzystania z nich. Jednak do potwierdzenia tej teorii, musiałby przekonać kogoś więcej niż tylko Riddle’a do próby rzucenia któregoś z nich.
Zanurzył pióro w kałamarzu. Dutką namoczoną atramentem, z drwiącym uśmieszkiem, dorysował Lucianowi wąsy, brodę i napisał mu na czole słowo „kretyn”. Wolałby napisać to po francusku, ale to od razu naprowadziłoby Luciana na to, kto jest sprawcą. Oczywiście, mógłby się wyprzeć i powiedzieć, że nie może być jedyną osobą w szkole, znającą francuski, lecz z jego reputacją niewielu by mu uwierzyło.
Włożył przedmioty do kieszeni szaty, jednocześnie z dumą podziwiając swoje dzieło. Musiał sam sobie przyznać, że całkiem ładnie mu to wyszło. Lucian wyglądał lepiej niż wcześniej. Mugolskie pomysły na psoty czasem się przydawały, lecz nieczęsto.
 Coś w głębi duszy, cichy głosik, podpowiadał mu, żeby rzucił Ardento, by pozbyć się swojego problemu. Wcześniej zaklęcie podziałało na Averym, ale czy da radę odmrozić całą szkołę, nie wywołując przy tym żadnych szkód? Nie miał pewności, co do powodzenia, ale coś zrobić musiał.
Mógł najpierw rozejrzeć się po szkole, pomyszkować w nadziei, że natknie się na ukryty przedmiot, ale nie wiedział nawet, czego szuka, więc nawet gdyby to znalazł, istniała szansa, że nie zwróciłby na to uwagi i zwyczajnie ominął. Potrzebował informacji.
Odsunął się o kilka kroków od blondyna w celu uniknięcia zderzenia, gdy ten się rozmrozi i pójdzie dalej, nie spodziewając się ujrzeć na swojej drodze Basila.
Zacisnął dłoń na różdżce i, nie celując w nic konkretnego, wypowiedział zaklęcie.
Ardento!
Bacznie obserwował Luciana, czekając na działanie, które nastąpiło z kilkuminutowym opóźnieniem. Gdy podziałało, ślady działania Deglacio zniknęły w ciągu pięciu sekund. Lód się roztopił i wyparował, nie zostawiając po sobie żadnego widocznego śladu.
Szron, wcześniej pokrywający ściany i okna, zniknął w mgnieniu oka. Basil nawet nie zauważył, kiedy to się stało.
Wszystko wracało do normy.
Lucian zamrugał i poruszył nogami. Wznowił chód, spiesząc się na śniadanie.
Tym razem zręcznie ominął Basila, jakby spodziewając się, że na kogoś wpadnie, skręcając za róg.
– Koleś, co ci się stało? – odezwał się do niego Basil. Wskazał dłonią na twarz Puchona, ledwo powstrzymując cisnący mu się na usta uśmiech.  – Wyglądasz świetnie.
– Dzięki… Chyba? – odpowiedział Lucian, zmieszany. Spoglądał podejrzliwie na Basila, oczekując jakiegoś złośliwego komentarza, a gdy go nie uzyskał, poszedł dalej, już więcej się za siebie nie oglądając.
Powoli, z rękami schowanymi w kieszeniach, szedł kilka kroków za Lucianem. Wielka Sala znów tętniła życiem, nikt zdawał się nie zauważyć, że na chwilę wszystko zostało zamrożone.
Wrócił na swoje miejsce obok Toma. Riddle podniósł głowę na niego i lekko ją przekrzywił, mrużąc przy tym oczy.
– Dopiero co tu siedziałeś, jakim cudem znalazłeś się za drzwiami?
– Przecież ci mówiłem, że wychodzę – odpowiedział nonszalancko. – Już zapomniałeś? Słabo z tobą, ‘Mas.
– Nie, niemożliwe. Rozmawiałem z tobą, na chwilę się obejrzałem, a gdy znowu spojrzałem, ciebie już nie było. Teleportowałeś się? Nie, nie mogłeś się teleportować, pewnie nawet nie potrafisz… – Zmarszczył brwi, próbując wymyślić sposób, w jaki Basil zdołał zniknąć niezauważony. – Zaklęcie lub eliksir niewidzialności?
Basil pokręcił głową.
– Nie teraz – odparł. – Spójrz na Luciana, to moja robota. Czyż nie wygląda pięknie? – Zaśmiał się, szukając wzrokiem Puchona przy stoliku Hufflepuffu. Siedział tam, wśród reszty ze swojego domu.
Domyślał się, że nikt mu jeszcze nie powiedział o tym, co miał na twarzy. Puchoni niby byli takimi lojalnymi, dobrymi przyjaciółmi, a razem z uczniami z innych domów podśmiewali się z Luciana.
– Czy twoja książka nadal leży w sali od run? – zapytał Basila siedzący obok Lestrange. – Nauczyciele coś wspominali, że jeden z uczniów ją zostawił i że nie wolno jej ruszać. Co z nią zrobiłeś?
– Wszyscy chcą poznać moje sekrety – mruknął Baz, krzywiąc się. Nie ufał Lestrange’owi na tyle, żeby dzielić się z nim informacjami na temat zaklęcia. – Dalibyście mi spokój, ja tu tylko próbuję się uczyć. Ciągle tylko „Jak ty to zrobiłeś?” czy „Co z tym zrobiłeś?” Gdybyście przykładali tyle uwagi do nauki, co ja, to już dawno byście o wszystkim wiedzieli. A tymczasem… Mężczyzna musi mieć jakieś sekrety, by uczynić swoje życie ciekawszym dla innych. Zapamiętajcie to.
Siedzące obok niego osoby wydawały nie do końca rozumieć to, co powiedział. Zignorował to, wracając do konsumowania śniadania. Tym razem wybrał ze stołu coś, co przypominało mu o domu, croissanta z dżemem.
– Oullette! – krzyknął rozzłoszczony Lucian, na co Francuz tylko się uśmiechnął. Wreszcie ktoś mu powiedział albo sam zauważył.
Puchon nie miał żadnych dowodów na to, że sprawcą jest Basil. Jak zdążył wcześniej zauważyć Baz, nikt nie pamiętał nic z chwili, kiedy byli zamrożeni, więc nie mógł wiedzieć, że to on ozdobił mu twarz.
Podejrzenia powinny spaść na Puchonów, nie na niego.
Blondyn zbliżył się do stolika Ślizgonów, do miejsca, gdzie zasiadywał Basil.
– Moi? Non, non, non. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Ty… Baltringue. To oczywiste, że nie mogłem tego zrobić, bo przecież kiedy? Tylko minąłem cię na korytarzu, nie miałem nawet wyciągniętej różdżki. Na twoim miejscu podejrzewałbym kolegów z dormitorium. Pewnie dorwali cię, gdy spałeś, a teraz obwiniasz niewinnego.
– Coś knujesz – rzucił ozięble Lucian. – Dowiem się co.
– Życzę powodzenia! – Pomachał mu na pożegnanie i od razu obrócił się do Toma. – Albo mi się wydaje, albo Puchoni mnie nie lubią. Najpierw ta mała kretynka, a teraz ten blond imbecyl. Kto będzie następny?
Riddle prychnął.
– Może gdybyś ich tak nie obrażał, nikt nie miałby do ciebie problemów?
Basil spojrzał na niego, jakby powiedział coś całkowicie niedorzecznego.
– Nie obrażać? Puchonów? Nie jestem pewien czy tak potrafię. Wątpię. Odebrałoby mi to całą radość z przebywania w tej szkole.
Po zakończonym śniadaniu, postanowił wybrać się do sali od run. Lestrange przypomniał mu o książce, którą tam zostawił. Był ciekaw, czy zaklęcie wciąż działa, po prawie tygodniu. Teraz wiedział, co zrobić, jakby znów zaczęło go palić. Wystarczyło Deglacio.
Jego zaklęcie przeciwdziałało drugiemu. Mogło mu się to przydać w przyszłości.
Stojąc przed otwartymi drzwiami sali, ostatni raz obejrzał się za siebie, sprawdzając czy nie jest śledzony. Nie było nikogo w zasięgu wzroku.
Wśliznął się do środka, od razu zamykając za sobą drzwi.
Książka leżała tam, gdzie ją zostawił, na jednej z przednich ławek. Był ciekaw, czy któryś z uczniów próbował jej dotknąć, pomimo ostrzeżeń nauczycieli. On pewnie by tak zrobił, gdyby nie znał skutków takiego działania. Nastolatków ciągnie do tego, czego im zabraniają. Nawet, jeśli chodzi o książki.
Wyciągnął rękę w kierunku podręcznika i dotknął okładki opuszkami palców. Niczego nie poczuł, ale działanie mogło pojawić się dopiero po jakimś czasie.
Kiedy po dłuższym czasie nie poczuł żadnego bólu czy gorąca, chwycił ją całą ręką.
– Zniknęło?
Jeszcze nie znał wszystkich właściwości swoich zaklęć. Dotychczas zdążył dowiedzieć się jedynie tego, że Ardento podgrzewa przedmioty, a ciepło z nich znika po jakimś czasie; że rzucone na człowieka, spala go na popiół, co znacznie ułatwia uśmiercanie osób, nie zostawiając po tym żadnych śladów. Natomiast Deglacio pozwala na zamrożenie obiektów czy osób, a nawet całej szkoły. Nie oddziałuje na osobę, która rzuciła zaklęcie. Zaklęcia przeciwdziałały na siebie i miały wspólną cechę – kiedy ktoś dotknął przedmiotu, na który zostało ono rzucone, zaczynał powoli się spalać lub zamrażać.
Musiał się jeszcze wiele nauczyć, a eksperymentowanie w Hogwarcie było zbyt niebezpieczne. Gdyby zrobił jeden fałszywy krok, był zbyt nieuważny, ktoś odkryłby jego sekret. Do tego dopuścić nie mógł, tym bardziej, że jeden Puchon zaczął się interesować jego poczynaniami.
Nie mógł nikomu ufać.
W drodze do pokoju wspólnego złapał go Riddle. Stał, oparty o ścianę, na korytarzu, przez który Basil musiał przejść, żeby dostać się do dormitorium. Nie było innej drogi, a znał prawie wszystkie korytarze i tajemne przejścia.
– Jak? – zapytał, zatrzymując Basila. Był zdeterminowany, by wyciągnąć informacje z Baza. – Nie puszczę cię dalej, dopóki mi nie powiesz.
– A ty znowu to samo. Przecież wczoraj już to przerabialiśmy. Nie uda ci się zrobić tego, co ja zrobiłem. Jestem wyjątkowy i wybitnie uzdolniony, a tobie brakuje umiejętności – powiedział beznamiętnie i wzruszył ramionami. – Próbowałeś, nie wyszło. Daj sobie spokój.
– Masz o sobie wysokie mniemanie, biorąc pod uwagę fakt, że nie wychodzą ci najprostsze zaklęcia – zadrwił Riddle. Twarz Basila nawet nie drgnęła, czekał na ciąg dalszy złości Toma. – Daj spokój, Accio? Depulso? To podstawy. Wychodzą nawet najbardziej nierozgarniętym osobom. Taki wybitny i wyjątkowy uczeń jak ty powinien bez problemu je wykonywać, a tu co?
Miał ochotę rzucić na Riddle’a Ardento, ale nie mógł tego zrobić. Wywołałoby to zbyt wielkie poruszenie. Wszyscy wiedzieli, że gdyby mógł, Riddle nigdy nie opuszczałby Hogwartu. Poza tym, potrzebował go. Tom czasem bywał przydatny.
– Naprawdę nie potrafisz się pogodzić z tym, że potrafię coś, czego ty nie. Proszę bardzo, możesz próbować rzucić tamte zaklęcia. Nie moja wina, że u ciebie nie działają.
Tom już miał coś odpowiadać, kiedy ni stąd, ni zowąd, na korytarzu obok nich pojawił się dyrektor Dippet. Miał poważną minę. Nie spodobało się to Basilowi, na którym dyrektor skupił swoje spojrzenie. Riddle’a całkiem zignorował.
– Basilu, chciałbym, żebyś udał się wraz ze mną do mojego gabinetu.
– O co chodzi, dyrektorze? – zapytał Basil niewinnie.
W jego głowie układały się różne scenariusze, a razem z nimi sposoby, jak wybrnąć z każdego z problemów. Zaklęcia, Marion czy Lucian?, pytał sam siebie. O zaklęciach wiedział tylko Tom, a on wydałby to tylko, gdyby miał z tego jakiś zysk. Pielęgniarka mogła coś podejrzewać przez jego ostatni trudny do wyleczenia uraz. Lucianowi nie zrobił tak właściwie nic złego, tylko się z nim pobawił. Nie wylądowałby za to u dyrektora, ale jeśli chodzi o Marion… Mógł mieć problem.
Gdy dotarli do posągu gargulca, strzegącego wejścia do gabinetu, Basil mocno wytężył słuch. Gdyby udało mu się dosłyszeć hasło, miałby szansę później tu samemu wrócić, jeśli nie zostanie wydalony ze szkoły.
– Szczęśliwy los – szepnął Dippet, co ledwo udało się Basilowi usłyszeć, ale się udało i to było najważniejsze.
Jeśli Dippet rzeczywiście był tak naiwny, za jakiego miał go Basil, nie zmieniłby hasła, przekonany, że chłopak na pewno go nie usłyszał.
Basil zajął jedno z wolnych krzeseł, a Dippet usiadł naprzeciwko niego w swoim wygodnym fotelu. Oparł głowę na złączonych dłoniach, przypatrując się Basilowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Chłopak skrzyżował ramiona na piersi, czekając na wyjaśnienia, dlaczego został zaproszony do gabinetu dyrektora.
Za dyrektorem stał regał, na którym spoczywała Tiara Przydziału. Patrząc na nią, Basil przypomniał sobie swój pierwszy dzień w Hogwarcie, że rozważała umieszczenie go w Ravenclawie. Pewnie gdyby tak się stało, ze względu na odmienne towarzystwo, stałby się inną osobą, nie popełniłby zbrodni, koniecznych do osiągnięcia celów. Odsunął od siebie tą myśl.
– Przyszedł do mnie list od twoich rodziców – zaczął dyrektor, ostrożnie dobierając słowa. – Mają pewną prośbę… Nie, prośba to złe słowo. Mają żądanie.
– Jakie? I dlaczego nie wysłali go do mnie, tylko do pana?
Rzadko kiedy rodzice wysyłali do niego listy, a jeszcze nigdy do Dippeta. Musiało to być coś naprawdę poważnego.
Starał się być na bieżąco z wydarzeniami rozgrywającymi się w okolicy Prowansji, na wszelki wypadek, jednak nic nie wskazywało na to, że dzieje się tam aktualnie coś złego. Wiedział, że wojna zdążyła dosięgnąć Francji, ale ich rodzinny dwór ogarnięty był zaklęciem kamuflującym. Żaden mugol nie był w stanie go zobaczyć, nawet gdyby stanął tuż przed drzwiami. Nawet czarodzieje, oprócz tych spokrewnionych z Oullettami, nie mieli wstępu na teren rezydencji.
Musiało chodzić o coś innego.
– Twoi rodzice… Chcą, żebyś natychmiast wrócił do domu. 


Wyszło dużo krócej niż zwykle. Sorry not sorry.
Zaniedbałam Baza. Właściwie to wszystko zaniedbałam. To wszystko wina ziemniakowego crossovera (1,2,3,4). Chciałam nazwać rozdział Lucian, ale chyba już i tak trochę go za dużo w tym rozdziale (a miało go nie być wcale). 

wtorek, 28 marca 2017

Deglacio

Litery zbielały, kryjąc się między ciemnymi włoskami na jego bladej nodze. Im bardziej słowo wtapiało się w jego ciało, tym ból był mniejszy. Z jakimkolwiek ruchem zaczekał, aż litery całkiem wyblakną i wsiąkną w jego skórę.
Chwycił jeden z walających się po jego stronie pokoju pergaminów i zapisał na nim nowe – miał nadzieję – zaklęcie. Zakreślił wokół niego kółko, a następnie zwinął pergamin i włożył sobie pod poduszkę, nie chcąc, żeby wpadł w niepowołane ręce.
Wrócił do łóżka, odkładając przetestowanie zaklęcia na następny dzień.
– Deglacio – wymamrotał do poduszki, zanim zapadł w sen.
Śniło mu się, że stał na szczycie góry Pico de Aneto we Francji, o krok od przepaści. Nieopodal tej góry ukryta była Akademia Magii Beauxbatons. Wokół niego walało się pełno śniegu, białe płatki opadały mu na nagie ciało, ale on zdawał się nie czuć chłodu. Lód i drobinki śniegu zaczynały pokrywać jego ciało, tworząc niezwykłe wzory. Z każdą sekundą do jego skóry przylegało coraz więcej mroźnych płatków, zdawał się przyciągać je do siebie niczym magnes. Jedynym miejscem, do którego leciały, było to, w którym stał.
Nie mógł się ruszyć, wykonać najmniejszego ruchu, żeby chociażby strząsnąć z siebie biały puch. Czuł się, jakby jego stopy przymarzły do gruntu, a ręce zostały obwiązane grubym sznurem, uniemożliwiającym jakiekolwiek ruchy.
Usłyszał za sobą złowrogi śmiech, który rozszedł się echem po okolicy. Basil chciał obrócić głowę, aby sprawdzić, do kogo należy tenże śmiech, lecz tego również zrobić nie potrafił.  Jego głowa i oczy skierowane były w jedno miejsce – ku zboczu rozpościerającemu się przed nim, które gwałtownie opadało w dół.
Szanse na przeżycie takiego upadku były niewielkie, niemalże zerowe. Gdyby miał przy sobie różdżkę, mógłby rzucić jakieś zaklęcie, które by go uratowało. Niestety jej nie miał. 
Głos ugrzązł mu w gardle. Chciał krzyczeć, kazać się uwolnić, przekląć osobę, która postawiła go w tej pozycji. Przekląć swój własny umysł, za to, czego każe mu doświadczać. Jego wargi przymarzły do siebie, sklejone przez mróz.
Zupełnie, jakby ktoś chciał go powstrzymać przed wypowiedzeniem czegoś.
 Jedynym, co udało mu się poczuć był lodowaty dotyk dłoni na swoich plecach. W miejscu, którego dotykały ręce napastnika, pojawiły się pęcherze, a wcześniej porywający je śnieg całkowicie stopniał.
Ciepło, wydzielanie przez zimne dłonie, zdawało się palić jego ciało, zostawiając po sobie sczerniałą skórę zapełnioną bąblami. Niemal natychmiast rozległ się wokół niego wstrętny zapach stęchlizny.
Ręce pchnęły go do przodu. Osoba nie zrobiła tego mocno, lekkie popchnięcie wystarczyło, żeby spadł.
Potem była już tylko ciemność i ten przeszywający do samych kości śmiech.
– Je suis vivant! – krzyknął, omal nie spadając przy tym z łóżka.
– Kiedy w końcu nauczysz się korzystać tylko z jednego języka? – zapytał Tom zimnym tonem, rzucając Basilowi wyzywające spojrzenie z drugiego końca pokoju. – To Anglia, Baz, francuski jest tutaj niepotrzebny.
Przeciągnął się, nadal leżąc na łóżku, po czym spojrzał na Toma i zaspanym głosem powiedział:
– Wiesz, co jeszcze jest niepotrzebne? – Zrobił kilkusekundową pauzę, po czym kontynuował, wskazując palcem na przedmiot leżący obok łóżka Riddle’a. – Miotły. Nawet nie jesteś w drużynie, po co ci miotła? Jest tyle lepszych środków transportu, na przykład latające samochody czy dywany…
– Posiadanie latającego dywanu jest zakazane, powinieneś o tym wiedzieć.
– Informacje zawierające słowo ‘zakazane’ nie należą do moich zainteresowań. Dla mnie nic nie jest zakazane, jeśli już, to jest do tego utrudniony dostęp.
– Skoro już jesteśmy na temacie utrudnionego dostępu – zaczął Riddle, wyciągając przy tym swój dziennik spod poduszki. – Lord Voldemort? Przyznam, nazywanie się lordem jest niezwykle kuszące, jednak nie jestem do końca przekonany.
Basil poczuł się lekko urażony. Jego ułożenie słów było znacznie lepsze od któregokolwiek z pomysłów Toma. I domyślał się, że nikt inny nie zrobiłby tego lepiej, gdyby go poproszono.
Musiał uświadomić Riddle’a, co straci, jeśli to odrzuci.
– Och, ‘Mas… Wyobraź to sobie. – Westchnął, teatralne, wpółleżąc. Spojrzał Tomowi w oczy, jakby w przekonaniu, że dzięki temu dostanie piętnaście punktów do przekonywania. –  Za kilka lat ludzie zapomną o Tomie Riddle’u. To pospolite imię padnie w niepamięć, zastąpione przez Lorda Voldemorta. Voldemorta, pogromcę brudnej krwi. – Z każdym jego słowem rosło zainteresowanie widoczne na twarzy Riddle’a, a na jego usta wstąpił rozmarzony uśmieszek. Nieczęsty widok. – Tego, który wybawił czarodziejski świat od szlam. Tego, który podporządkował sobie mugoli, tworząc najpotężniejszą, nie do pokonania, międzyrasową armię… A swojego pamiętnika nie ukryłeś zbyt dobrze, każdy mógłby go zobaczyć i co wtedy? Odkryliby twoje mroczne plany. Musiałbyś ich zabić albo zacząć od nowa.
– To nie pamiętnik, tylko dziennik – poprawił go Tom, starając się ukryć w swoim głosie nutę zirytowania.
– Pamiętnik, dziennik, bez różnicy.
Zegar wskazywał dopiero ósmą. Mieli jeszcze trochę czasu, żeby się naszykować i wyjść na śniadanie. A raczej Basil miał czas, żeby się naszykować, Tom już dawno wszystko zrobił. Siedział jedynie na swoim łóżku, z nogą założoną na nogę, niecierpliwie uderzając palcami jednej ręki w kolano w oczekiwaniu na to, żeby jego współlokator się ruszył.
Mieszkali razem już pięć lat, a każdy ich poranek wyglądał niemal identycznie: Tom wstawał wcześniej, szykował się, budził Basila albo czekał, aby sam się obudził, następnie znów musiał czekać, żeby ten się ubrał, uczesał i zrobił wszystko, co musiał, żeby doprowadzić się do porządku. Kiedy już wszystkie poprzednie punkty zostają spełnione, idą na śniadanie, obrażając przy tym mijanych Ślizgonów.
W połowie zapinania koszuli, przypomniał sobie o leżącym pod jego łóżku pergaminie. Rozejrzał się po pokoju, jakby chcąc się upewnić, że nie ma tam nikogo, kto mógłby poznać jego sekret.
Tom już wiedział o tym, że udało mu się stworzyć zaklęcie, równie dobrze mógłby pochwalić się kolejnym. Nie miał czego przed nim ukrywać. Poza swoimi problemami z nieposłuszną magią, o tym nikt nie mógł się dowiedzieć.
Jak tylko skończył się ubierać, wyciągnął pergamin spod poduszki i wyszeptał zapisane na nim słowo, zastanawiając się w międzyczasie, na czym powinien je przetestować.
– Idziesz? – zapytał Riddle, zbliżając się do drzwi.
– Muszę najpierw coś sprawdzić.
Wyjął różdżkę z kieszeni, skierował ją na najbliższy przedmiot, i robiąc nią mały piruet w powietrzu, powiedział głośno i wyraźnie:
Deglacio.
Różdżka celowała w poduszkę. Ostatnim razem, kiedy testował Ardento, nie widać było żadnych oznak wskazujących na to, że podziałało. Dowiedział się, że tak, dopiero, gdy sam dotknął książki i częściowo spalił sobie przy tym rękę.
Teraz wyraźnie widoczne było, że zaklęcie się powiodło. Na poduszce pojawiła się cienka warstwa szronu, tworząc na jej powierzchni gwieździste wzorki. Oboje mogli poczuć wydzielane przez nią zimno. Temperatura w całym pokoju momentalnie spadła o kilka stopni.
Nie wiedział, czy poduszka została tylko zamrożona, czy stało się z nią coś jeszcze innego. Może tak samo jak Ardento, zaklęcie miało skutki uboczne po dotknięciu zaczarowanego przedmiotu.
Nie miał najmniejszego zamiaru kolejny raz odwiedzać skrzydła szpitalnego z powodu spalonej ręki czy czegokolwiek, co mogłoby mu się tym razem przytrafić.
– Riddle, podnieś to – rozkazał Basil, wskazując otwartą dłonią na poduszkę.
– Nie.
Przewrócił oczami. Było za wcześnie na rozpoczynanie kłótni.
– To zawołaj mi tu Avery’ego albo kogokolwiek.
Zanim wyszedł na poszukiwania Ślizgona, rzucił Basilowi podejrzliwe spojrzenie, starając się go rozgryźć.
Do czasu powrotu Riddle’a z Averym, Francuz trzymał się z daleka od zaczarowanej poduszki, nie chcąc jej przypadkiem dotknąć, nawet najmniejszym palcem u stopy.
Siedział na skraju łóżka Toma, kiedy jego właściciel wraz z bladym czarnowłosym chłopakiem weszli do środka. Avery miał na sobie pogniecione szkolne szaty, chociaż nie było żadnego powodu do noszenia ich podczas weekendu. Nie mieli lekcji ani uroczystości, ot, zwyczajny weekend, gdy mogli nosić swoje normalne ubrania, a nie te, których wymagał od nich Hogwart.
– O co chodzi? – Spojrzał pytająco na Basila, który właśnie podnosił się z siedzenia.
– Podaj mi tamtą poduszkę – powiedział do Avery’ego, pokazując palcem swoje łóżko. Avery stał bliżej niego niż on.
– Ciężko ci podejść i samemu sobie wziąć? Sprowadziliście mnie tutaj, żebym podał ci poduszkę? Chyba sobie żartujesz.
Riddle pokręcił głową.
– Po prostu to zrób – burknął Tom, chcąc mieć już to z głowy.
Avery, ze zmarszczonymi brwiami, niepewnie podszedł do łóżka Basila. Przez krótką chwilę się wahał, ale chwycił poduszkę obiema rękami.
Tom i Basil uważnie go obserwowali, czekając na jakąkolwiek oznakę, że coś jest nie tak. On jednak zwyczajnie trzymał poduszkę w rękach, jakby zaklęcie przestało działać lub działało tylko na wygląd, nie oddając chłodu przy dotyku.
Lecz temperatura w pokoju zdawała się wciąż opadać.
– I o co ten cały hałas? – mruknął Avery, trzymając poduszkę już tylko jedną ręką. – Zwyczajna poduszka, czemu sam tego… – przerwał, a jego spojrzenie powędrowało do dłoni obejmującej przedmiot należący do Francuza. Jego palce zaczęły pokrywać się lodem, który z każdą sekundą pochłaniał coraz więcej jego skóry. – Co się…?!
– Baz?! – zapytał Tom, jednak brzmiało to bardziej jak warknięcie. – Odkręć to.
Basil skrzywił się, przeżywając wewnątrz życiowy dylemat. Mógł w prosty sposób pozbyć się szkolnego rywala, powiedzieć później nauczycielom, że nie ma pojęcia, jak to się stało, i z jakiego powodu jego poduszka została bronią mrożącą. Mógł też coś wypróbować, co albo uratuje Avery’ego przed całkowitym zamrożeniem, albo zrobi z nim to samo, co z Marion.
Jego serce wolało wybór pierwszej opcji, lecz mózg się z tym nie zgadzał, obawiając się, że mogłoby się to obrócić na jego niekorzyść.
Ardento – szepnął machając przy tym delikatnie różdżką, nie chcąc, aby Avery usłyszał nazwę zaklęcia.
Nie miał stuprocentowej pewności, że zaklęcie podziała tak, jak oczekiwał, że roztopi lód, ale nie wpłynie na organizm. Że będzie działało jako przeciwzaklęcie.
Jak przy poprzednich użyciach, z jego różdżki nie wyleciało żadne światło, zwykle obecne przy zaklęciach. Ale nawet bez światła widział, że zaklęcie podziałało. Lód przestał się rozprzestrzeniać po ciele Avery’ego, zaczął topnieć. Woda zmieniała się w parę. Znikały wszystkie dowody na to, że Avery’emu wcześniej się coś stało.
Na szczęście ogień Ardento się nie rozprzestrzenił, nie powodując kolejnych kłopotów. Zniknięcie Avery’ego wywołałoby większe zamieszanie niż jakiejkolwiek szlamy, tym bardziej z Hufflepuffu. Nikt nie uwierzyłby w historyjkę, że uciekł. Czystokrwiści Ślizgoni nie uciekali, oni edukowali się, żeby być w przyszłości ważnymi osobistościami. Innej opcji nie było. Porzucenie szkoły równało się z wydziedziczeniem i wieczną hańbą w rodzinnych kręgach. 
Riddle i Avery wyglądali na lekko zszokowanych, kiedy wszystko się skończyło. Basil schował różdżkę w kieszeni spodni, po czym je otrzepał z nieistniejącego kurzu.
– Idziemy na śniadanie? – zapytał Basil, spoglądając na swoich towarzyszy z lekkim uśmiechem. – To był bardzo emocjonujący poranek, zrobiłem się głodny.
Zrobił dwa kroki w stronę drzwi, lecz zatrzymał go głos Toma:
– Avery, zostaw nas na chwilę – rozkazał bezbarwnym tonem, jakby wszystkie jego emocje wyparowały wraz z lodem pokrywającym rękę Avery’ego.
Avery już otwierał usta, żeby się sprzeciwić, ale Tom tylko uniósł dłoń i wskazał nią drzwi. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Szykowała się poważna rozmowa.
Posłuchał Riddle’a i opuścił pokój, zostawiając Basila i Toma samych. Jak tylko drzwi się za nim zamknęły, Riddle rzucił Basilowi zniecierpliwione spojrzenie. Domagał się odpowiedzi.
– Mów. Wszystko. – Niemal warknął. – O co chodzi z tymi zaklęciami?
Basil jęknął przeciągle. Zaklęcia nie należały do jego ulubionych tematów, szczególnie od czasu, kiedy nie do końca mu wychodziły. Nadal nie rozumiał, dlaczego jego magia pojawia się i znika, ale zaklęcia z jego skóry zdawały się działać za każdym razem. Jak dotąd go nie zawiodły, chociaż nie użył ich jeszcze zbyt wiele razy. Może one również kiedyś się wyczerpią.
– Czy ta rozmowa nie może poczekać, aż będziemy po śniadaniu? Naprawdę jestem głodny, chętnie zjadłbym crossainta. Myślisz, że Accio podziała?
Miał cichą nadzieję, że jeśli wystarczająco się rozgada, to Riddle da mu spokój i uniknie rozmowy na temat Ardento czy też nowego Deglacio. Wszystko było lepsze od rozmowy o jego życiowych, głównie magicznych, porażkach.
– Jeśli chcesz wyjść z tego pokoju, zacznij gadać – rzucił groźnie Riddle, spoglądając na Basila spod przymrużonych powiek.
– Przecież gadam, cały czas. Nie wiem o czym mówisz. Ta rozmowa jest bezcelowa, idę zjeść. Nie zatrzymuj mnie – odpowiedział, chociaż w ogóle nie ruszył się z miejsca.
– Co zrobiłeś Avery’emu?
– Poza tym, że uratowałem mu życie? Nawet mi nie podziękował, co za niewdzięczna gnida. Wiesz co? Muszę to z nim przedyskutować. Nie pozwolę się tak znieważać… Raz na jakiś czas zrobisz coś dobrego, a nikt nie jest ci ani trochę za to wdzięczny. Gdybym wiedział, że tak będzie, nie ratowałbym go.
Chciał wyjść z pomieszczenia, lecz to Tom jako pierwszy dotarł do drzwi i oparł się o nie plecami, uniemożliwiając mu wyjście.
– Zaklęcia, Baz. Jak ty je…? – Nie wypowiedział słowa „wymyślasz”, ale niepokojący błysk w jego oku mówił sam za siebie.
Miał wielką ochotę zachować się jak zdenerwowana pięciolatka i tupnąć ze złością w podłogę, a następnie odejść ze skrzyżowanymi ramionami i nadętą miną. Jakoś udało mu się powstrzymać tę pokusę przed spełnieniem się, choć nie było to łatwe.
Powinien zachować się adekwatnie do swojego wieku, a nawet doroślej. Powinien przeprowadzić z Tomem poważną rozmowę, wytłumaczyć mu wszystko, krok po kroku, żeby w końcu miał święty spokój. Niespecjalnie odpowiadało mu zachowywanie się jak wypadało.
Kusiło go, żeby rzucić jakąś klątwę na Riddle’a, jednak z doświadczenia wiedział, że zadzieranie z współlokatorem zawsze się źle kończy, najczęściej trafieniem jednego do skrzydła szpitalnego, którego oboje unikali jak ognia.  
Jeśli nie powie Tomowi prawdy, nie wyjdzie szybko z pokoju. Gdyby czarnowłosy się uparł, trzymałby go tam przez cały weekend, nie pozwalając nawet wyjść po jedzenie, chcąc dostać swoje odpowiedzi. 
– Mówiłem ci już, stworzyłem zaklęcie – burknął z irytacją w głosie Basil. – Wypróbowałem na książce, spaliło mi częściowo rękę. Potem spróbowałem na Eaton, ją też spaliło. Wczoraj pojawiło się kolejne, które testowałem na poduszce. Sam widziałeś, jak się to wszystko skończyło. Mogę już iść jeść? – zapytał, sięgając do klamki.
Tom nie ruszył się z miejsca ani na krok.
– Pojawiło się? – ciągnął, coraz bardziej zainteresowany.
Basil się skrzywił.
– Pojawiło, zniknęło. Chciałbym, żeby tak samo było z moim głodem, ale żeby zniknął, potrzebowałbym przynajmniej kanapki. Wypuść mnie, peigne-cul!
– Oczywiście, wypuszczę cię… Jak tylko powiesz mi, o co chodzi.
– Dwa zaklęcia pojawiły się na moim ciele, oba fatalne w skutkach, chociaż dość zabawne. Coś jeszcze?
– Podaj mi je – zażądał Tom, nie spuszczając wzroku z Basila, niczym kobra, obserwująca swoją przyszłą ofiarę.
Wiedział, że jeśli wspomni o zaklęciach, Tom będzie chciał je poznać. O Ardento mówił mu już wcześniej, nie był nim jednak wtedy zainteresowany. Działanie Deglacio widział na własne oczy zaledwie kilka minut wcześniej.
Podał mu nazwy obu zaklęć. Od razu je wypróbował na leżących obok obiektach, lecz żadne z nich nie podziałało. Im więcej razy próbował, tym bardziej się denerwował. Za każdym razem zaklęcia były nieudane.
– Mam jakoś specjalnie machnąć ręką? Myśleć o czymś okropnym, szczęśliwym? Co robię źle? – rozzłościł się.
Basil tylko wzruszył na to ramionami.
– Nie wiem – odpowiedział mu obojętnie. – Ja wycelowałem, powiedziałem i podziałało. Może moje zaklęcia cię nie lubią. Wiedzą, kogo unikać – dodał już ciszej, nie chcąc jeszcze bardziej zdenerwować Toma.
Spróbował jeszcze kilkanaście razy, po każdym zaklęciu rozkazując Basilowi dotknąć zaczarowanego przedmiotu, aby sprawdził, czy się udało. Jak dotąd bez skutku.
– Teraz ty spróbuj – warknął do Basila, wskazując na leżącą obok swojego łóżka miotłę.
– No dobra – Przewrócił oczami. Im szybciej to zrobi, tym szybciej będzie miał to z głowy i może wreszcie będzie mógł udać się na śniadanie. Zostało już niewiele czasu do końca śniadania. Wycelował swoją różdżką we wskazany przedmiot i powiedział: – Deglacio.
W przeciwieństwie do Toma, jego zaklęcie się powiodło. Jego zaklęcie.
Miotła, tak samo jak wcześniej poduszka, pokryła się szronem. Temperatura znów opadła o kilka stopni. W zwykle ciepłym pokoju było zimniej niż na błoniach zimą.
Ardento. – Rzucił kolejne zaklęcie, cofając nim działanie poprzedniego.
Oba zaklęcia w przypadku Basila się powiodły, co wywołało ciche prychnięcie pogardy ze strony Riddle’a.
– Bezużyteczne. Jeśli tylko tobie one wychodzą, co wniosą do czarodziejskiego świata?
– Dzięki tym zaklęciom może w nim zasłynąć pewien Francuz, który jako jedyny potrafi z nich korzystać. – Uśmiechnął się na samą myśl o świecie, w którym ludzie wielbiliby go i jednocześnie obawiali się go, wiedząc, że jeśli zrobią coś nie tak, zamrozi ich lub spali. – Czy nie jest to świetna wizja?
Tom pokręcił przecząco głową. Oczywiście, do przewidzenia było, że się z nim nie zgodzi. Sam miał wielkie plany na przejęcie władzy nad światem i przyporządkowanie sobie ludzi, żeby móc ich później wykorzystywać do brudnej roboty.
Mieli kilka wspólnych pomysłów na to, jak mogli razem ulepszyć świat, wyczyścić go z brudnej krwi i ludzi, którzy tylko w nim przeszkadzali. Były to dobre plany, lecz w każdym z nich to Riddle zostawał głównym przywódcą i twarzą czarodziejskiej armii, co nie do końca odpowiadało Basilowi. Sam również chciał zostać zauważony, a nie ukrywać się za Riddle’em.
Po kilku minutach ciszy, Riddle pozwolił mu wyjść z pokoju i oboje szybkim krokiem udali się do Wielkiej Sali, zdążając na ostatnią chwilę. Sala nadał była przepełniona uczniami, chociaż był sobotni ranek, który, gdyby nie Tom, Baz wolałby spędzić śpiąc do południa.
Podczas śniadania poczuł to samo uczucie, co piątkowego wieczoru. Jakiś wewnętrzny głosik podpowiadał mu, że powinien użyć zaklęcia.
Chociaż pewnie nie powinien tego robić, posłuchał przeczucia i wyciągnął różdżkę.
Deglacio – szepnął, nie celując różdżką w nic konkretnego.
Na początku nic się nie wydarzyło i już zaczynał obawiać się, że znów wyczerpała mu się magia i nie podziałało.
Tylko, że zaklęcie podziałało, może nawet zbyt dobrze.
Wszyscy obecni w Sali, oprócz niego, zastygli w miejscach, niezdolni do jakiegokolwiek ruchu. Basil obserwował wszystko z szeroko otwartymi oczami, nie do końca rozumiejąc, co sam zrobił. Ludzie zaczęli pokrywać się coraz to grubszą warstwą lodu, tworząc wspaniałe lodowe rzeźby.
Każdy z obecnych, nawet siedzący obok niego Riddle, został zamrożony. Basil był jedynym w całym pomieszczeniu, który nie stał się rzeźbą z lodu.
Został sam, otoczony dziesiątkami posągów. 


Ten rozdział miał skończyć się inaczej. Bardzo inaczej, ale no, nie wyszło. Może następnym razem.
Poprawiałam go, siedząc w samochodzie, więc mogłam coś pominąć. Jak na przykład sens.
To byłoby na tyle, do następnego! 

piątek, 10 marca 2017

Lord Voldemort

Niczego nie poczuł.
Kiedy ludzie opowiadali o zabijaniu innych, mówili, że czuli się po tym okropnie, że zabijanie było trudne. Że żałowali zrobienia tego. Towarzyszące temu uczucie opisywali jako okropne i nie do zniesienia, a następujące po nim poczucie winy zabijało ich od środka.
Ale… On nie poczuł niczego. Żadnego poczucia winy. Nie było mu nawet odrobinę szkoda martwej szlamy, z której została już tylko kupka prochu. Był kompletnie pozbawiony emocji. Ani jednego, najsłabszego uczucia, żadnego żalu, smutku, może troszeczkę ulgi, jako że udało mu się wypełnić polecenie.
Rzucił na podłogę zaklęcie czyszczące, które, o dziwo, podziałało. Drobinki popiołu uniosły się w powietrze, zawirowały niczym małe tornado i zniknęły. Nie pozostał po nich najmniejszy ślad.
Sprawdził godzinę. Miał za mało czasu, żeby zajrzeć do łazienki i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli chciał zdążyć na spotkanie, musiał już wychodzić.
Ostatni raz rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając jakichkolwiek śladów jego obecności w tamtym miejscu. Pozbył się ciała, a raczej samych popiołów, jakie z niego zostały.
– To nie tak, że na to nie zasłużyła – mruknął do siebie, wychodząc z sali.
Starał się zachować ostrożność, podążając ciemnym korytarzem. Mijał wiszące na ścianach oprawione obrazy z nieznanymi mu postaciami. Nigdy nie kłopotał się, żeby dowiedzieć się, czyje są. Były jedynymi świadkami jego zbrodni. Razem ze szlamą minęli kilka portretów w drodze do klasy. Jeśli nauczyciele zdecydowaliby się na przepytanie ich, dowiedzieliby się, że jej towarzyszył, a również tego, że w pewnym momencie szedł już sam, a ona zniknęła bez śladu.
Zaczął obmyślać w głowie historię, którą opowie nauczycielom o swojej przechadzce z Marion.
Dotarł na miejsce spotkania idealnie w porę. Slughorn właśnie otwierał drzwi swojego gabinetu, aby wpuścić czekających pod nimi uczniów. Na samym końcu stali Riddle, trzymający w jednej ręce paczkę karmelizowanych ananasów, z Averym i Lestrange’em, przyglądając się nadchodzącemu Basilowi, który uśmiechał się do nich z wyższością. Dołączył trójki Ślizgonów.
– W przeciwieństwie do tej dwójki – Wskazał dłonią towarzyszących Riddle’owi chłopaków – udało mi się uporać z problemem. Nie będzie więcej komplikacji.
– Właśnie do niej szliśmy, kiedy ty… – Zaczął się tłumaczyć Avery.
– Zrobiłem to za was? Tak. Bo jesteście niekompetentni? Podwójne tak. Imbéciles. Gdybym się nie pojawił, robota nie zostałaby wykonana. Nie musicie dziękować.
Nie zamierzał utrzymywać dobrych stosunków z innymi członkami swojego domu, jeśli nie byli tego warci, a ci dwaj nie byli. Lestrange patrzył na Basila wilkiem, z kolei Avery zaciskał ze złości pięści, aż jego kłykcie pobielały. Nie byli nawet warci jego uwagi.
Weszli do środka i każdy znalazł sobie miejsce. Francuz usiadł na siedzeniu po prawej stronie Riddle’a. Oczekiwał jakiejś opinii na temat wykonanego zadania. Najprostszego „Dobra robota” czy chociaż: „Zrób jeszcze to, tamto i siamto.”
– Jak to zrobiłeś? – zapytał w końcu, nie racząc Basila spojrzeniem.
Miał ochotę go zignorować i nic nie mówić, żeby zaczął się zastanawiać, co mógł uczynić z dziewczyną, żeby się jej pozbyć. Puchonki były strasznymi przylepami i pozbycie się ich albo chociaż powstrzymanie od zrobienia czegoś, jak na przykład pójścia na spotkanie Klubu Ślimaka, graniczyło z cudem.
Jednak potrzeba podzielenia się swoim osiągnięciem wygrała. Musiał się pochwalić, przynajmniej jednej osobie. Potrzebował uwagi, chwały i żeby ludzie, widząc go, trzęśli się z trwogi i błagali o litość. Tak, to był jego życiowy cel, zostać znany przez czarodziei z całego świata jako ten, który pozbył się wszystkich szlam i zdrajców krwi. Jako wybawca.
Teraz siedział wśród Hogwarckiej elity, uczniów najlepszych z najlepszych. Zaproszonych zostało kilkoro z podopiecznych Slughorna, w tym Oullette i Riddle. Ślizgońska grupa stanowiła zdecydowaną większość na spotkaniu, dziewczyny plotkowały między sobą, a młodzi mężczyźni rzucali sobie wyzywające spojrzenia, każdy z nich znał jednak granicę, której przekroczenie równało się śmierci w hierarchii społecznej.
Nie wolno było kwestionować planów Riddle’a, jakkolwiek mu się sprzeciwiać lub, nie daj Boże, próbować go skrzywdzić. Każdy z takich ataków, nawet niezamierzony lub nieudany, źle się kończył dla prowokatora. Riddle miał wokół siebie mur, zbudowany z zaufanych członków swego domu, gotowych spełnić każdy z jego rozkazów. Był liderem, prowadzącym bandę zaślepionych jego blaskiem popleczników. Trzymali się go jak leniwce swoich gałęzi podczas snu.
Już miał odpowiadać na pytanie Riddle’a, kiedy podeszli do nich inni Ślizgoni. Omówienie sprawy przy nich byłoby zbyt ryzykowne. Zdecydował się opowiedzieć swojemu współlokatorowi o przygodzie jak tylko zostaną sami.
– Wszyscy są, jak dobrze – odezwał się Horacy Slughorn, jakby z ulgą. – Chwileczkę… A gdzie panna Eaton?
Wśród obecnych rozległ się szum, kilka osób nawet nie wiedziało, o kim mowa. Najwyraźniej panna Eaton nie należała do najpopularniejszych w kręgach społecznych. Nie należało to do rzeczy nietypowych, biorąc pod uwagę fakt, iż Puchoni woleli swoje towarzystwo i ciepło swych pokoi, więc niezbyt często wychodzili, unikając spędzania czasu z resztą Hogwartu.
– Słyszałem, że Oullette miał się z nią dzisiaj spotkać – odezwał się siedzący w kącie Lestrange ostrym głosem, nie kryjąc urazy za uniemożliwienie mu wypełnienia zadania. – Gdzie ona jest?
Typowo Ślizgońska zagrywka. Zwalić winę na jednego ze swoich, żeby pozbyć się podejrzeń ze swojej osoby. Ale jednak to Basil widział ją po raz ostatni i już nikt jej więcej po nim nie ujrzy.
Basil wzruszył ramionami.
– Skąd mógłbym to wiedzieć? Była ze mną, ale w połowie drogi przypomniało jej się, że musi po coś wrócić – skłamał. Każde słowo wypowiadał z całkowitą obojętnością. – Od tego czasu jej nie widziałem. Wiesz przecież jakie są baby… Pewnie musiała przypudrować nosek.
– Nie odprowadziłeś jej? Co z ciebie za dżentelmen?
– Powiedziała, że chce iść sama. Nie chciałem się kłócić.
Profesor zbliżył się do fotelu, który zajmował Francuz, oparł dłonie na jego oparciu i poprosił cichym głosem:
– Basilu, może sprawdź, czy już idzie… Nie chciałbym stracić tak cennej dziewczyny.
Chłopak z całych sił musiał się powstrzymywać od prychnięcia, słysząc prośbę Slughorna. Bo przecież, co miał mu przyprowadzić, skoro dziewczyna nie żyje? Stertę popiołu, który zresztą już i tak zniknął? Profesor o tym nie wiedział, a Basil nie miał najmniejszej ochoty go powiadamiać. Nie mógł zostać wyrzucony z Hogwartu w pierwszym tygodniu szkoły, to nie wyglądałoby dobrze na jego liście życiowych osiągnięć.
Z drugiej strony, byłby to dobry pretekst do wyrwania się ze spotkania. Pójdzie udawać, że jej szuka, zmarnuje trochę czasu, po czym wróci i oznajmi, że niestety nigdzie jej nie było, a on nie ma już więcej pomysłów, gdzie mógłby zajrzeć.
– Oczywiście, już się robi – powiedział, wstając ze swojego miejsca.
Do drzwi odprowadził go wzrok wszystkich obecnych, jakby to on był najciekawszym, co znajdowało się w tym pomieszczeniu. Wpatrywali się w niego jak sroki w gnat.
Zamknął drzwi z cichym trzaskiem.
Spojrzał najpierw na korytarz z prawej, potem z lewej, zastanawiając się, którędy lepiej byłoby mu pójść, żeby zmarnować jak najwięcej czasu.
Postanowił wrócić do swojego dormitorium, cóż było przecież lepszym miejscem do marnowania wolnego czasu niż swoje cztery ściany?
Przeszło mu przez myśl, że powinien także zajrzeć do Puchonów i zapytać o Eaton, na wypadek, gdyby Slughorn zdecydował się sprawdzić prawdziwość jego historii o poszukiwaniach dziewczyny.
Właśnie miał skręcać za róg, kiedy ktoś niespodziewanie go potrącił. Uderzenie było tak mocne, że chłopakowi ogromną trudność sprawiło utrzymanie się na dwóch nogach. Na szczęście udało mu się uniknąć upadku.
– Faites attention où vous mettez les pieds – warknął do osoby, która omal go nie przewróciła.
Podniósł wzrok swoich orzechowych oczu na sprawcę, a kiedy zobaczył szaty Hufflepuffu, jego twarz złagodniała. Zemści się później, najpierw sprawy najważniejsze.
– Och, wybacz. Nie zauważyłem, że idziesz… I nie znam francuskiego…
– Lucian, prawda?
Puchon zrobił zaskoczoną minę, słysząc swoje imię wypowiedziane przez Basila. Miał potargane blond włosy i bliznę przechodzącą od lewego kącika ust do ucha. Ślizgon kojarzył go z zajęć transmutacji, które mieli razem. Blondyn zawsze siadał z przodu, ciągle się uśmiechał i gawędził z wszystkimi wokół. Godne pożałowania.
– Owszem – bąknął w odpowiedzi, nagle spięty obecnością Francuza.
– Nie widziałeś może gdzieś Marion Eaton? Taka mała, nieciekawa, chyba gra u was w drużynie Quidditcha.
Lucian pokręcił głową.
Basil byłby niezmiernie zaskoczony, gdyby odpowiedź była twierdząca. Musiałby się męczyć z duchem albo zmartwychwstaniem. Nie miał czasu na takie rzeczy, musiał zająć się ważniejszymi sprawami, jak na przykład wyjście do Hogsmeade po rzeczy przydatne do dręczenia przeszkadzających mu uczniów albo napisanie listu do rodziców z prośbą o wysłanie mu jednego z podręczników, którego zapomniał ze sobą zabrać, szybko pakując się do wyjazdu.
– To wszystko, czego potrzebowałem.
Odchodząc, z radosnym uśmiechem rzucił na Luciana zaklęcie Galaretowatych Nóg, upominając go, żeby nauczył się w końcu chodzić, nikogo przy tym nie potrącając.
Do dormitorium wszedł w dobrym humorze, ciesząc się z wolnej chwili, udanego zaklęcia i upokorzenia Puchona. Od dawna nie miał aż tak udanego dnia. No, może psuła go nieco ewentualność, że mógłby wylądować w Azkabanie za morderstwo, nawet jeśli było nieumyślne.
Jak tylko wszedł do pokoju, zauważył, że coś się w nim zmieniło. Coś było nie na swoim miejscu. W jego części sypialni zwykle panował artystyczny nieład, ale potrafił się bez problemu zorientować, gdzie co jest. Z kolei część Toma była nieskazitelnie czysta, wszystkie ubrania i książki ułożone, tylko czekały na powrót swojego właściciela, aby mógł je wyczyścić z kurzu, którego nikt poza nim nie widział.
Jedyną rzeczą, jaka nie pasowała w uporządkowanym kąciku Toma był zeszyt, wystający spod jego poduszki. Oprawiony w ciemną skórę przedmiot przykuł uwagę Basila. Czuł palącą potrzebę dowiedzenia się, co Riddle mógł  w nim skrywać.
Wyciągnął zeszyt, chwytając za wystający spod poduszki fragment okładki. Jego oczom ukazał się podpis na dole: „Tom Marvolo Riddle”. Otworzył go i zaczął kartkować, szukając czegoś, co przykułoby jego uwagę. Z tego, co Tom w nim pisał, Basil wywnioskował, że musi to być pamiętnik. Riddle opisywał w nim różne pomysły na odszlamienie świata, narzekał na innych Ślizgonów, głównie Abraxasa Malfoya za jego ciągłe przechwalanie się swoimi podbojami miłosnymi, i pisał o swoich planach na przyszłość. Na jednej stronie, na samym środku, znajdowały się imiona i nazwisko Toma, a wokół nich potencjalne anagramy.
– Roadie Mold, Mr. Volt? – przeczytał na głos jeden z nich.
Wszystkie z wymyślonych przez Riddle’a anagramów wydawały się mu być całkowicie bezsensowne, pomyślał przez chwilę nad tym, jak mógłby poprzestawiać słowa, a kiedy wymyślił coś w miarę znośnego, zapisał to w dole kartki dużymi literami.
I am Lord Voldemort.
Był z siebie dumny za wymyślenie tego anagramu. Lord Voldemort brzmiał ciekawie, a przy tym francusko. Brzmiał jak połączenie dwóch słów z jego ojczystego języka, volonte i de mort. Żądza śmierci. Idealnie oddawało charakter jego współlokatora.
Zamknął pamiętnik i odłożył go na miejsce, ustawiając wszystko z powrotem tak, żeby Tom nawet nie zauważył, że cokolwiek ruszył. Jedynym, co go zdradzało, była pozostawiona w środku notatka.
Minęło pół godziny odkąd wyszedł ze spotkania. Wypadałoby w końcu na nie wrócić.
Do gabinetu Slughorna powrócił, używając skrótów i tajemnych przejść, znanych tylko przez nielicznych. Wolał uniknąć wpadnięcia na innych uczniów Hogwartu. W tamtej chwili zależało mu tylko na dotarciu na miejsce bez niepotrzebnych problemów.
Na miejsce dotarł dość szybko, bo po zaledwie siedmiu minutach. Normalnie przejście z lochów do gabinetu zajmuje dwa razy tyle czasu.
Kiedy wychodził, wszyscy się na niego patrzyli. Kiedy wchodził, nikt się nie zainteresował. Zostało już tylko kilku chłopaków, w tym Riddle, Lestrange i Avery. Wszyscy zajęci byli słuchaniem opowiadań Slughorna i zajadaniem się potrawami przynoszonymi przez skrzaty na srebrnych tacach.
Jako pierwszy zauważył jego przybycie profesor. Podszedł do niego i objął ramieniem, przyciągając bliżej do siebie.
Basil skrzywił się z obrzydzeniem, czując od Slughorna zapach tak dobrze mu już znanej ze wszystkich ślizgońskich przyjęć Ognistej Whisky.
– A gdzie panna Eaton, Basilu? – zapytał Slughorn, kiedy Basil wyrwał się z jego uścisku.
– Nigdzie jej nie widziałem. Popytałem nawet w Hufflepuffie, ale jakby… Rozpłynęła się w powietrzu.
Grube brwi Slughorna uniosły się w niemym pytaniu.
– Może siedzi w jakiejś sali albo szwenda się po Zakazanym Lesie – mówił dalej Basil, wzruszając przy tym ramionami.
– Wielkie nieba, musi się znaleźć przed godziną policyjną! Jeśli dyrektor się dowie, że zaginęła uczennica… – Nie dokończył. Jego zwykle radosną minę zastąpił przestraszony wyraz.
– Na pewno ją znajdą – odpowiedział mu ciszej chłopak na pocieszenie, mając nadzieje, że brzmi wystarczająco przekonująco.
– Tak, z pewnością masz rację, chłopcze – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwało mu pojawienie się obok Basila ciemnowłosego chłopaka. – Tak, Tom?
Riddle oblizał dolną wargę, zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów.
– Mam do pana jedno pytanie odnośnie wypracowania. Gdyby mógłby pan wyjaśnić mi jeden termin, byłbym niezmiernie wdzięczny. Ktoś taki jak pan na pewno będzie w stanie mi pomóc.
Basil rzucił Tomowi pytające spojrzenie. Nie otrzymał na nie odpowiedzi, ale błysk w oku Ślizgona upewnił go w tym, że nie będzie to nic dobrego. Domyślił się, że wcale nie chodzi o wypracowanie, a o jakiś większy, ważniejszy plan.

***

Francuz wrócił do swojego dormitorium trzydzieści minut po jedenastej. Gdyby ktoś zauważył go na korytarzu, mógłby dostać karę lub stracić punkty, na które Ślizgoni ciężko pracowali, było już długo po godzinie policyjnej.
Tom został dłużej w gabinecie profesora, aby otrzymać od Slughorna odpowiedź na swoje pytanie, którego jak dotąd nie zdradził Basilowi.
Czekając na jego powrót, położył się na łóżku i zaczął przeglądać jeden z wielu walających się po ich pokoju magazynów o Quidditchu. Żaden z nich nie należał do drużyny, niespecjalnie ciągnęło ich do latania za piłką i obrywania tłuczkami, jednak lubili od czasu pójść na boisko, obejrzeć mecz. Basil, oczywiście, kibicował francuskiej drużynie, która niestety nie odnosiła zbyt wielkich sukcesów w ostatnich latach.
Nawet nie zauważył, kiedy przestał być sam w pomieszczeniu.
– Powiedział mi wszystko, czego potrzebowałem – Rozległ się po pokoju dumny głos Riddle’a.
– Powiedział ci, jak podlizać się innym nauczycielom? Och, nie, przecież sam dobrze wiesz, jak to wszystko zrobić.
Riddle puścił jego uwagę mimo uszu.
– Dał mi trochę informacji na temat Zaklęć Niewybaczalnych.
– Co z nimi? – zapytał obojętnie.
– Jak je rzucać, żeby podziałały i tego typu sprawy.
Basil podparł się na łokciu, na wpółleżąc.
– ‘Mas, masz tyle książek w bibliotece, a ty pytasz nauczyciela…
– To przynajmniej wiarygodne informacje.
Francuz przeciągnął się na łóżku. Wypytywanie profesorów o tego typu zaklęcia mogło się źle skończyć. Kto wie, co Tom mógł mieć w planach, skoro wymagało to opanowania czarnomagicznych zaklęć.
– Co do Zaklęć, mój père ma całą biblioteczkę książek. Niektóre z nich nie są do końca zgodne z przepisami, czasem coś od niego podpatrzyłem, od czasu do czasu znalazło się tam coś ciekawego. Mogłeś zapytać, jeśli chciałeś dowiedzieć się czegoś więcej – powiedział ciszej, a ostatnie z jego słów w połowie przeszło w ziewnięcie. – O Niewybaczalnych możemy pogadać potem, teraz skupmy się na tym co ja zrobiłem – Wskazał na siebie palcem – ze szlamą.
– Co z nią zrobiłeś? – zapytał Riddle, siadając na skraju swojego łóżka. – Związałeś i wrzuciłeś do jeziora? – Zaśmiał się.
– Spaliłem.
Śmiech Riddle’a zamilkł jak tylko uświadomił sobie, co powiedział jego towarzysz.
– Co zrobiłeś?!
– Dowiedziałem się, że Ardento na ludziach działa iście płomieniście. Gdybyś ją widział – Ożywił się, a na jego twarz wstąpił rozmarzony uśmiech. – Stopiło jej skórę i kości, został sam popiół… Świetny widok.
Drugi chłopak nie był aż tak zachwycony ‘świetnym’ sposobem na likwidację diabelskiego nasienia. Przeciwnie, wyglądał, jakby cały świat nagle legł mu w gruzach, a on nie mógł w żaden sposób temu zaradzić.
– Jeśli się dowiedzą, że została zamordowana, mogą zamknąć Hogwart – syknął, patrząc gniewnie na Basila. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś? Hogwart to mój dom. Jeśli odbierzesz mi dom – Ucichł na kilka sekund, podczas których tylko wpatrywał się w oczy Francuza, jakby chciał rozszarpać go na kawałki – odbiorę ci wszystko, na czym ci zależy. Wszystko. Rodzinę, twój francuski dworek… Twoją magię.
– Przecież nie zamkną Hogwartu przez jedną zaginioną szlamę, ponieważ osobiście szczerze wątpię, żeby w najbliższym czasie odkryli jej ciało albo chociażby mogli stwierdzić morderstwo, prędzej zaginięcie. Ludzie giną, zdarza się, przecież mamy wojnę, prawda? – rzucił, opierając głowę o poduszkę. – I jeszcze… Nie można komuś odebrać magii, nikt jak dotąd nie wpadł na sposób, który by działał. Magia znika, kiedy próbujesz ją odebrać. Wielu próbowało, nikt nie podołał.
Riddle prychnął.
– To, że nikomu się nie udało nie znaczy, że się nie da. Kiedy nadejdzie czas, znajdę sposób – Z każdym kolejnym słowem jego głos stawał się ostrzejszy – i wykorzystam go na tobie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie.
– Za bardzo się wszystkim przejmujesz. To tylko jedno małe morderstwo, nic wielkiego, nie ma się czym przejmować – Próbował uspokoić Riddle’a. – Uznają, że uciekła i dadzą spokój, jakoś to przeboleją.
Wcześniej sam martwił się, że będzie miał przez swoją akcję kłopoty, jednak z każdą mijającą minutą, coraz mniej go to obchodziło. Powoli zaczynał wierzyć w to, że uda mu się uniknąć kary za ten występek.
Do zabicia jej nie użył żadnego z Zaklęć Niewybaczalnych, tylko nowopowstałego, stworzonego przez niego samego, zaklęcia. To mógł być początek nowej ery czarnej magii, najciekawszej ze wszystkich odmian magii. Sama myśl o tym, że mógłby zostać mistrzem czarnej magii znanym przez każdego czarodzieja na świecie podbudzała tylko jego poczucie własnej wartości.
– Obyś miał rację.
– To oczywiste, że ją mam. Jak zawsze, Voldi – zapewnił go Basil.
– … Voldi? – Tom zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Wkrótce zrozumiesz – odpowiedział, dodając swojemu głosowi nutę tajemniczości.
Riddle pokręcił głową, nadal niczego nie pojmując. Wolał jednak nie pytać, obawiając się odpowiedzi.
Basil był na skraju zapadnięcia w głęboki sen, kiedy jego ciałem wstrząsnął straszliwy ból. Ból, który czuł już wcześniej, tamtego wtorkowego popołudnia w sali od starożytnych run. Tym razem jego centrum nie było przedramię, lecz prawa noga.
Wtorkowy ból palił mu skórę, ten zdawał się ją mrozić. Czuł się, jakby jego noga pokrywała się warstwą palącego lodu, jednocześnie lodowatego i gorącego.
Zsunął z siebie koc i ujrzał znajomy widok czarnych liter, układających się w nowe zaklęcie.

niedziela, 19 lutego 2017

Ardento

Słowo zniknęło.
Po uformowaniu się w wyraz „Ardento”, czarne litery zaczęły blaknąć jedna po drugiej, aż w końcu całkiem wsiąknęły w jego skórę, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Kiedy otrząsnął się z szoku, zaczął szukać czegoś, na czym mógłby zapisać tajemnicze słowo. Wsadził ręce do kieszeni szaty, ale nie było w środku niczego oprócz eksplodujących cukierków i różdżki. Zaklął, przypominając sobie, że nic ze sobą nie zabrał, a jego plan z przywoływaniem przedmiotów nie wypalił.
Chodził w kółko po sali, powtarzając sobie w myślach „Ardento” i zastanawiając się, co powinien zrobić. Nie wiedział, czy to, co się stało było skutkiem jakiegoś zaklęcia ani czy było niebezpieczne, lecz jednocześnie nie chciał udawać się do skrzydła szpitalnego, zwanego przez wielu najgorszym miejscem w Hogwarcie.
Gwałtownie się zatrzymał, wpadając na pomysł.
To nie może się udać, pomyślał, wyciągając różdżkę z kieszeni. Zacisnął na niej palce, a następnie wyciągnął rękę przed siebie, szukając końcem różdżki przedmiotu, który stanie się jego niefortunnym celem.
– Ardento! – zawołał, wskazując różdżką swój podręcznik, który wcześniej położył na jednej z ławek.
Nic się nie stało, nie było żadnego wybuchu, światła ani jakichkolwiek zmian w wyglądzie książki. Nadal była oprawiona w tą samą brązową skórę ze złotymi zdobieniami. Napis również był taki sam jak wcześniej: „Runy dla zaawansowanych”.
Wyciągnął rękę po książkę. Miał dość siedzenia w sali od run i był już trzynaście minut spóźniony na drugą lekcję. A dotarcie na zaklęcia zajęłoby pięć, jeśli schody sobie z niego nie zakpią i nie przeniosą go na złe piętro. Cudem będzie, jeśli uda mu się za to spóźnienie uniknąć szlabanu.
Jego palce dotknęły okładki książki, a on z trudem powstrzymał okrzyk bólu. Natychmiast odsunął dłoń na bezpieczną odległość. Poczuł się jakby dotknął nie książki, a rozżarzonych węgli. Centrum bólu stanowiła jego dłoń, ale nie czuł bólu jedynie w niej, a w całym ciele, jak gdyby ogień rozprzestrzenił się w jego żyłach.
Sięgnął po różdżkę, ciesząc się w myślach, że uszkodził sobie lewą rękę, nie prawą, którą rzucał zaklęcia. Wycelował nią w ranę, rzucając zaklęcie:
– Episkey.
Nie był zdziwiony, kiedy, tak samo jak Depulso, nie podziałało.
– Panie Oullette, dlaczego nie jest pan na zajęciach? – Zza pleców dobiegł go znajomy głos.
Obrócił się i spojrzał na nauczyciela transmutacji – Dumbledore’a. Pierwszym, co zauważył, była jego gęsta siwa broda i wplątany w nią cukierek. Wolał o tym nie wspominać.
Uniósł do góry poparzoną dłoń, aby pokazać ją profesorowi i poruszył w nią prawo i lewo, jakby machając.
– Książka mnie zaatakowała… A ludzie wciąż powtarzają, że czytanie nie boli – zażartował, kryjąc ból za maską rozbawienia.
Dumbledore zaklęciem zamroził ranną kończynę Basila. Ból momentalnie zniknął, a wraz z nim możliwość najmniejszego ruchu ręką. Od łopatek po opuszki palców – wszystko było sparaliżowane.
– Episkey – rzucił Dumbledore, wskazując dłoń chłopaka. W tym przypadku również nie podziałało, na co profesor zmarszczył brwi. – Dziwne. Trzeba z tym iść do skrzydła szpitalnego.
– Nie ma takiej potrzeby. To pewnie nic poważnego. Jestem przekonany, że jakiś Gryfon mi to zrobił. Wie pan jacy oni są – pokręcił głową z dezaprobatą, jednocześnie dobrze wiedząc, że był on opiekunem znienawidzonego domu i oczywistym było, że faworyzował swoich wychowanków. – Nadal są na nas źli za to, że w zeszłym roku wygraliśmy Puchar Quidditcha – zrobił palcami zdrowej ręki cudzysłów w powietrzu – „bo oszukiwaliśmy”, co jest oczywiście perfidnym kłamstwem. Slytherin wygrywa umiejętnościami, nie oszustwami.
Dumbledore całkowicie zignorował wszystko, co mu powiedział.
– Za mną, Basilu – rozkazał, wskazując na drzwi.
– Wolałbym nie.
– Dlaczego tak bardzo nie chcesz iść do skrzydła?
Nie chciał udawać się tam z kilku powodów, których wolałby nie zdradzać Dumbledore’owi.
Nie chcę, żeby ktoś nieproszony mnie dotykał. W skrzydle szpitalnym śmierdzi i jest tam za jasno. Pielęgniarka to pewnie perwersyjna starsza babka. Ciągle jest tam pełno Puchonów, pomyślał. Powiedział jednak:
– Lęk przed lekarzami?
– Trzeba przezwyciężać swoje lęki, czyż nie? – odpowiedział pytaniem na pytanie profesor.
Z niechęcią pozwolił się zaprowadzić Dumbledore’owi do skrzydła szpitalnego, myśląc jakimi klątwami mógłby go poobrzucać, gdyby jego magia się nie wyczerpała.
W środku przywitała ich pani Digby, niska kobieta z grubym warkoczem jasnych włosów ubrana w biały fartuch, podobny do tych noszonych przez mugolskie pielęgniarki.
– Co się stało? – zapytała, podchodząc do nich.
– Pan Oullette miał wypadek z książką – odpowiedział jej Dumbledore. – Episkey nie działa.
Podeszła do Basila, a on mógł poczuć, że cuchnęła lekami. Skrzywił się, ale wskazał wolną ręką drugą, okaleczoną i unieruchomioną przez profesora.
Dumbledore cofnął zaklęcie, a ból rozpoczął się na nowo.
– Vulnera Sanentur! – spróbowała pani Digby. Bezskutecznie. Powtórzyła zaklęcie jeszcze dwa razy, jednak nie wywoływało żadnego efektu, a ból tylko się nasilał. – Episkey.
Żadne z zaklęć nie podziałało.
– To tylko poparzenie, najprostsze zaklęcie powinno załatwić sprawę, a jednak… – powiedziała ze zmartwieniem, po czym westchnęła.
Ruszyła do szafki z lekami i eliksirami i wyciągnęła z niej zielony eliksir. Basil przypomniał sobie, że było to Antidotum na Niepopularne Trucizny, i że uczył się przyrządzać je w trzeciej klasie.
Jest aż tak źle?, przeraził się. Używało się tego w najgorszych przypadkach, kiedy nic innego nie działało.
Podała mu eliksir, każąc go wypić. Spełnił jej polecenie.
Na początku nie poczuł żadnego działania i zaczął się obawiać, że jeśli to nie podziała, to wyślą go do Munga, ale po niecałej minucie ból zaczął słabnąć, w końcu znikając całkowicie. Przeszedł również ból spowodowany uderzeniem książką.
Przez cały czas przyglądał się swojej dłoni. Skóra, wcześniej niemal całkowicie spalona, zaczęła się leczyć. Powoli nabierała wcześniejszego koloru, zostały tylko małe ranki.
Poruszył palcami, sprawdzając, czy nadal działają tak jak wcześniej. Spełniały jego polecenia. Poczuł się jakby kamień spadł mu z serca.  
– Całe szczęście – powiedział Basil bardziej do siebie, niż do innych.  
Dumbledore pożegnał się z Panią Digby, mówiąc, że musi już iść na lekcję. Ona z kolei zwróciła się do Basila:
– Powinieneś jeszcze chwilę tu zostać, żebyśmy mieli pewność, że podziałało.
– Czy to konieczne? – jęknął.
– Oczywiście. Usiądź na jednym z łóżek i odpoczywaj.
Podszedł do najbliższego łóżka i usiadł na jego skraju.
– Skoro już tu jestem – zaczął, przyglądając się poczynaniom pani Digby, która krzątała się po sali, sprzątając. – Mam dwa czysto hipotetyczne pytania.
– Tak?
– Czy jest możliwe, żeby czarodziej stracił swoją magię?
Chwilę się zastanowiła, układając przy tym alfabetycznie eliksiry.
– Owszem, zdarzyły się takie przypadki, ale to bardzo rzadkie. Zwykle dzieje się tak, kiedy czarodziej przez zbyt długi okres czasu w ogóle nie używa magii. Christopher Turner nie rzucił ani jednego zaklęcia przez dwadzieścia lat, po tym czasie spróbował Alohomory, ale nie podziałało, tak samo jak każde inne zaklęcie, którego próbował.
Pokiwał głową, zastanawiając się nad tym, co mu powiedziała. Używał magii na co dzień, więc nie mógł jej stracić. Ta opcja odpadała.
– Może to działać również w drugą stronę? Utrata magii od nadmiernego jej używania?
– Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałam. A twoje drugie pytanie to…?
 Potarł dłońmi o siebie, zadowolony, że obie znów wyglądają tak samo.
– Czy często zdarza się czarodziejom tworzyć nowe zaklęcia?
– Eliksiry, tak. Zaklęcia niekoniecznie. Co kilka lat do spisu zaklęć dodawane jest nowe, ale dzieje się to chyba nawet rzadziej niż utrata mocy – Uśmiechnęła się wypowiadając te słowa. – Istnieje już większość zaklęć, które są potrzebne. Z czasem pewnie pojawią się nowe, ale wracając do twojego pytania… Nie, to również rzadkość.
Nie odpowiedział. Odepchnął się do tyłu, padając plecami na materac. Wizja spędzenia czasu na spaniu wydawała się być bardziej kusząca niż powrót na zajęcia.
Zamknął oczy, oddając się objęciom Morfeusza.

***

Kiedy po południu wrócił do pokoju wspólnego Ślizgonów, dostał masę pytań dotyczących tego, gdzie był i co robił. Na wszystkie odpowiadał tym samym: „Miałem dość lekcji na jeden dzień”, a oni dawali mu spokój.
Przez następne dni nic się nie działo. Na ciele Basila nie pojawiały się żadne nowe słowa. Zaklęcia.
Rzucane przez niego zaklęcia były słabe, ale działały. Od czasu wypadku z ręką ani razu nie powtórzył Ardento, chociaż bardzo kusiło go, żeby rzucić je na szatę Avery’ego, aby poparzyło mu całe ciało podczas wkładania jej. Miałby się przynajmniej z czego pośmiać.
Nadszedł piątek, dzień spotkania Klubu Ślimaka.
Samo wspomnienie o Klubie irytowało Basila na tyle, że ledwo opierał się pokusie rzucenia klątwy na osobę, która to zrobiła. Kiedy Tom na dzień dobry powiedział mu, że muszą tam być o siedemnastej, od razu stracił całe chęci do wstawania z łóżka. Nie, żeby wcześniej jakiekolwiek miał. 
– Pozbyli się już szlamy? – zapytał Toma, chowając książki do torby.
– Nie. Lestrange mówił, że się tym zajmą, ale są chyba zbyt niekompetentni do tak prostej roboty. Chcesz to przejąć?
– Pozbyć się szlamy? – Dotknął dłonią piersi, udając zaskoczenie. – To będzie czysta przyjemność.
– Nie zawal tego.
Wyszli z dormitorium, a Francuz prychnął.
– Kiedy ostatnio coś zawaliłem?
– Pomyślmy… – udał, że się zastanawia. – Zawalałeś prawie wszystko przez cały ostatni tydzień – wytknął mu. – Zastanawiam się, jakim cudem jeszcze żyjesz.
– Touché… ‘Mas, jest jedna sprawa, o której powinieneś wiedzieć. Nie musisz, ale powinieneś. Chociaż, nie. Nie, zapomnij o tym.
– Gadaj, Baz, albo cię do tego zmuszę.
– Grozisz współlokatorowi? Prosisz się o pluskwy pod poduszką.
Tom przewrócił oczami.
– Baz.
– Samo imię brzmi w twoich ustach jak groźba. Ale dobra… Chyba stworzyłem zaklęcie.
Jego towarzysz się zaśmiał, jakby opowiedział mu dobry dowcip. Ale to nie był dowcip, Basil szedł obok niego całkowicie poważny.
– Zaklęcie? Ty? Nie bądź śmieszny.
– Dzięki za wiarę w moje możliwości – żachnął się. – Słyszałeś kiedyś o Ardento?
– Nie.
Dotarli do Wielkiej Sali i zajęli swoje miejsca.
– No właśnie. Ja też. Tak samo wszystkie książki z zaklęciami, które przejrzałem.
– I co ono niby robi? – Tom nadal był nastawiony sceptycznie.
– Ogrzewa obiekty do bardzo wysokich temperatur, a przynajmniej taką mam teorię.
Basil trącał jajecznicę widelcem, niezainteresowany jedzeniem.
– Nie za bardzo przydatne.
Przez drzwi przeszła dziewczyna, której musiał się pozbyć. Przyglądał się jej, jak szła do stołu Hufflepuffu, wyobrażając sobie, że robi jej krzywdę, a ona krzyczy z bólu. Pomysły na niedopuszczenie do pojawienia się niej na spotkaniu Klubu pojawiały się jeden za drugim, każdy lepszy od poprzedniego, a zarazem trudniejszy do zrealizowania, co tylko jeszcze bardziej go nakręcało.
Miał przed oczami obraz siebie rzucającego na nią zaklęcie Calvorio, powodujące łysienie. Uśmiechnął się na myśl o jej brązowych włosach wypadających, zostawiając jej całkiem łysą głowę. Zaklęcie pozbywało się również brwi i rzęs, przez co wyglądałaby jeszcze żałośniej, a tym dając Basilowi ogromną frajdę.
Mógłby też rzucić na nią Incarcerous, które wyczarowałoby magiczne liny, skrępowały ją i powoli podduszały. Kolejna kusząca wizja.
Zaklął, przypominając sobie o swoim niefarcie dotyczącym zaklęć. Musiałby je kilkakrotnie wcześniej przećwiczyć, a i tak nie miałby pewności, czy by zadziałało.
– Akcję Pozbyć się szlamy czas zacząć – mruknął, wstając z ławki.
Zanim ruszył do akcji, przeciągnął się, pozbywając ostatnich oznak zmęczenia i szybko poprawił swoje włosy. Przybrał swój najbardziej czarujący uśmiech i poszedł do stołu Hufflepuffu.
Nieczęsto zdarzało się, że ktoś poszedł usiąść przy stole innego domu. Zwykle byli to zakochani w sobie uczniowie, którzy kleili się do siebie przez cały czas, co doprowadzało Basila, jak i większość innych Ślizgonów, do szału.
Siedziała na końcu stołu, a obok niej było – na szczęście dla niego – wolne miejsce. Siadając tam, próbował zachować pozory pozytywnie nastawionego, chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że Ślizgoni nie zadają się z Puchonami.
Spoglądali na niego podejrzliwie, czekając na jakiś ruch.
– Marion, prawda?
Zmarszczyła brwi, zdziwiona, że zna jej imię.
– Owszem, a ty jesteś…?
– Basil.
Poczuł się urażony, że nie zna jego imienia, ale nie dawał tego po sobie poznać. Był przyzwyczajony do tego, że każdy w Hogwarcie zna jego imię. Kolejny powód, żeby się jej pozbyć.
– Bolało jak spadłaś z nieba?
Miał nadzieję, że odpowiedź będzie brzmiała „Tak”, ale ona powiedziała coś innego:
– Słucham?
– W zeszłym roku – wyjaśnił, nadal się uśmiechając. –  Jeśli mnie pamięć nie myli, spadłaś z miotły podczas meczu, a potem siedziałaś w skrzydle szpitalnym przez tydzień.
Przysunął się bliżej niej, tak, że ich ramiona się zetknęły.
– Myślałem, że może chciałabyś wyjść gdzieś dzisiaj ze mną?
– Mam już na dzisiaj plany – odpowiedziała, omiatając innych Puchonów błagalnym spojrzeniem, ale nikt nie wykazywał chęci pomocy. – Będę na spotkaniu Klubu Ślimaka.
– Ah, rzeczywiście. Całkiem o tym zapomniałem – skłamał. – To może przyjdę po ciebie przed spotkaniem i pójdziemy tam razem?
Bycie miłym dla szlamy sprawiało mu niemałe trudności, ale musiał zostać z nią sam na sam, a to był najprostszy sposób.
Ona z kolei nie wydawała się zadowolona z propozycji Basila. Najprostszym sposobem na pozbycie się go byłoby zgodzenie się. Gdyby odmówiła, zacząłby nalegać, jak wszyscy z jego domu, nie poddałby się po pierwszej porażce.
– W porządku – poddała się. – Możesz po mnie przyjść.
– Możesz się mnie spodziewać.

***

Podziwiał swoją urodę w lustrze.
Przywiózł je ze sobą z Francji. Było jednym z wielu, które poniewierały się po jego rodzinnej rezydencji. Miało ono wygrawerowane na ramie zdanie po francusku – „Le chemin qui va de l'amour à l'amour de soi”. Droga od miłości do samouwielbienia.
W spotkaniach Klubu lubił to, że nie musiał zakładać szkolnych szat, tylko strój dowolny, cokolwiek wpadło mu w ręce.
Miał na sobie czarną jedwabną koszulę wpuszczoną w dopasowane spodnie. Poprawił zielony krawat i uśmiechnął się z wyższością. Wygląd był ważny, nie mógł go zaniedbać. Hierarchia w Slytherinie opierała się na władzy, pieniądzach i wyglądzie. Były to trzy cnoty Slytherinu.
Zerknął na zegar.
Za pół godziny miało się rozpocząć spotkanie, a on nadal nie załatwił sprawy z Marion. Skarcił się w myślach za to, że odłożył pozbycie się jej ze spotkania na ostatnią chwilę. Musiał się spieszyć.
Przechodząc przez pokój wspólny, dostrzegł stojącego w rogu Toma, pomiędzy metalową zbroją a Averym, który coś do niego mówił.
Kiedy Tom wymienił z nim spojrzenie, Basil bezgłośnie powiedział: „Nie będzie jej”, na co drugi chłopak tylko kiwnął głową.
Piwnica Hufflepuffu znajdowała się niedaleko lochów Slytherinu i obok kuchni. Dojście tam zajęło mu nie więcej niż pięć minut. Puchoni, w przeciwieństwie do Ślizgonów, nigdy nie narzekali, że musieli mieszkać na samym dole. Byli zbyt uprzejmi, żeby się postawić.
Wejście do środka znajdowało się za wnęką z beczkami. Aby wejść do środka, należało zastukać w beczkę w rytm „Helga Hufflepuff”. Wolał nie zdradzać, że wie jak dostać się do jaskini wroga, więc tego nie zrobił. Oparł się o kamienną ścianę naprzeciwko wejścia i czekał, aż szlama raczy się pojawić.
Wejście się otworzyło, a on podniósł głowę z nadzieją, że to Marion.
Ale to nie była ona. Ze środka wyszedł o głowę niższy od niego chłopak z ognistorudą czupryną i masą piegów, wyglądał na pierwszoroczniaka.
– Ej, kurdupel – zwrócił się do niego Basil najgrzeczniej jak potrafił. – Wracaj do środka i powiedz Eaton, żeby ruszyła tyłek.
Młodszy chłopak wytrzeszczył oczy, na co Francuz westchnął z irytacją.
Dlaczego zawsze się boją?
– Ruchy. Nie mam całego dnia – ponaglił go.
Puchon omal się nie przewrócił, kiedy rzucił się pędem na poszukiwania Marion.
Zostało mu dwadzieścia minut. Dotarcie na spotkanie zajmie siedem, co daje mu jeszcze trzynaście minut na zrobienie porządku z Puchonką.
Powinienem jej coś złamać? I potem zmodyfikować pamięć?, zastanawiał się, kiedy czekał, aż Puchon przyprowadzi do niego dziewczynę.
Im więcej czasu mijało, tym bardziej się niecierpliwił. Chciał to zrobić jak najszybciej, żeby jeszcze mieć czas na sprawdzenie czy wszystko w porządku w toalecie.
W końcu się pojawiła.
Nie była wystrojona. Miała na sobie gruby żółty sweter, od którego bolały Basila oczy i który zasługiwał na nic więcej niż wrzucenie go do kominka. Do paska od spodni miała przypiętą różdżkę. Włosy natomiast spięła w luźny kok, a z uszu zwisały jej kolczyki w kształcie borsuków – symbolu Hufflepuffu.
– Miejmy to z głowy – powiedział do niej, podając jej rękę.
Niechętnie skorzystała z jego pomocy i szli wspólnie przez korytarz. Co kilka kroków starał się ją zagadać, mówić miłe słówka, lecz ona zamiast poddać się jego grze, ignorowała go albo dawała mu wymijające odpowiedzi, co doprowadzało go powoli do szału.
Mimo dość wczesnej godziny, większość korytarzy była pusta. Co jakiś czas mijali kilka osób, ale prawie wszyscy spędzali czas w pokojach wspólnych albo na błoniach, odpoczywając od zajęć. Był to przecież początek weekendu, co oznaczało początek radości, która kończyła się masową niedzielną depresją.
Od Drugiego Biura Slughorna dzieliły ich cztery minuty drogi.
Basil rozejrzał się dookoła, chcąc uniknąć niepotrzebnych świadków. Nikogo nie było w zasięgu wzroku.
Skończyło się delikatne traktowanie.
Pociągnął dziewczynę za rękę do opuszczonej klasy eliksirów. Pchnął ją na podłogę i zamknął za nimi drzwi. Dla pewności, że nikt im nie przeszkodzi, rzucił zaklęcie blokujące.
– Colloportus.
Uśmiechnął się, czując ulgę, że podziałało za pierwszym razem.
Zaklęcie wyciszające również się sprawdziło.
– Szlamy nie są mile widziane w Klubie.
Próbowała wstać, ale uniósł jedną dłoń do góry i pogroził jej palcem. Piętą przyparł jej nadgarstek do podłogi, żeby uniemożliwić jej poruszanie nią. Ból na jej twarzy sprawiał mu przyjemność.
– Zostaw mnie w spokoju! – zawołała błagalnie.
Prawie zrobiło mu się jej szkoda. Prawie.
Wolną ręką spróbowała sięgnąć swojej różdżki, ale jej to udaremnił, łapiąc ją jako pierwszy i łamiąc ją na pół.
– Wiesz, co mi w tobie przeszkadza? – zapytał, zwiększając nacisk na jej nadgarstek. Nie czekał na jej odpowiedź. – Nie powinno cię tu w ogóle być. Szlamy nie mają prawa mieć mocy, powinny zostać całkowicie wybite. Jesteście jak pojedyncze żółte kwiatki na polu czerwonych. Nie na swoim miejscu, całkowicie niepotrzebne.
– Wypuść mnie! Nic ci nie zrobiłam!
Prychnął, ustawiając drugą nogę na jej wolnej ręce. Pochylił się nad nią, mówiąc:
– Istniejesz. To przeszkadza. Swoją krwią hańbisz magię.
– Akurat na to nie mam wpływu, przepraszam bardzo – warknęła, lecz jej słowa szybko przemieniły się w jęk bólu, kiedy chłopak kopnął ją w żebra.
– Zamknij się.
Próbowała kopać go nogami, ale za każdym razem robił unik. Zostało mu osiem minut. Coraz mniej czasu.
Odetchnął głęboko i zastanowił się, od którego zaklęcia powinien zacząć. Wycelował w nią swoją różdżką.
– Anteoculatia.
Nic się nie stało.
Nie. Nie teraz. Tylko nie teraz.
Powinno wyrosnąć jej poroże, ale zaklęcie nie podziałało.
Nie miał zamiaru poddawać się tak łatwo.
– Densaugeo! – Znów brak reakcji. – Conjunctivitis.
Uniosła brwi, czekając na działanie któregoś z rzuconych przez niego zaklęć, ale nic się nie działo.
– Zaklęcia ze spóźnionym działaniem? – zakpiła. – Zrobisz coś w końcu, czy mogę już iść?
– Drętwota!
– Nawet tego nie umiesz? Może powinieneś jeszcze raz…
Nie dokończyła.
Oczy Basila płonęły czystym ogniem. Z koniuszków palców leciał czarny dym, który zaczął drażnić jej drogi oddechowe. Dusił ją.
– Co mi szkodzi – Uśmiechnął się szyderczo, mocniej obejmując palcami różdżkę. – Ardento!
Nie wiedział, czy podziała na człowieka, ale jakiś wewnętrzny głosik podpowiadał mu, żeby to zrobił. Nie wiedział też, czego powinien się spodziewać. Czy ugotuje się od środka? Czy wypali jej mózg? A może stanie się bronią, palącą wszystkich, których się dotknie?
Działanie było inne.
Odskoczył od niej, czując rosnącą wokół niej temperaturę. Oparł się plecami o drzwi i słysząc jej głośne krzyki bólu, cieszył się, że wcześniej wyciszył pomieszczenie.
Jej skóra najpierw zrobiła się czerwona, pojawiły się na niej bąble, jak przy poparzeniach, ale szybko zmieniła kolor na czarną. Zaczęła się zapadać, ukazując kości, spalane przez zaklęcie. Włosy całkowicie jej spłonęły, pozostawiając gołą czaszkę. Po zaledwie minucie pozostał z niej szkielet, lecz on także obrócił się w proch.
Przed Basilem jeszcze chwilę temu leżała dziewczyna. Teraz była tam tylko kupka popiołu.
Spoglądał to na nią, to na swoje ręce.
– Jedna sprawa załatwiona.


Okej, powiem szczerze, że całkiem fajnie jest kogoś zabić już w drugim rozdziale. Baz to trochę psychol, eh. I mało tu Toma. Średnio mi się podoba ten rozdział, ale mi się średnio podoba wszystko, co piszę, soo.