sobota, 5 sierpnia 2017

Ciemność, ból i krew

Minęło kilka tygodni, odkąd poznał prawdę o swojej księdze. Księdze zaklęć Basila Oullette'a. Jeszcze nigdy nie był z niczego tak dumny, jak z tych zapisków.
Wolał jednak nikomu nie chwalić się swoim odkryciem. Nie każdemu mógł spodobać się fakt, że szesnastoletni chłopak tworzy mordercze zaklęcia, ma własną księgę i planuje pozbyć się z powierzchni Ziemi wszystkich, którzy staną mu na drodze do osiągnięcia życiowego celu – życia w świecie pozbawionym wad.
Za wady uznawał wiele rzeczy, od nieuleczalnych chorób po posiadanie w żyłach mugolskiej krwi. Jeszcze jako tako starał się szanować czarodziejów półkrwi, chociaż robił to niechętnie. Gdyby nie to, że Riddle jest półkrwi, a miał jeszcze związane z nim plany, ich też by się pozbył.
Zostawiłby jedynie czystokrwistych czarodziei. Elitę, do której sam należał. Dlaczego ktokolwiek chciałby kazić tak dobrą, czarodziejską krew, mugolską trucizną? Nie rozumiał tego. Nie rozumiał również, z jakiego powodu niektórzy czarodzieje żyli wspólnie z tamtymi. W tych samych miastach, domach, miejscach pracy. Myśl o dzieleniu pomieszczenia z mugolem sprawiła, że Basil drgnął z odrazy, zwracając na siebie uwagę siedzącej obok Flint.
Jej grube czarne brwi, przypominające dwa owłosione robaki przyklejone do okrągłej twarzy, przywróciły go do rzeczywistego świata. Czasem obawiał się, że zaczną się ruszać i rzucą się na niego. Flint wyglądała, jakby chciała się na niego rzucić, więc jej brwi pewnie czuły się podobnie.
Zapamiętał, żeby do listy powodów do nieumawiania się ze Ślizgonkami dodać punkt: „mają straszne brwi”.
– Panie Oullette – chrząknęła z irytacją profesor Hardwick. – Wciąż trwają zajęcia. Prosiłabym o odrobinę skupienia, całą lekcję bujasz w obłokach.
Spojrzał na profesorkę i kiwnął głową.
– Tak, przepraszam, mam dzisiaj mały problem ze skupieniem się.
Machnęła na niego ręką i wróciła do opowiadania o właściwościach jakiejś kolorowej rośliny, której nazwy Basil nie mógł sobie przypomnieć, a ona, jak na złość, jej nie wypowiedziała.
Wyłapywał pojedyncze słowa z całego wywodu Hardwick. „Silne”, „lekarstwa” i „trzydzieści dni suszenia” najbardziej zapadły mu w pamięć.
Czuł na sobie spojrzenie Flint. Wciąż się gapiła. Gdyby nie była dziewczyną, już dawno by na nią krzyknął, żeby przestała. Rodzice jednak nauczyli go, że żaden szanujący się mężczyzna nie podnosi głosu ani ręki na kobietę. Kiedy matki nie było, ojciec dodał od siebie, że zamiast tego, mężczyźni obrażają je w taki sposób, że nawet nie zauważają, że to było coś złego. I że odnoszą sukcesy, gdy one siedzą w kuchni i opiekują się dziećmi.
– Flint – zwrócił jej uwagę – rozumiem, że nigdy nie widziałaś niczego piękniejszego, ale bądź tak miła i skup się na lekcji. Dekoncentrujesz mnie.
Od razu się obróciła, czerwieniąc po uszy. Spodziewał się jakiejś złośliwej odzywki, na którą odpowiedziałby jeszcze złośliwiej, ale ona nie powiedziała niczego. Poczuł przez to lekki zawód. Nie chciał z nią rozmawiać, o nie, ale mogłaby się chociaż trochę postarać.
Prawdą było, że go dekoncentrowała. Ona i jej okropne brwi, którym brakowało tylko kilku milimetrów do połączenia się i stworzenia megabrwi. Dlaczego ktoś taki jak ona musiał się nim zainteresować? Nie mogła wybrać sobie kogoś ze swojej ligi, jak Avery czy Nott?
Wolałby, żeby ktoś inny się nim interesował. Ktoś godny jego osoby, a takich osób na świecie nie było zbyt wiele.
Reszta zajęć minęła mu dość szybko, chociaż czuł się, jakby trwały całe wieki. Jak tylko Zielarstwo dobiegło końca, zerwał się z miejsca i popędził w kierunku biblioteki. Nie zważał na to, czy kogoś po drodze potrąci, podepcze czy zrzuci ze schodów. Zrobiłby to tak czy inaczej.
Musiał uciec od tych strasznych brwi, które pewnie pojawią się później w jego koszmarach, i dowiedzieć się czegoś o księdze. Była w Dziale Zakazanym z jakiegoś powodu. Ktoś musiał ją tam umieścić. Zostawiono ją tam, żeby na niego czekała. Ale kto mógł to zrobić? I dlaczego?
Twoja przyszłość jest pełna ciemności, bólu i krwi, tak przepowiedziano, przypomniały mu się słowa matki z ich ostatniego spotkania. Czuł, że nie powiedzieli mu wtedy wszystkiego, że wciąż coś przed nim ukrywali, ale jak długo pozwalali mu zostać w Hogwarcie i robić swoje, tak długo nie doczepiał się niedomówień.
Ciemność, ból i krew. Te trzy słowa idealnie opisywały jego tegoroczny pobyt w szkole. Czy ogarniała go ciemność? Czy stawał się zły, przez działanie klątwy? Nie, na pewno nie. Nie mógł tak myśleć, nie robił przecież nic złego. Wszystko, co robił, prowadziło do większego celu. Poświęcił swoją niewinność, żeby świat mógł stać się lepszym miejscem.
Ból i krew – to wywoływały jego zaklęcia. Ale ból przechodził, a krew w końcu również przestawała płynąć. Nie należało to do najprzyjemniejszych, jednak rozumiał, że jego zdolność – tworzenie nowych zaklęć – ma swoją cenę.
Trzymał księgę w rękach, mocno zaciskając na niej palce w obawie, że ktoś spróbuje mu ją odebrać. Osobiście obciąłby palce osobie, która tylko spróbowałaby mu ją ukraść. I zrobiłby to mugolskim sposobem, żeby zajęło więcej czasu i było bardziej bolesne.
Pokręcił się chwilę po bibliotece, po czym podszedł do bibliotekarki i pokazał jej trzymany w rękach tom.
– Dlaczego ta książka jest w Dziale Zakazanym?
Kobieta spojrzała najpierw na książkę, a zaraz po tym na niego i znów na książkę. Poprawiła okulary na nosie i sięgnęła po przedmiot. Basil natychmiast się cofnął, nie pozwalając jej zbliżyć się do książki.
– Daj mi to – rozkazała, znów sięgając w jego kierunku. Jeszcze raz zrobił unik. A potem jeszcze kolejne dwa razy. – Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć i nie dostać przy tym szlabanu, lepiej oddaj mi tę książkę.
Przez chwilę się wahał. Nie chciał jej oddawać. A co, jeśli mu jej nie odda? Właściwie, mogłaby to zrobić, skoro on jako pierwszy ukradł ją z biblioteki, używając swojego zaklęcia. Szybko myślał nad najlepszym rozwiązaniem. Musiał dowiedzieć się czegoś o tej księdze, a ta kobieta z pewnością posiadała najwięcej wiedzy na ten temat, w końcu to ona zajmowała się biblioteką. Kto mu pomoże lepiej niż bibliotekarka?
Niechętnie przekazał jej przedmiot. Może i na chwilę oddał książkę, jednak jego oczy wciąż pozostawały w nią wlepione. Monitorowały każdy ruch kobiety, każde najdelikatniejsze drgnienie dłoni czy poruszenie palca.
Obróciła ją w dłoniach, przyglądając się jej z każdej strony. Gdy ją otwarła, Basil starał się ukryć zdziwienie. Na stronach nie było ani jednego słowa. Okazały się puste, jak wtedy, gdy otwarł ją po raz pierwszy.
Jeszcze chwilę wcześniej sprawdzał, czy wszystko wciąż jest na swoim miejscu, żeby uniknąć właśnie takiej sytuacji. Los postanowił z niego zadrwić i usunąć to, co powinno tam być.
­­­­­– Kto dał ci zgodę na zaglądanie do Działu Zakazanego? ­– zapytała, zamykając książkę.
– Profesor Slughorn – skłamał. Nie mógł przecież powiedzieć, że ją ukradł. – Jak pani widzi, jest pusta. Dlaczego znalazła się w Dziale Ksiąg Zakazanych?
Kobieta zmrużyła oczy. Przyglądała mu się z tym podejrzliwym błyskiem w spojrzeniu. Próbował sobie przypomnieć, jak się nazywała. Przychodził do biblioteki dość często, ale zwykle ją ignorował i zajmował się swoimi sprawami. Wydawało mu się, że miała na nazwisko Boone albo Brooke.
– Co jest w niej takiego specjalnego? – Wskazał na książkę. – Nic w niej nie ma!
Musiał udawać, że nic w niej nie było przez cały czas. Powiedzenie, że były w niej informacje na temat stworzonych przez niego zaklęć, które nagle z jakiegoś powodu wyparowały prędzej zaprowadzłoby go do Munga, niż do odpowiedzi.
– Nie trafiła tam bez powodu ­– powiedziała tonem, jakby zdradzała mu ściśle tajny sekret. Tyle sam się domyślił. – Pytasz, co w niej specjalnego? Pewnego dnia po prostu pojawiła się w Dziale i za każdym razem, gdy ktoś próbował ją stamtąd wyjąć, znajdowała drogę z powrotem… Skąd to zainteresowanie akurat tym tomem?
Przeklęta książka, która potrafi zmieniać miejsce. Robiło się coraz ciekawiej.
– Zwykła ciekawość. – Wzruszył ramionami. – Co ma pani na myśli, mówiąc „znajdowała drogę z powrotem”?
– To książka w własną duszą i kaprysami. – Potarła palcem okładkę – Gdy przebywa gdzieś zbyt długo albo coś jej się nie podoba, to…
Bibliotekarka nagle syknęła i wykrzywiła usta z bólu. Księga wysunęła się jej z palców i upadła z głośnym hukiem na podłogę.
Kiedy nie patrzyła, szybko sięgnął po książkę i schował ją w swojej torbie.
– …Dzieje się właśnie to – dokończyła pocierając o siebie zranione dłonie. Spojrzała w dół, szukając wzrokiem trzymanego wcześniej przedmiotu. Westchnęła, widząc, że książki już tam nie było, jakby właśnie tego się spodziewała. – Znika. Za każdym razem wraca na swoje miejsce i właśnie dlatego jest w Dziale Ksiąg Zakazanych, ponieważ nie idzie się jej pozbyć.
Jeśli to, co mówiła, rzeczywiście było prawdą, to ta prawda nie dotyczyła Basila. Miał tę księgę u siebie przez kilka tygodni i w ciągu tego czasu, nawet na chwilę mu nie zginęła. Nie wróciła do Działu. Wciąż leżała w dokładnie tym samym miejscu, gdzie ją zostawił i nie wyglądała, jakby miała zamiar się gdzieś wybrać.
Dłonie bibliotekarki rzeczywiście zostały poparzone. Poparzyło ją, bo zbyt długo trzymała książkę? To też mu się nie zdarzyło. Był jakimś cholernym wyjątkiem? Wybrańcem Księgi? Tym, na którego nie działają siły czarno magiczne… bo sam jest ich pełen?
A może to dlatego, że jest Francuzem? Może książka po prostu nie lubi Anglików, którzy wiecznie tylko sprawiają problemy? W to mógł uwierzyć.
Rodzice często powtarzali mu, jaki to on nie jest wyjątkowy. Rodzice, dziadkowie, wszyscy z rodziny to robili. Wciąż słyszał Basil jest takim mądrym chłopcem, wiele w życiu osiągnie, stanie się dumą rodziny. Po kilku latach stało się to męczące, więc przestał słuchać. Znał już to na pamięć.
Dopiero po kilku długich sekundach dotarło do niego, że kobieta coś do niego mówi.
– …Wszystko?
– Słucham?
Wydała z siebie cichy dźwięk wyrażający zirytowanie.
– Pytałam, czy to już wszystko, co chciałeś wiedzieć – powtórzyła. Chciała już skończyć tę rozmowę i wrócić do pracy. Widział to w jej oczach. – Dobrze, w takim razie, ja…
Uniósł dłoń, zatrzymując ją.
– Jedno pytanie. Najwyżej dwa. Po prostu pewnego dnia pojawiła się tutaj? Nikt jej tam nie zostawił?
Przyjrzała mu się badawczo.
– Wiedzielibyśmy o tym. Nikt, przez ostatnie wiele lat, nie dołożył tam ani jednej książki. Jak już powiedziałam, pojawiła się znikąd.
– Zawsze była pusta? Nic się nigdy w niej nie pojawiło? – zadał kolejne pytanie. Na razie ostatnie, do jakiego odpowiedzi się domagał.
– Nikt nigdy nie zgłosił pojawienia się w niej jakichś słów, ja również sama nic takiego nie spostrzegłam. Myślę, że to po prostu nigdy się nie zdarzyło – odpowiedziała znów tym tonem, wskazującym na to, że ma dość rozmowy z nim. – Jeśli coś zauważysz, to możesz przyjść do mnie to zgłosić.
Kiwnął głową.
– Tak, oczywiście.
Dobrze wiedział, że za żadne skarby nie powiedziałby jej o tym, co wcześniej było w środku. Od razu przekazałaby to dyrektorowi, a ten jego rodzicom, natomiast oni pojawiliby się, zabrali go ze sobą do domu i trzymali pod kluczem.
Bibliotekarka odeszła, mamrocząc pod nosem coś o dzieciakach, przeszkadzających jej w pracy. Pomaganie takim dzieciakom jak on stanowiło część jej pracy, co miał ochotę jej wytknąć, ale postanowił już się więcej nie mieszać.
Zakończył zajęcia na ten dzień, zrobił, co chciał zrobić i zostało mu kilka godzin wolnego czasu, zanim będzie musiał pójść spać.
Czas na zmierzenie się z Tomem. Najlepszym współlokatorem, na jakiego mógłby trafić, a na pewno o wiele lepszym niż większość Ślizgonów.
Tom miał w sobie jakiś magnes, zapał, którym przyciągał do siebie wszystkich dookoła. Baz wiedział dobrze, że to wszystko tylko na pokaz, że tak naprawdę w głębi duszy jest jednym z największych dupków Slytherinu. Jak przystało na przywódcę tego domu.
Ostatnio wydawał się czymś wyraźnie podekscytowany. Tylko chodził w kółko po pokoju i syczał coś w tym swoim wężowym języku. Słuchając go, Baz zrozumiał jak Tom czuje się, gdy on mówi po francusku. Nie rozumie ani słowa i sądzi, że wszystko jest skierowanymi do niego obelgami.
W połowie drogi do pokoju wspólnego poczuł na sobie czyjś wzrok. Dobrze wiedział, do kogo należał, bo tylko jedna osoba w całym Hogwarcie była na tyle głupia, żeby go śledzić.
Tym bardziej, że sam powiedział, że będzie go obserwował. Idiota. Powtarzał mu to za każdym razem, gdy go widział, myśląc, że może dzięki temu to do niego dotrze, ale zdawało się nie działać, ponieważ Puchon sobie nie odpuścił.
– Oh, lumière. – Westchnął, nawet się do niego nie obracając. Na korytarzu nie było nikogo poza nimi. – Co mam zrobić, żeby się ciebie pozbyć?
– Przestać knuć. Stać się przyzwoitym człowiekiem. Powiedzieć, co stało się z Marion. To tylko takie propozycje.
Marion. Już prawie o niej zapomniał, tyle rzeczy się działo. Dlaczego w ogóle miałby o niej myśleć? Zrobił, co do niego należało. Odwalił kawał dobrej roboty. To ona jako pierwsza zachowała się jak kretynka, wyśmiewając go. Należało jej się wszystko, co od niego otrzymała. Śmierć.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że każesz mi przestać być Ślizgonem, prawda? Nie licz na to.
Wciąż szedł, a Lucian trzymał dystans. Nie próbował się zbliżyć, wiedząc, że gdy spróbuje, z całą pewnością oberwie.
– Ślizgonom zabronione jest nie bycie kompletnymi dupkami? – odezwał się znów Lucian. Próbował go sprowokować.
– Każdy ma prawo do bycia idiotą, ale ty z tym trochę przesadzasz. Słuchaj, ty… péquenaud. Naprawdę zaczynasz grać mi na nerwach. Dam ci dobrą radę, więc teraz lepiej uważnie słuchaj. – Odwrócił się do Luciana i warknął: – Sądzisz, że zrobiłem coś twojej przyjaciółeczce, tak? Niech będzie. Jeśli nie chcesz skończyć jak ona, lepiej się odczep. To ostatnie ostrzeżenie, następnym razem pożałujesz, że się zbliżyłeś.
Lucian zacisnął pięści. Chciał coś powiedzieć. Obrazić Basila, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów, więc tylko tam stał, zdenerwowany i parzył, jak Francuz odchodzi.
Baz naprawdę miał nadzieję, że tym razem Puchon postanowi go posłuchać. To nie tak, że nie chciał go skrzywdzić. Przeciwnie, ogromnie tego pragnął, nic nie dałoby mu aktualnie większej przyjemności niż widok cierpiącego Luciana. Ale nie mógł tego zrobić, jeszcze nie teraz.
Zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli ludzie zaczną znikać, ktoś w końcu to zauważy. To nie mogło się zdarzyć. Nie, kiedy miał jeszcze tyle przed sobą.
Przycisnął torbę do siebie. Księga Zaklęć była w środku. Teraz, gdy już nie przeszkadzał mu Puchon, mógł w spokoju sprawdzić, czy kartki wciąż są puste. Miał nadzieję, że powodem, dlaczego tusz zniknął, było to, że tylko on miał to widzieć.
Wyjął przedmiot i otwarł na drugiej stronie.
Widząc tam swoje pochyłe pismo, odetchnął z ulgą. Książka zdawała się chronić swoją zawartość przed niepożądanymi czytelnikami. Jeszcze ktoś spróbowałby użyć jakiegoś z zaklęć i co wtedy? Nie miał stuprocentowej pewności, że im się nie uda, jak Tomowi, ale nie chciał podejmować takiego ryzyka.
To miały być jego zaklęcia. Jego i nikogo więcej.
Nie pojawiło się w niej nic więcej, odkąd ostatni raz do niej zaglądał. A przynajmniej ostatni raz, gdy rzeczywiście coś w niej było napisane.
Nie spieszyło mu się do pokoju wspólnego. Chętnie robiłby cokolwiek innego, byle nie musieć tam iść, ale nie miał za bardzo co robić. Nie mógł pójść z przyjaciółmi na błonia czy gdzie oni tam chodzili, do tego brakowało mu przyjaciół.
Osoby, z którymi był stosunkowo blisko, nie nazwałby przyjaciółmi. Nawet Toma nie nazwałby przyjacielem. Przyjacielskim rywalem, ewentualnie, ale nie przyjacielem.
Lubił spędzać czas w samotności. Robić plany, knuć, odsypiać nieprzespane noce, spędzone na przygotowywaniu zemsty idealnej. Otwieranie się do ludzi, z kolei, nie brzmiało jak coś, co by mu się spodobało.
Nie, zdecydowanie nie. Nie będzie tego robił. Jeszcze znajdzie sobie przyjaciela i co wtedy? Będzie musiał spędzać z nim czas? Dbać o relację? Jeszcze czego.
Wrzucił „przyjaciół” do zakładki w umyśle z myślami, których wolałby się pozbyć.
Gdy był już prawie przy drzwiach prowadzących do kwatery Ślizgonów, znów usłyszał za sobą kroki.
– Mówiłem ci, żebyś się odczepił, ty…
– Nie przypominam sobie, żebyś cokolwiek do mnie mówił – przerwał mu damski głos. – Poza „Merci, fille”.
Momentalnie się obrócił i stanął twarzą w twarz z dziewczyną, którą spotkał jakiś czas temu. Krukonka. Młoda Bolton. We włosach miała jasnoniebieskie pasemko, współgrające z kolorem Ravenclawu.
– Jestem w tej chwili trochę zajęty, złotko. Czego tu szukasz?
Skrzyżowała ramiona na piersi, rzucając mu wyzywające spojrzenie.
– Kto powiedział, że chcę czegoś od ciebie? To ty odezwałeś się jako pierwszy.
– A od kogo innego możesz czegoś chcieć? – zapytał, po czym wskazał na drzwi. – W środku są sami idioci. Szczerze wątpię, żebyś szukała innej osoby.
Prychnęła.
– Nie pochlebiaj sobie… Ale tak, to ciebie szukałam.
Podała mu jakiś przedmiot, którego nie poznał od razu. Złote pióro. Jego pióro, które kiedyś wsadził sobie do kieszeni i zawsze zapominał, żeby je stamtąd wyciągnąć. Musiało mu wypaść. A ona znów mu przyniosła coś, co zgubił.
Może powinien częściej gubić rzeczy, żeby je znajdywała.
Wziął od niej przedmiot.
– Basil, prawda?
Kiwnął głową. Czuł się źle z faktem, że ona znała jego imię, a on dopiero od Riddle’a dowiedział się jedynie jej nazwiska.
– Owszem. Basil, Baz, wszystko jedno. A ty…?
Nie doczekał się odpowiedzi. Drzwi, obok których oboje stali, otwarły się, a ze środka wyszedł Riddle. Miał na ustach dumny uśmieszek, a w jego oczach Basil dostrzegł cień szaleństwa, czy też może podniecenia. Cieszył się z jakiegoś powodu i Baz nie był pewien, czy oznaczało to coś dobrego.
Gdy tylko zauważył Francuza, wypowiedział dwa słowa, których Baz obawiał się od dłuższego czasu.
– Udało się.


Początkowo miałam nieco inny plan na ten rozdział, ale tak jakoś wyszło, że nie wyszło. 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Bez powrotu

Patrzyli, jak Smith opada na kolana, na trawę pełną krwi. Bezwładne ciało opadło na ziemię, a resztki życia ulotniły się. Patrzyli na leżącego w kałuży krwi trupa. Na osobę zabitą przez Basila.
Tom krzywił się z odrazą, a on zastanawiał się tylko, czy na pewno nikt ich tam nie widział. Zabił szlamę. Nie pierwszy raz. Tym razem poza terenem Hogwartu, więc Riddle nie mógł się do niczego przyczepić. Przecież nie zamkną jego ukochanej szkoły, bo w miasteczku zginął niezbyt ważny człowiek?
Nie zdziwiłby się, jeśli nieobecność Smitha nie zostałaby nawet zauważona. Kto przejmowałby się kimś jego pokroju? Zwykłą szlamą? Na pewno nie czarodzieje z czystokrwistych rodzin, a tylko oni mieli jakieś znaczenie.
Twarz Smitha zbladła, wyglądała jak twarz porcelanowej lalki. Niebieskie oczy, bez życia utkwione w jednym miejscu, sprawiały przerażające wrażenie.
W przeciwieństwie do Marion, jego ciało nie obróciło się w proch. Stracił całą krew, ale jego ciało wciąż tam leżało. Nie zniknął i nic nie wskazywało na to, że ma się to stać.
– Naprawdę go zabiłeś – szepnął Tom. Jego głos brzmiał tak, jakby wciąż w to nie wierzył.
Zacisnął palce mocniej na różdżce, aż pobielały. Nie mogli tak tego zostawić. Na ciało ktoś może się natknąć. Jeszcze trafi im się jakaś staruszka, kolejna szlama, która zgłosi to do Ministerstwa i zaczną szukać sprawcy? Gdyby nie to, że krew leżała wszędzie wokół niego, wina spadłaby pewnie na wampiry.
Wciąż ukrywał ich cień drzew. Ostre gałęzie zarośniętego lasu wbijały mu się w skórę, zostawiając po sobie niewielkie szramy. Gdzieś w oddali rozchodziły się ciche szmery – dźwięki natury. Czuł wyraźny zapach sosny.
I krwi.
Po raz kolejny skierował swoją różdżkę na Smitha.
– Co robisz? – zapytał Riddle, chwytając go za rękę.
Skrzywił się na ten dotyk. Wolną dłonią strząsnął z siebie rękę Toma.
– Pozbywam się dowodów. Co innego miałbym robić? Transmutować go w filiżankę? – Zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad tym, co właśnie powiedział. – To wcale nie taki głupi pomysł. Słuchaj: zabijasz kogoś, transmutujesz martwe ciało w jakiś przedmiot i po prostu go zostawiasz. Ktoś znajdzie filiżankę i nawet mu go głowy nie przyjdzie, że to może być czyjś trup.
Czy to był sposób na zbrodnię idealną? Na pewno lepszy niż rzucenie na kogoś Avady i zostawienie ciała na miejscu zbrodni, żeby ktoś je odnalazł i wszczął poszukiwania.
Postanowił sobie, że kiedyś skorzysta z tego sposobu. Nie w najbliższej przyszłości, bo miał Ardento i resztę, ale kiedyś, kiedy nadarzy się do tego dobra okazja.
Skupił się na leżącym kilka metrów od nich trupie, ignorując Riddle’a w kółko powtarzającego, że powinni już iść.
– Ardento.
I znów oglądał ten jakże piękny widok. Żyły na rękach Smitha zrobiły się czarne. Poruszały się pod jego skórą niczym węże, zwinnymi i powolnymi ruchami, gotowe w każdej chwili zaatakować. Z powodu braku krwi w ciele, nie pragnęła ona uciec na zewnątrz i schronić od wszechobecnego gorąca, nie zmieniła też koloru skóry na czerwony. Poszarzała skóra stała się czarna, zwęglona, jakby Smith przez kilka godzin grzał się w płomieniach.
Wciąż nikt się nie pojawił, za co Basil w głębi duszy dziękował Merlinowi. Las znajdował się na uboczu, a fakt, że Smith poszedł w ich stronę, był całkowitym przypadkiem. Szli na tyle uważnie, ciągle się rozglądając, czy nikt na nich nie patrzy, że nie mógł wiedzieć o ich obecności. Dopóki nie przypłacił życiem za swój spacer.
Zapach martwego ciała zmienił się w spaleniznę. Przypomniało to Basilowi każdy raz, kiedy jego matka próbowała coś upiec. Nie miała ręki do gotowania ani pieczenia i wszystkie jej wysiłki kończyły się porażkami. Ojciec wciąż powtarzał jej, żeby zostawiła to skrzatom domowym, lecz ona uparcie się mu sprzeciwiała i nadal gotowała. A oni później udawali, że im smakowało, żeby nie poczuła się urażona.
Najpierw zapadła się klatka piersiowa Smitha, następnie czaszka, a potem cała reszta. Obrócił się w proch, szybko rozwiany przez wiatr, który postanowił pomóc Basilowi w pozbyciu się resztek mężczyzny.
Upewnił się jeszcze, czy na pewno nic nie zostało ze Smitha, po czym ostrożnie wyszedł spomiędzy zarośli. Nie chciał jeszcze bardziej zniszczyć swojego ubrania. Już i tak wymagało zaklęcia czyszczącego i naprawiającego szkody.
Tom kilka razy zamrugał, zanim podążył za Bazem. Wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą leżał mężczyzna jak zafascynowany. Oczy błyszczały mu jak wronie, gdy ta zobaczy coś, co jej się spodoba. Jak małe dziecko, szukające w sklepie nowej zabawki. Jak spadające gwiazdy, czy też meteoryty, lecące na spotkanie z Ziemią, by zadać jej silny cios.
– To było… Łał – wykrztusił z siebie wreszcie Riddle. – Z tym zaklęciem można by dokonać wielkich rzeczy. Wyobraź to sobie. Świat bez tych plugawych… – I Basil już dalej nie słuchał. Słyszał tą mowę już dziesiątki razy, jeden mógł sobie odpuścić.
Basilowi nie podobało się, że Riddle powiedział „tym zaklęciem”, a nie „twoim zaklęciem”. Wydawało się, jakby Tom chciał je od niego ukraść, by stało się kolejnym zwykłym zaklęciem, a nie czymś stworzonym przez niego. To była jego robota. To on wycierpiał, poznając zaklęcie. Riddle nie mógł sobie go ot tak przywłaszczyć. Tym bardziej, że nie potrafił go rzucić.
– Czas wracać – powiedział Basil, patrząc na stojący w oddali sklep, przez piwnicę którego dostali się do Hogsmeade. – Wszystko załatwione?
– To ja powinienem ciebie o to zapytać. Cieszyli się na twój widok?
Mimo że sens pytania był oczywisty, Basil dopiero po chwili zorientował się, że pyta o jego rodziców.
– Skakali z radości. Mere nawet się popłakała – odparł sarkastycznie, chociaż część z tego była prawdą.
Jego matka rzeczywiście uroniła kilka łez, gdy się z nim żegnała. Ciężko było ich przekonać, by pozwolili mu na pozostanie w Hogwarcie. Była to rzeczywiście najbezpieczniejsza opcja, jak oni sami na początku myśleli, ale zaczęli zmieniać zdanie. Przez jeden głupi wypadek.
Nie chciała zostawiać go samego. Czy naprawdę był sam? Większość czasu spędzał w towarzystwie innych czarodziei, nie mogli powiedzieć, że jest sam. Co innego, jeśli chodzi o pytanie, czy jest samotny.
Czasem czuł się samotny, opuszczony przez wszystkich i wystawiony na pożarcie wilkołakom. Zwykle starał się odtrącić te myśli na sam koniec swojego umysłu, uwolnić się od nich.
– Myślisz, że będą szukać Smitha? – spytał Tom. Ściszył głos do głośnego szeptu.
– Wątpię, żeby go znaleźli. Raczej nie będą spodziewać się, że gość jest teraz kupką popiołu. Désolé… Nie, wcale nie.
– Kiedy się nauczysz, że już nie jesteś we Francji i przestaniesz mówić po francusku?
Riddle wciąż się denerwował, że nie rozumiał niektórych słów wypowiadanych przez Basila, co sprawiało Francuzowi ogromną frajdę. Gdyby nie skazał się tym na atak w środku nocy, mówiłby po francusku przez cały czas. A tak wciskał od czasu do czasu tylko pojedyncze słówka ze swojego języka.
– Już to przerabialiśmy, ‘Mas. Tak wiele razy… Tellement de fois – powtórzył po francusku tylko po to, żeby zirytować Toma. – Masz dwie opcje: nauczyć się mojego języka albo przestać jęczeć jak stara baba, bo kiedyś w końcu oberwiesz za to w jaja.
Ruszyli do Miodowego Królestwa. Musieli zahaczyć o nie z dwóch powodów: żeby wrócić do Hogwartu i zakupić, albo zabrać z magazynu, jakieś słodycze. Basil bardziej skłaniał się do zabrania bezpłatnych próbek, tym bardziej, że nie miał przy sobie żadnych monet.
– Mógłbyś w końcu posłuchać.
– Niech pomyślę. – Przyłożył palec do ust i udał, że się zastanawia. – Nie, dzięki, spasuję.
– Cholerny Francuz.
– Wkurzasz się tylko dlatego, że jestem w czymś lepszy niż ty. To mi pochlebia, ale jest wnerwiające, daj sobie spokój.
Kopnął leżący pod jego stopami kamień. Mała ciemnobrązowa skała odbiła się od czubka jego buta i poturlała się gdzieś na bok.
– Ja? Zazdrosny? O ciebie? – Riddle się zaśmiał, jakby Basil opowiedział właśnie jakiś dobry dowcip. – Nie wyobrażaj sobie za wiele.
– Ja tylko mówię prawdę. Jak zawsze.
– Oullette i prawda? Nigdy nie słyszałem o bardziej nieprawdopodobnym połączeniu.
Basil prychnął.
– Bardziej prawdopodobne niż powodzenie twoich planów z Komnatą.
I zaczęli się kłócić, kto miał rację. Nie była to do końca kłótnia, żaden z nich nie podnosił głosu, bardziej wymiana argumentów.
Prowadząc zaciętą rozmowę, dotarli do Miodowego Królestwa. W środku było zadziwiająco pusto, zważając na to, że było sobotnie popołudnie. Teraz powinno krzątać się tam pełno ludzi.
– ‘Mas?
– Co chcesz? – zapytał tamten.
– Nie rozmawiajmy o tym. Przynajmniej na razie.
Był pewien, że Riddle zrozumie, o co mu chodzi bez tłumaczenia mu tego. Smith. Kolejne morderstwo, po którym nie poczuł żadnego żalu, jakby wraz z duszą Smitha ulatniało się także współczucie Basila. Nie czuł się nawet źle z tym, że niczego wtedy nie poczuł. Jego emocje całkowicie się w tamtej chwili wypaliły.
Nie mógł o tym rozmawiać. Nie w Hogwarcie. Ślizgoni lubią podsłuchiwać, a on wolał na razie nie zużywać na nich swojej magii.
– Czy to przejście na pewno jest krótsze od normalnego? Naprawdę nie cierpię tego korytarza – mruknął Baz, gdy jego noga przekroczyła próg sklepu.
Było tak wiele myśli, przed którymi uciekał.

***

Jego pierwszą myślą po powrocie do Hogwartu była młoda Bolton. Jak miała na imię? Czy już kiedyś ją minął, ale nie zwrócił na nią uwagi? Czy kiedyś ją obraził? Tych rzeczy Riddle mu nie powiedział.
Ciągnęło go w kierunku wieży Ravenclawu, żeby wypytać o nią innych Krukonów, ale nie chciał wyjść na desperata. Pewnie od razu by jej przekazali, że się zainteresował jej osobą. Krukonom nie można było ufać niemal równie mocno, co Ślizgonom. W końcu on sam prawie trafił do Ravenclawu.
Gdyby Tiara postanowiła umieścić go w domu kruka, jego życie wyglądałoby całkiem inaczej. Nie zakumplowałby się z Tomem, jeśli ich relację można nazwać kumpelską, byliby pewnie rywalami. Nie siałby takiej grozy wśród młodszych uczniów, szczególnie Puchonów. Kto bałby się Krukona?
Może miałby wtedy szansę poznać lepiej dziewczynę od francuskiego. Pannę Bolton.
Otrząsnął się z odrazą, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak wiele swoich myśli poświęca dziewczynie. Zwykłej dziewczynie o niewiadomym statusie krwi. Co było w niej specjalnego? Nic. Więc dlaczego tak go do niej ciągło?
Musiał przestać o niej myśleć.
– Co się tak krzywisz? – zapytał Riddle kpiąco.
Nawet nie zauważył, gdy jego usta ułożyły się w podkówkę, a brwi zmarszczyły tak mocno, że prawie połączyły się w jedną.
– To dlatego, że strasznie od ciebie jedzie – skłamał z uśmiechem. – Wdepnąłeś w hipogryfią kupę? Czy to twój naturalny zapach?
– Twoje żarty z dnia na dzień stają się coraz bardziej dziecinne. Jesteś pewien, że nie cofasz się w rozwoju?
Pokręcił głową.
– Wydaje mi się, że jest ze mną wszystko w porządku.
Riddle westchnął, ale już więcej się nie odezwał.
Rozdzielili się na drugim piętrze. Tom poszedł pogadać z Lestrange’em i Nottem. Znowu zajmował się swoją zgrają nieudaczników, czy też, jak to lubił ich nazywać, Śmierciożercami. Dla Basila byli bardziej Śmieciożercami, ale wolał zachować to dla siebie.
Basil poszedł prosto do swojego pokoju, omijając pokój wspólny najszybciej, jak tylko było to możliwe.
Riddle’a znowu nie było w ich pokoju, co sprawiało Basilowi pewnego rodzaju przyjemność z chwilowej samotności. Tom W pomieszczeniu panował przyjemny chłód. Nie było za gorąco, jak wtedy, kiedy rzucał Ardento, ani za zimno, przez Deglacio. Było idealnie.
Długimi palcami rozpiął guziki koszuli, jeden po drugim, i rzucił ją w kąt pokoju. Był u siebie, nie musiał się dłużej przejmować, czy wygląda wystarczająco dobrze. Nikt go tam nie widział.
Usiadł na łóżku. Lekko ugięło się pod jego ciężarem i zaskrzypiało. Zignorował to. Jeśli coś się zepsuje, każe Riddle’owi rzucić zaklęcie naprawiające. Każe mu, jeśli jego próba zawiedzie.
Czy jego zaklęcia wciąż szwankowały? Raz mu wychodziły, raz nie. Istniały tylko trzy, które nigdy go jeszcze nie zawiodły, a on był jedynym, mogącym z nich korzystać. Wątpił, żeby udało mu się z nimi zdać SUMy.
Na lekcjach rzucanie zaklęć w miarę mu wychodziła, większość podejść kończyła się powodzeniem. Za to, gdy lekcje się kończyły, a on chciał ułatwić sobie życie jakimś zaklęciem, to już nie tak często działały.
 Tak, jakby jego magia chciała, żeby jako tako szło mu w szkole, ale nie w życiu prywatnym. Jakby chciała go zmusić do korzystania z tego, co mu wychodzi. Tych trzech zaklęć, niosących śmierć. I zwycięstwa.
Chwycił różdżkę i wycelował ją w leżącą na drugim końcu pokoju torbę.
– Accio!
Nie wiedział, czego się spodziewał. Czy tego, że przyleci, czy że zostanie na miejscu. Nie mając wielkich oczekiwań, i tak się zawiódł, widząc, że torba nie ruszyła się nawet o milimetr.
– Merde – warknął, rzucając różdżkę na podłogę.
Miał ochotę ją rozdeptać, podpalić, a popiół wyrzucić do wody, żeby utonął i nie musiał więcej na nią patrzeć. Ale się powstrzymał. Musiałby znaleźć sobie nową, a kto wie, czy kolejna nie sprawiałaby jeszcze większych problemów.
Wpatrywał się dłuższą chwilę w różdżkę z czystą nienawiścią. Czy to była wina różdżki? Przez cztery ostatnie lata nie sprawiała żadnych problemów, dopiero teraz coś zaczynało się psuć. Nie, to musiało być przez jego magię.
Co, jeśli kiedyś całkiem straci magię? Będzie wtedy jak ci wszyscy zwykli mugole, nic niewarty. Miał ochotę splunąć na podłogę na samą myśl o tym, ale nie chciał brudzić sobie pokoju. Kto by to potem posprzątał?
Wziął kilka głębokich oddechów i sięgnął po różdżkę. Położył ją obok siebie na łóżku, starając się na nią jak najmniej patrzeć.
I wtedy przypomniał sobie, że zapisał gdzieś nowe zaklęcie. Tylko gdzie? Nie pamiętał dokładnie, na czym je zapisywał. Była to po prostu kartka, która akurat wpadła mu w ręce, bo leżała blisko.
Rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem kawałka pergaminu z Feritagre. Gdzie go położył? Sięgnął pamięcią do wcześniejszych wydarzeń tego dnia. Nie chował go, to na pewno, za bardzo mu się spieszyło. Papier musiał leżeć gdzieś na widoku.
Problem tkwił w tym, że jego część pokoju stanowiła całkowity chaos. Walały się tam książki, pióra i pergaminy z zadaniami domowymi. Wszystkiego było tam zbyt wiele, żeby szybko to znalazł. Poszukiwania zajęłyby mu co najmniej półtorej godziny.
Wziął do ręki leżący najbliżej niego pergamin.
– „Czy olbrzymy powinny zostać zabite?” – przeczytał widniejący u góry tytuł.
Napisał to w trzeciej klasie i, jak widać, zapomniał oddać. Nie pamiętał, co wtedy powiedział nauczycielowi historii magii, ale jakoś udało mu się ujść płazem z nieoddanym zadaniem. Od tego czasu walało się po jego pokoju.
Kilka kolejnych papierów wyglądało podobnie. Wziął kilka z nich do rąk i tylko rzucał okiem na zapisane tam słowa, szukając jednego konkretnego.
Znalazł wiele wypracowań, skończonych i tych nie do końca, starych i nowych, ale na żadnej z kartek nie było tego, czego szukał.
Postanowił, że wrzuci te wszystkie papiery do ognia, jak tylko wyjdzie do pokoju wspólnego. Należało się ich w końcu pozbyć. Do niczego nie były mu dłużej potrzebne, jedynie przeszkadzały.
Przejrzał jeszcze kilka książek, dosłownie wszystko, co leżało w pokoju i można było na tym pisać. Gdzieś musiał być ten napis. Przecież by nie wyparował, prawda?
I wtedy pomyślał o jednym tomie, którego jeszcze nie sprawdził.
Jego wzrok spoczął na książce, którą zabrał z Działu Zakazanego. Czy może…?
Wziął ją do ręki i zaczął kartkować.
Jak wcześniej, pierwsza strona była pusta. Ale druga nie. Tak samo trzecia i czwarta. Pojawiły się tam równe czarne litery, starannie napisane. Jego pismem.
Na pierwszej, a tak właściwie to drugiej, stronie był wielki napis „Ardento”, a wokół niego informacje na temat zaklęcia. Co powoduje, jak można z niego korzystać, jaki ma poziom w skali morderczości. Siedem na dziesięć gwiazdek.
Następną stronę zajmowało Deglacio, a kolejną Feritagre. Wyglądały podobnie. Wokół zaklęć opisane było wszystko, co o nich wiedział. Tylko, że on tego nie napisał. Jedyne, za napisanie czego był odpowiedzialny to Feritagre, nic ponadto.
Jakimś sposobem książka stała się jego własną księgą zaklęć.


 Miałam dodać w sobotę, ale zaczęłam grać w Dream Daddy (mocno polecam!!) i no, nie wyszło. Troszku się wciągnęłam (Craig fav, a Joseph może się wypchać). I doszła jeszcze nowa piosenka Louisa (którą polecam jeszcze mocniej). 
Czekał na publikację trzy tygodnie (ktoś tu się wciąż nie wyrabia) i to ostatni z krótszych rozdziałów. A przynajmniej mam taką nadzieję. 

sobota, 8 lipca 2017

Feritagre

Pragnę rozpocząć ten rozdział od funfactu: jedną z potencjalnych nazw dla Ardento miało być Grillerio.

Zanim wyszedł na spotkanie z rodzicami, musiał znaleźć inną koszulę.
Tym razem zaklęcie było krwawe – poprzednie nie zostawiały po sobie namacalnych śladów. Ardento trochę go popiekło, Deglacio zmroziło, a Feritagre sprawiło, że krwawił. I ta krew nie zniknęła, tylko pozostała tak samo na jego piersi, jak na koszuli.
Gdyby ktoś go znalazł zaraz po pojawieniu się zaklęcia, pomyślałby, że został dźgnięty albo wdał się w bójkę z kolegami z domu. Tylko, że na jego ciele nie było żadnych obrażeń, sama krew.
Jak wcześniej, zapisał słowo na pierwszym lepszym kawałku papieru, żeby później się nim zająć.
Dyrektor zaproponował, że do Hogsmeade odprowadzi go któryś z nauczycieli. Nie mógł przecież sam, ot tak, wyjść sobie z Hogwartu. Ktoś musiał go pilnować. Na szczęście, miał mu towarzyszyć Slughorn. Z łatwością się go pozbędzie.
Wymknął się z pokoju wspólnego niepostrzeżenie. Wszyscy tam obecni byli zajęci swoimi sprawami, nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi.
Przed wejściem czekał na niego profesor, gawędząc z nikim innym, jak Tomem. Riddle zawsze podlizywał się opiekunowi domu, był jego ulubionym uczniem. Gwiazdą, która kiedyś odniesie ogromny sukces i będzie znana w całym czarodziejskim świecie. Nie miał co do tego wątpliwości.
– Gotowy? – zapytał Slughorn, gdy zauważył jego pojawienie się.
Riddle posłał mu pytające spojrzenie. No tak, nie wiedział. Nikt poza niektórymi nauczycielami nie wiedział o jego spotkaniu z rodzicami. Powiedział Tomowi tylko, że wybiera się do Hogsmeade, nie wspomniał, z jakiego powodu.
Zastanawiał się, czy idzie bezgłośnie przedstawić słowa „nie twój interes”.
– Im szybciej będę miał to za sobą, tym lepiej. Właściwie – Zerknął na Toma, jakby obawiając się, że jakimś sposobem poznał jego tajemnice i zaraz wyjawi je profesorowi – może pójdę sam? Pan pewnie ma dużo na głowie. Domyślam się, że jest ogrom spraw, które muszą zostać przez pana załatwione, bo kto inny by to zrobił, jak nie pan? Sam sobie poradzę.
– Och, nie, Basilu. Nie możesz sam wychodzić – zaprotestował szybko Slughorn.
– To tylko Hogsmeade, byłem tam milion razy. I jeszcze moi rodzice tam są, już czekają. Co złego może mnie spotkać w miasteczku, takim jak Hogsmeade?
Profesor wciąż nie wyglądał na całkiem przekonanego. Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Zastanawiał się. Spojrzał raz na niego, raz na Toma, zastanawiając się, co powinien zrobić.
Riddle, jak zawsze będąc dobrym przyjacielem, postanowił mu pomóc.
– Mogę potowarzyszyć Bazowi, jestem prefektem. Dopilnuję, żeby nic mu się po drodze nie stało – przekonywał go Tom.
– Chłopcy, powinien być tam z wami opiekun. 
– Przecież wie pan, że damy sobie radę. Razem z Tomem znamy Hogsmeade jak własne kieszenie, a może nawet lepiej.
Slughorn kilka razy pokręcił głową, nie chcąc się zgodzić. W końcu jednak westchnął, zrezygnowany i machnął na nich ręką.
– Rzeczywiście jest kilka rzeczy, którymi muszę się zająć… Jakby ktoś pytał, byłem tam z wami. Nie chcemy robić sobie niepotrzebnych problemów, prawda, chłopcy?
Baz tylko lekko się uśmiechnął w podziękowaniu. To było łatwiejsze, niż przypuszczał. Obecność Riddle’a ułatwiła mu zdobycie zgody. Ten jeden raz był zadowolony z jego obecności.
Najchętniej udałby się do Hogsmeade samemu, ale jeśli miał wybierać między Riddlem a Slughornem, to zawsze wybierze tego pierwszego. Przy nim przynajmniej nie musiał udawać grzecznego całą drogę.
– Którędy idziemy? – zapytał Tom, gdy się oddalili.
– Jednooka wiedźma? – zaproponował.
Była to krótsza droga niż ta, którą normalnie wychodzą w weekendy do Hogsmeade. Dowiedział się o niej od starszych Ślizgonów, którzy opuścili już Hogwart. Podsłuchał ich rozmowy, a potem okazało się, że na trzecim piętrze kryje się sekretna droga do miasteczka.
On i Tom byli jedynymi, którzy o niej wiedzieli. Dotychczas, po ukończeniu szkoły przez tamtych, nie widzieli nikogo więcej w korytarzu. Czasem korzystali z niego, by niezauważonym wyjść ze szkoły.
Szybkim krokiem udali się na trzecie piętro. Cichy odgłos ich butów dotykających zimnej podłogi ginął wśród dźwięków. Wśród rozmów, śpiewu ptaków (którym Baz najchętniej połamałby za to karki) i wszechobecnych śmiechów.
Na trzecim piętrze na szczęście nie było żywej duszy. Nikogo, kto mógłby sprawiać problemy.
Przy posągu Gunhildy z Gorsemoor Baz usłyszał pytanie Toma:
– Dobra, Baz, po co tak naprawdę tam idziesz?
Zastanowił się nad odpowiedzią, przyglądając się podobiźnie szkaradnej czarownicy. Wychudzona, z wiszącą na niej szatą i tylko jednym okiem, zdawała się straszniejsza niż wszystkie duchy Hogwartu razem wzięte.
– Mam się tam spotkać z rodzicami. Chcą, żebym wrócił do domu. Nie musisz ze mną iść, już i tak za tobą nie przepadają.
Podczas pierwszego roku w szkole, opowiadał rodzicom o nowych kolegach, głównie o Tomie, ale im więcej im mówił, tym bardziej nie odpowiadało im towarzystwo, w jakim obraca się ich syn. Wciąż powtarzali, żeby trzymał się z dala od Toma, ponieważ ma na niego zły wpływ. Puszczał to mimo uszu, bo jak można unikać własnego współlokatora?
– Nie przepadają za mną? – zapytał Tom, całkowicie ignorując wiadomość o tym, że Baz ma wrócić do Francji. – Przecież nigdy mnie nie… Mówisz o mnie swoim rodzicom? – Wydawał się poruszony tym odkryciem. Dotknął dłonią swojej piersi, a kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
– Nie wyobrażaj sobie za wiele, ‘Mas. Zwykle na ciebie narzekam i mówię, jaki z ciebie kontrolujący kretyn.
– Wciąż.
Wypowiedział hasło, a garb wiedźmy szybko się otworzył, ukazując kamienną zjeżdżalnię. Oboje zjechali nią na dół, do zimnego korytarza.
Czy zrobiłoby się cieplej, gdybym rzucił Ardento?, przeszło przez myśl Bazowi, ale wolał nie ryzykować. Co, gdyby w ten sposób, zamiast wywołania ciepła, rozpaliłby ogień?
Znał podziemne korytarze Hogwartu lepiej niż jakakolwiek inna osoba w tej szkole. Wiedział, dokąd każdy prowadzi, w którą stronę skręcić, by dotrzeć, gdzie chciał. Wszystkie były w nienaruszonym stanie. Niewiele osób nimi chodziło, odkąd powstały.
Pewnie miały stanowić pewien sposób na ewakuację uczniów, na wypadek ataku, ale po jakimś czasie całkowicie o nich zapomniano. Pokryły się kurzem i pajęczynami, czekając na kogoś, kto znów nimi przejdzie.
Starał się unikać kontaktu z czymkolwiek, co mogłoby go pobrudzić. Nie chciał pokazać się rodzicom w ubraniach pokrytych pajęczynami i z pająkami we włosach. Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie miny swoich rodziców, widzących go w takim stanie.
Po kilku metrach Tom rzucił Lumos, nie ufając „świetnemu” wzrokowi Basila w ciemności. Światło wydobywające się z różdżki rozjaśniło kamienne ściany. W niektórych miejscach kryły się cienkie wgłębienia. Ślady paznokci.
Wcześniej nie zwracał uwagi na to, co było na ścianach. Skupiał się jedynie na tajemnych przejściach i tym, co ma pod nogami.
– Jak z twoją Komnatą? – zagadnął Toma. Był ciekaw, czy dowiedział się czegoś więcej.
– Bazyliszek pragnie, bym go odnalazł i uwolnił. Istnieje jedno przejście do Komnaty. Muszę je znaleźć. Oczywiście liczę na twoją pomoc, Baz.
– Jeśli ładnie poprosisz.
Tom prychnął.
– W takim razie zadowolę się Averym albo Lestrange’em. Twoja strata.
– Z pewnością daleko z nimi zajdziesz. Są równie kompetentni, co zgraja indyków – zakpił, patrząc przed siebie. Byli już w połowie drogi. – Utopiliby się w deszczu.
– Dopóki się słuchają, to nie widzę powodu, żeby się ich pozbywać.
Zrobił sobie w głowie szybką selekcję myśli. Pozbył się tych, którymi nie chciał się w tej chwili martwić i skupił na reszcie. A jedną z tej reszty była dziewczyna, którą spotkał tydzień wcześniej. Była taka… zwykła, a jednak przyciągnęła jego uwagę.
Czy powinien zapytać Riddle’a o nią? Kojarzył więcej osób ze szkoły niż on, mógł ją znać.
Raz kozie śmierć.
– ‘Mas? – zaczął niepewnie. To był jego pierwszy błąd.
– Hm? – mruknął Tom. Szedł za nim, chociaż to on trzymał ich źródło światła.
Przynajmniej nie musiał patrzeć mu w oczy.
– Potrzebuję nazwiska jednej Krukonki. Brązowe włosy, dość niska, chyba rok młodsza. Ah, i jeszcze zna francuski – dodał na koniec, jakby wcale nie było to dla niego ważne. Prawdą było, że właśnie ta cecha liczyła się dla niego najbardziej. Cóż mogłoby być lepszego, niż osoba, z którą mógłby obrażać innych w jego rodowym języku? – Kojarzysz?
– Prawie połowa Krukonek jest niska i ma brązowe włosy, musisz być trochę bardziej precyzyjny.
Przywołał do siebie wspomnienie jej osoby. Moment, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. I znów poczuł ten zapach. Róże.
Starał się znaleźć w pamięci jakiś charakterystyczny punkt jej wyglądu. Zielone oczy się nie wyróżniały, różowe usta tak samo. Większość detali przesłaniała mu szata Ravenclawu.
– Pieprzyk nad wargą? Świecące kolczyki w kształcie gwiazd? – przypomniał sobie.
Oczy Riddle’a błysnęły.
– Chodzi ci o młodą Bolton? Jej brat był prefektem. Lubił odbierać nam punkty – Skrzywił się z odrazą.
Mgliście pamiętał Boltona. Chyba jedyne jego wspomnienie z owym Krukonem było sprzed dwóch lat, gdy tamten był w ostatniej klasie. Baz szedł korytarzem podczas ciszy nocnej i został przez niego złapany. Stracił tamtej nocy wiele punktów dla swojego domu, przez co kilka osób się zdenerwowało.
Czy mógł być bratem tamtej dziewczyny? Czy rzeczywiście była młodą Bolton?
– Skąd to nagłe zainteresowanie?
Wzruszył ramionami. Najchętniej w ten sposób odpowiadałby na każde zadane mu pytanie. Albo poprzez rzucenie śmiercionośnego zaklęcia.
– Podpadła mi. Chciałem wiedzieć, na kim mam się mścić – skłamał.
Tom nie wydawał się przekonany jego odpowiedzią, ale nie zadawał więcej pytań.
Kilka minut później dotarli do wyjścia. Znajdowali się w Miodowym Królestwie. W drodze na zewnątrz musieli uważać, by nikt ich nie przyłapał na gorącym uczynku.
Wymknęli się na zewnątrz, chowając się po kątach. Nikt nawet nie spostrzegł ich obecności, przez co Baz doszedł do wniosku, że zdecydowanie powinni poprawić ochronę w tym sklepie. Z łatwością można było ich okraść.
Państwo Oullettowie mieli czekać na niego w Pubie pod Trzema Miotłami. Riddle zaproponował, że zajmie się sobą, kiedy on będzie próbował przekonać rodziców, że powinien zostać, a nie wracać z nimi. Jeszcze Riddle’a tam brakowało. Gdyby tylko ich razem zobaczyli, pewnie od razu kazaliby Tomowi trzymać się od niego z daleka.
W samotności udał się do Pubu. Jak tylko wszedł do środka, uderzyło go ciepło tamtego miejsca. Palące się w kominku drewno dostarczało nie tylko ciepła, ale również nadawało gospodzie przytulnego charakteru, a dzięki kominkowi, mogli się tam przenosić czarodzieje z dalszych miejsc.
Szybko ich zauważył. Wyróżniali się wśród wszystkich obecnych tam czarodziei. Wokół nich unosiła się ta arystokratyczna aura, a powietrze od razu nabierało zapachu lawendy.
Jego matka, Arlette, mimo mijających lat, wciąż wyglądała pięknie. Może i miała już kilka małych zmarszczek, ale one ani trochę nie oszpecały jej twarzy. Miała na sobie elegancką czerwoną suknię, którą otrzymała od jego ojca na ostatnie urodziny. Ten strój pasował bardziej na jakiś bal niż spotkanie z synem w pubie.
Ojciec, Pierre, również wyglądał nie na miejscu w szarym garniturze. Jego laska oparta była o zajmowane przez niego krzesło. W jego przypadku nieco bardziej widać było oznaki starzenia. Czarne włosy przerzedzone były szarymi nitkami, tak samo jak jego kozia bródka.
Matka patrzyła na niego z zatroskaniem, a ojciec z powagą, pewnym oczekiwaniem.
Usiadł naprzeciwko nich. Wszystkich obecnych w Pubie czekała miła francuska kłótnia.
– Bonjour, mère. Père. – Skinął na ojca głową.
– Basileus – zwróciła się do niego matka. – Spakowałeś się? Wracasz dzisiaj z nami.
Złożył ręce i oparł je na stole.
– Odnośnie wyjazdu… Co jest tak ważnego, że muszę wracać?
Rodzice spojrzeli po sobie, jeden szukając pomocy u drugiego.
– Zanim się urodziłeś, twoja matka została przeklęta – wyznał Pierre. – Sądziliśmy, że to tylko żart, ale kiedy otrzymaliśmy wiadomość o tym, że wylądowałeś w skrzydle szpitalnym… Wszystko zaczęło nabierać sensu. – Nie dla Baza. On jedynie wpatrywał się w rodziców, zdezorientowany. – Czyha na ciebie ogromne niebezpieczeństwo, Basilu.
– Co za niebezpieczeństwo? I czemu została przeklęta? Jak? – Tak wiele pytań zaprzątało jego głowę. Potrzebował odpowiedzi na każde z nich.
Tym razem odpowiedziała mu Arlette:
– To, dlaczego zostałam przeklęta opowiem ci innym razem. Chodzi o to, że siły zła cię szukają. Będą próbowały tobą zawładnąć, przeniknąć do kości i zmienić twoje serce w kamień. Strzeż się ciemności. Strzeż się ciemności – powtórzyła łamiącym się głosem.
– Siły zła? Poważnie? Chyba nie sądzicie, że uwierzę w coś takiego…
Pierre obrzucił go piorunującym spojrzeniem.
– Jeśli wszystko okaże się prawdą, jesteś w niebezpieczeństwie, synu. Ciemność cię szuka, a ty nie możesz pozwolić się złapać.
To, co mówili mu rodzice, nie miało dla niego żadnego sensu. Ciemność? Niebezpieczeństwo? Przecież to typowy dzień dla Ślizgona.
– Załóżmy, że wam wierzę i jest to prawdą – powiedział, podnosząc do góry palec wskazujący. – Uważacie, że w domu będę bezpieczniejszy? Mniej podatny na „siły zła”. – Starał się nie brzmieć sarkastycznie. Z mizernym skutkiem.
– W domu będziemy mogli cię chronić.
– W Hogwarcie jest kilkaset czarodziei, którzy mogą mi pomóc. W domu będzie ich tylko dwójka. Wciąż uważacie, że lepiej będzie zabrać mnie ze sobą?
Oboje zgodnie kiwnęli głowami.
– Już raz wylądowałeś w skrzydle, co jeśli następnym razem cię nie uratują? Albo, co gorsza, zrobisz coś komuś?
Już za późno, pomyślał, przypominając sobie o Marion, na której przetestował działanie Ardento.
– Naprawdę sądzicie, że mógłbym zrobić komuś krzywdę? Nie ufacie własnemu synowi? Nigdy nie skrzywdziłbym innego człowieka.
– Tak, oczywiście, Basilu – odparła szybko matka. – To tylko dla twojego dobra.
– Jeśli zależy wam na moim dobrze, powinniście rozważyć pozwolenie mi na zostanie w jednym z najbezpieczniejszych miejsc na całym świecie.

***

– Jak ci poszło?
Tom czekał na niego przed Miodowym Królestwem, opierając się nonszalancko o ścianę.
– Nadal jestem w Anglii, jak widać – odpowiedział mu, wskazując na siebie. – I na razie zostanę. Musiałem się trochę nagadać, ale na razie to kupili.
– Musisz zrobić coś jeszcze czy możemy wracać?
Załatwił najważniejszą sprawę, więc mógł skupić się na innych. Na przykład na sprawdzeniu nowego zaklęcia.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, gdy zaczął wyobrażać sobie, co takie zaklęcie jak Feritagre mogłoby zrobić z człowiekiem. Chętnie zobaczyłby pociętego Luciana, ale niestety nie było go w okolicy, więc musiał znaleźć sobie inną ofiarę.
– Jest jedna rzecz, której chciałbym spróbować – mruknął tajemniczo.
– Ach, tak?
Ruszył w stronę znajdującego się kawałek dalej lasu. Stanowił dobre schronienie. Jeśli rzuci zaklęcie stamtąd, nikt go nie zauważy. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Tom dotrzymywał mu kroku, nie odzywając się ani słowem przez całą drogę do lasu.
Weszli pomiędzy drzewa. Każde z nich było wysokie na kilka metrów i rzucało długi, ciemny cień. A w cieniach skryli się oni. W tych zaroślach byli nie do spostrzeżenia, nawet z niewielkiej odległości.
– Co planujesz, ‘Mas? – zapytał szeptem Riddle. Wyglądał na wyraźnie zaciekawionego poczynaniami współlokatora.
– Nowe zaklęcie – powiedział krótko. – Mam dobre przeczucia.
Zaledwie kilka minut wcześniej rodzice mówili mu o tym, żeby nie robił nic złego i unikał ciemności. A on właśnie chował się w czarnym lesie, planując kogoś zaatakować. Rodzice nie byliby zadowoleni, widząc jego poczynania. Ale oni wrócili do Francji, więc nie miał się czym przejmować.
Tylko czy zaatakowanie szlamy było czymś złym? On robił coś dla dobra świata. Godził się na takie czyny, by uczynić czarodziejski świat lepszym.
Słyszał kiedyś o niejakim Hitlerze i jego rozkazie oznakowania żydów i sądził, że ze szlamami powinno robić się tak samo. Powinien wiedzieć, kto jest niżej w hierarchii niż on, kto ma mniejsze prawa.
Tak, gdyby stanął na czele ministerstwa, zrobiłby to samo, co Hitler. Powybijałby szlamy jak robaki. Pozbył się brudu z kuli ziemskiej, a zostawił tylko tych, mających jakieś znaczenie.
W zasięgu wzroku pojawiła się męska sylwetka nieznanego mu człowieka. Łysy facet z nadwagą szedł w ich stronę.
– Kto to? – spytał szybko Toma.
– Smith, pracuje Pod Świńskim Łbem. Stuprocentowa szlama. – Niczego więcej nie potrzebował.
Wycelował różdżką w mężczyznę i wyszeptał zaklęcie:
Feritagre.
Gdy tylko zaklęcie dosięgło Smitha, ten zaczął krzywić się z bólu, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk, tylko krew. Szkarłatna posoka sączyła mu się z ust, a także oczu i uszu. Krew zaczęła wydobywać się również spod jego koszuli, przesiąkając przez nią i spadając kroplami na ziemię.
Nie minęło pięć minut, a Smith leżał na trawie martwy, pozbawiony krwi.

piątek, 16 czerwca 2017

Puste strony

Sfrustrowany zamknął kolejną książkę. Od kilku godzin siedział w bibliotece, szukając czegoś, co dałoby mu jakiekolwiek informacje o poszukiwanym przez niego przedmiocie, pojawiających się zaklęciach oraz tym, że te, których powinien używać bez problemu, mu nie wychodzą. Albo chociaż o Komnacie Tajemnic, którą tak zainteresował się Riddle.
Odłożył gruby tom na półkę, po czym od razu rozpoczął poszukiwanie kolejnego, w nadziei, że może gdzieś uda mu się znaleźć coś przydatnego. Jak na razie jego poszukiwania były całkowicie bezowocne, a z każdą mijającą minutą stawał się jeszcze bardziej zdenerwowany.
Przejrzał już ponad setkę książek, a wciąż nie wpadł na nic, co przykułoby jego uwagę.
Jego spojrzenie powędrowało w stronę Działu Ksiąg Zakazanych. Najciekawsze tomy kryły się właśnie tam, a żeby móc cokolwiek stamtąd wziąć, potrzebował zgody nauczyciela. Owszem, gdyby zapytał Slughorna o zgodę, ten pewnie nawet nie zapytałby, czego szuka, tylko bez problemu dał pozwolenie.
Stukał paznokciami w stół, sprawdzając jeszcze, czy nie ma nikogo w okolicy. Kilka regałów dalej krzątało się kilku Gryfonów, wybierających książki potrzebne im do odrobienia zadań. Poza nimi w bibliotece była jeszcze tylko pilnująca jej bibliotekarka, która nie zwracała na niego większej uwagi po tym jak powiedział jej, że szuka tylko informacji na zajęcia historii magii.
Dyskretnie wyciągnął z kieszeni różdżkę, upewniając się przy tym dziesięć razy, że nikt na niego nie patrzy. Położył ją obok siebie na stole, czekając na odpowiedni moment. Najpierw musiał pozbyć się Gryfonów, wiecznie rujnujących plany.
Nie mógł zrobić tego, co sprawiłoby mu przyjemność, czyli zadrwić z nich i spróbować wygonić jak najdalej, bo to tylko przyciągnęłoby ich uwagę. A tego nie chciał. Więc musiał przeciwstawić się swoim żądzom.
– Gryffindor! – zawołał do nich. Nie wiedział, jak którekolwiek ma z nich na imię, a jakoś zawołać ich musiał. Gdy obrócili się i spojrzeli niego, mówił dalej: – Skoro już tu jesteście, może się przyłączycie? Miejsca nie brakuje. – Wskazał wolne krzesła wokół siebie, wymuszając przyjazny uśmiech. – W grupie jest raźniej.
Cała grupa spojrzała na niego, jakby właśnie im powiedział, że zjadł na śniadanie szczeniaka. Pewnie myśleli, że za mocno uderzył się w głowę i oszalał. Wymienili między sobą kilka krótkich zdań, których Baz nie mógł usłyszeć, a potem szybko się ulotnili.
Wszystko poszło zgodnie z planem. Co może być gorszego od okrutnego Ślizgona? Miły Ślizgon. Jeśli kiedykolwiek żyli jacyś z tego gatunku, już dawno wyginęli.
Odprowadził ich wzrokiem do wyjścia. Gdy tylko zniknęli mu z oczu, po raz ostatni rzucił okiem na bibliotekarkę. Stała do niego tyłem, układając książki na półkach.
Oplótł palce wokół różdżki i uniósł ją o kilka centymetrów.
Deglacio.
Tak samo jak poprzedniego razu Wielka Sala, biblioteka pokryła się lodem. Bibliotekarka zamarła z ręką w górze, zaledwie kilka centymetrów od książki, którą chciała wziąć. Regały również zamarzły, a nienaruszone zostały tylko książki. I on. Tak jak tego chciał.
Skoro wszystko zamarzło, nikt mu nie przeszkodzi w szperaniu w Dziale Ksiąg Zakazanych. Jeśli zaklęcie wyszło tak samo jak wcześniej, cały zamek stał się martwy, zatrzymany w czasie. Nawet w przypadku, gdyby jakaś książka zaczęła krzyczeć, co się czasami zdarzało, nikt tego nie zauważy. Będzie bez winy. Bez świadków. Bez dowodów.
Wstał z krzesełka i podszedł do pożądanego miejsca, nie spiesząc się. Przeszedł ponad sznurem i zaczął się rozglądać. Że też wcześniej nie wpadł na ten pomysł. Zaoszczędziłby tak wiele czasu, straconego na nic nie warte lektury, w których i tak wiedział, że nic by nie znalazł.
Przesuwał palcem po grzbiecie każdej po kolei książki. Niektóre z nich miały tytuły, większość jednak z czasem wyblakła albo była w nieznanym mu języku. Każda z tych książek skrywała coś, co było dla niego zakazane, o czym wiedzieć nie powinien. Księgi czarnomagiczne, informacje o truciznach, zakazanych zaklęciach i przedmiotach. Najciekawszy dział biblioteki stał przed nim otworem, a on miał tyle czasu na przeglądanie go, ile tylko zapragnął.
Zaklęcie zamrażające okazało się całkiem przydatne.
Wybrał zielony tom, wyróżniający się wśród wszystkich beżowych, brązowych i czarnych. Wyglądał na oprawiony w skórę węża. Gładkie łuski w kształcie deltoidów pokrywały całą okładkę. Nie było na niej żadnego napisu, żadnego autora ani tytułu.
Ostrożnie ją otworzył, spodziewając się w środku jakiejś niespodzianki. Jakże ogromne było jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie było tam niczego. Dosłownie niczego. Jego oczy wędrowały po pustych stronach, na żadnej z nich nie było zapisane ani jedno słowo.
Na pierwszy rzut oka zdawała się być bezwartościowa, bo przecież co w Dziale Ksiąg Zakazanych robiłby tom, w którym niczego nie ma? Nie mógł wylądować tam przez przypadek.
Spakował książkę do swojej torby, by spokojnie ją później przejrzeć i móc kontynuować poszukiwania.

***

Wyszedł z biblioteki niecałe dwie godziny później, rzucając na odchodnym Ardento. Wszystko wróciło do życia, a on niepostrzeżenie wyciągnął z biblioteki zakazaną księgę. Gdyby ktokolwiek to zauważył, miałby zagwarantowany szlaban.
Był z siebie dumny i szedł uśmiechnięty, dopóki w połowie drogi nie spotkał jednej z wielu osób, których najchętniej raz na zawsze by się pozbył.
– Jak leci, Avery? –rzucił, zbliżając się do niego. Stał mu na drodze, stojąc na środku korytarza, stanowiącego najszybszą drogę do ich pokoju wspólnego.
– Daruj sobie, Oullette – warknął tamten. – Gdzie byłeś?
Odczekał chwilę z odpowiedzią, zastanawiając się, dlaczego w ogóle rozmawia z Averym.
– Nie żeby był to twój interes, ale siedziałem w bibliotece. Bo jak powinieneś wiedzieć – Zrobił krótką pauzę, żeby jego słowa lepiej dotarły do Avery’ego – niektórzy są tutaj po to, żeby się uczyć. A ja, w przeciwieństwie do niektórych, posiadłem umiejętność czytania, więc zamierzam z niej korzystać. Też powinieneś spróbować.
– Idź do diabła.
Mierzyli się wzrokiem, a napięcie między nimi tylko rosło w siłę. Wieczni rywale, chociaż powinni się wspierać, skoro są w tym samym domu, tak jak to było w trzech innych. Ale Slytherin nie był jak reszta. Ślizgoni ze sobą konkurowali, knuli, szukali zemsty. Jedynym, czego potrzebowali, był lider, którego funkcję aktualnie pełnił Riddle, trzymający ich w ryzach.
– Pozdrowię go od ciebie – mruknął, wymijając Avery’ego.
Chciał jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju i zacząć przygotowania do następnego dnia. Dnia, w którym miał się spotkać z rodzicami i przekonać ich, że nic mu nie jest i nie będzie.
Zostawił martwienie się ich przyjazdem na ostatnią chwilę, myśląc, że bez problemu znajdzie jakąś wymówkę, a jeśli nawet nie, to przecież powinien przemówić do nich fakt, że Hogwart to bezpieczne miejsce, ba, jedno z najbezpieczniejszych na całym czarodziejskim świecie. Tylko on stanowił w nim zagrożenie, ale tylko dla osób, które na to zasłużyły. Jak na przykład Marion. Albo Lucian.
Została mu cała noc na wymyślenie odpowiednich argumentów, które dotrą do jego rodziców i dają radę ich przekonać. Szykowała się długa i męcząca noc.
Mijał innych uczniów, czasem trącając ich ramionami, nawet nie zwracając uwagi na ich obecność. Im szybciej dotrze na miejsce, tym lepiej. Będzie miał więcej czasu na robienie swojego.
Szybko przemknął przez pokój wspólny, kierując się od razu do siebie. Ktoś próbował go zaczepić, ale całkowicie to zignorował, nawet nie zatrzymując się, by sprawdzić, kto to był. Niespecjalnie go to interesowało.
Zatrzasnął za sobą drzwi i uśmiechnął do siebie, jak tylko zauważył, że jest sam. Tom musiał być czymś zajęty. Od razu polepszył mu się humor. Od listy obowiązków na odchodziło mu teraz użeranie się z Riddle’em.
Rzucił torbę na łóżko, zdjął z siebie czarną szatę i sam również położył się na łóżku. Wpatrywał się w ciemny sufit. Nad nim znajdowało się jezioro. Podobno miejsce było bezpieczne, a woda nie przeciekała, ale za to tworzyła na suficie różnorakie wzorki. Krople układały się w pasy, pętle czy też serpentyny. Ten widok zawsze go uspokajał. Był to jeden z kilku plusów bycia Ślizgonem. Przed snem zawsze wpatrywał się w wędrujące po suficie kształty, które nigdy nie były takie same, niczym płatki śniegu, czekając na moment, gdy jezioro stanie się zbyt wielkim ciężarem, a woda spadnie i zaleje ich wszystkich.
Wyciągnął z torby książkę i po raz kolejny się jej przyjrzał. Łuski połyskiwały nawet w ciemności jego pokoju. Otwarł ją na pierwszej stronie, która wciąż była pusta. Kartki wyglądały na nienaruszone, chociaż księga z pewnością leżała na półce od lat. Ani jedna nie pożółkła, żadna nie została wyrwana. Księga była w nienaruszonym stanie.
Czy był jedynym, który zwrócił na nią uwagę?
Dotknął różdżką kartki i wyszeptał:
Aperacjum.
Zaklęcie miało odkryć ukrytą treść, pokazać mu, co kryje się na pustych stronach. Ale nic się nie stało. Kartki wciąż pozostały puste. Ile razy próbował, tyle razy nic się nie działo. Nie był pewien czy to przez jego problemy z magią, czy przez to, że naprawdę tam niczego nie było albo zostało ukryte w inny sposób.
Spróbował z piórem. Napisał na pierwszej lepszej stronie swoje imię. Przez kilka sekund napis pozostał na kartce, lecz chwilę później wyblakł, a litery wsiąknęły, nie pozostawiając żadnego śladu. Przypomniało mu to o Ardento i Deglacio, sposobie w jakim się pojawiały i znikały. Wyglądało to podobnie, ale nie sprawiało mu bólu. Nie wiedział, jak czuła się książka, ale wątpił, by ją to bolało.
Odrzucił ją na bok. Później wróci do rozgryzania tej zagadki, a teraz musiał zająć się czymś innym. Zrobił w myślach listę argumentów za pozostaniem w Hogwarcie i zaczął robić selekcję, które z nich są najważniejsze.
Po pierwsze, bezpieczeństwo. Gdy skończył jedenaście lat, wysłali go do tej szkoły, bo uznali, że to dla niego najbezpieczniejsze miejsce. Tak samo było przez kilka kolejnych lat, aż w końcu mówią mu, że ma wracać do domu, co było całkowicie nielogiczne. Skoro uważali, że tam będzie najbezpieczniejszy, to co mu z jakiegokolwiek innego miejsca? Tam nie będzie miał równie silnej ochrony.
Nie mógł pominąć także kwestii nauki. Jeśli nie będzie uczęszczał do szkoły, gdzie zdobędzie edukację? Wątpił, by wysłali go do innej szkoły, a w domu, nawet mając ogromną bibliotekę, nie nauczy się tyle, co w Hogwarcie, przy pomocy nauczycieli.
Mógł również wspomnieć o przyjaciołach, że będzie za nimi tęsknił, a oni za nim, chociaż dobrze wiedział, że to nieprawda. Jako tako tolerował Riddle’a, a reszta tylko przeszkadzała. Chętnie by się od nich oderwał, a oni od niego, ale rodzice nie musieli o tym wiedzieć. Już i tak powtarzali, że zadawanie się z Riddle’em źle na niego wpływa, co puścił mimo uszu.
Pomyślał jeszcze o kilku innych sprawach, takich jak to, że jeśli będzie z rodzicami, a skoro nie jest bezpieczny, to tym samym niebezpieczeństwo spadnie również na nich, a tego nie chciał. Rodzina zawsze stawała u niego na pierwszym miejscu, chociaż czasami miał wątpliwości, czy powinna.
Przemyślenia przerwał mu cichy odgłos otwierających się drzwi. Do środka wśliznął się Riddle z dumnym uśmiechem na ustach. Baz wiedział, że jest coś, czym chce się pochwalić i tylko czeka na pytanie.
– Co jest? – zapytał, wiedząc, że nawet gdyby tego nie zrobił, i tak poznałby odpowiedź.
Riddle usiadł na skraju swojego łóżka, opierając się z tyłu rękami na materacu.
– Poczytałem trochę i udało mi się znaleźć kilka ciekawych informacji na temat Komnaty. W środku siedzi Bazyliszek, ogromna kreatura, tylko czekająca na uwolnienie. Stanę się jej panem – powiedział z determinacją. Miał szalony wzrok, jakby nie spał od kilku dni, wciąż szukając czegoś o Komnacie. – Wiesz, co to znaczy?
Nie i ani trochę mnie to nie interesuje, chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Zamiast tego rzucił krótkie:
– Co?
– Będę miał władzę… przewagę. Bazyliszek zrobi, cokolwiek mu każę.
Bazyliszek. Król węży. Był jednym z najgroźniejszych stworów, a Riddle chciał zostać jego panem. To nie mogło zakończyć się dobrze. Baz nie mógł pokazać, że obawia się konsekwencji tego planu. Nie mógł okazać słabości, by nie stracić w oczach Toma. To właśnie Tom powinien obawiać się konsekwencji. Jeśli coś poszłoby nie tak, musiałby pożegnać się z ukochaną szkołą.  
– Nie wiem, czy to dobry materiał na pupila. Powinieneś to jeszcze przemyśleć – doradził mu, sięgając znów po pustą księgę. Ten ruch rozproszył Riddle’a.
– Co to? – zapytał, wskazując trzymany przez Basila przedmiot.
– To? – Uniósł książkę wyżej, aby współlokator mógł ją lepiej zobaczyć. – Sam chciałbym wiedzieć. Jest pusta, ale kiedy chcę coś napisać, to tusz wyparowuje.
Tom zmarszczył brwi i wyciągnął rękę w stronę Francuza. Baz rzucił mu przedmiot. Kartki przewracały się w locie, ale żadna nie ucierpiała. Tom złapał książkę i  zaczął przeglądać strony, jak to wcześniej zrobił Baz.
Francuz oparł głowę na poduszce, czekając na jakieś słowa od Riddle’a. Miał cichą nadzieję, że tak naprawdę coś było tam napisane, ale on po prostu był za mało spostrzegawczy i tego nie dostrzegł, choć wiedział, że nie mogła to być prawda. Uważnie obejrzał każdą po kolei stronę, szukał ukrytych słów, sklejonych kartek, ale tam nie było niczego.
– Wybieram się jutro do Hogsmeade, chcesz coś? – spytał Toma po kilku minutach ciszy. Oznaczała ona, że albo coś znalazł i bardzo go to zaciekawiło, albo też nic nie zobaczył.
– To jeszcze nie czas na weekendowe wyjścia – zauważył Riddle. Wciąż nie odrywał wzroku od książki. – Nielegalne wyjście?
– Coś w tym stylu. Mam sprawę do załatwienia –odpowiedział krótko. – To chcesz coś?
Riddle pokręcił głową.
W ciągu całego swojego pobytu w tej szkole udało mu się odnaleźć dwa tajemne przejścia do Hogsmeade. O jednym z nich wiedział jeszcze Tom, ale drugie zostawił wyłącznie dla siebie. Czasem wymykał się na małe zakupy przed Ślizgońskimi imprezami. Był dostarczycielem towaru, a reszta domu wciąż nie wiedziała, jak on to robi. Wielokrotnie był przez to śledzony, ale doszedł do wprawy w ukrywaniu się przed natarczywymi osobami.
Nieco obawiał się spotkania z rodzicami. Oullettowie byli dobrymi ludźmi, dbali o niego, byli rodziną, o jakiej wielu mogło tylko marzyć, ale zdarzało się, że posuwali się o krok za daleko, gdy czegoś chcieli i ciężko było zmienić ich zdanie na dany temat. A teraz chcieli jego powrotu do domu.
Spojrzał na Riddle’a, by sprawdzić, jak mu idzie z książką. Uważnie przypatrywał się przedmiotowi i pustym stronom, jakby to miało sprawić, że coś się na nich pojawi.
– Próbowałeś na niej swoich zaklęć? – spytał Tom, podnosząc głowę.
– Myślisz, że to coś da?
– Warto spróbować.
I tak zrobił. Na pierwszy ogień poszło Ardento, a gdy nic się nie stało, nawet się nie rozgrzała, użył Deglacio. Znów to samo. Żadnego efektu. Nie działały na nią zaklęcia? Coraz bardziej interesowało go, dlaczego wylądowała w Dziale Zakazanym.
Otworzył ją na środku, licząc na to, że coś się pojawiło, ale wciąż świeciło pustkami. Im częściej zaglądał, tym bardziej sfrustrowany się robił. Coś musiało w niej być, ale co? Tego chciał się dowiedzieć.
I wtedy przysiągł sobie, że nawet, jeśli będzie zmuszony wrócić do domu, odkryje, co jest w tej książce. Ten wewnętrzny głosik znów się odzywał, mówiąc, że tam jest coś ważnego. Dowie się, co. Za wszelką cenę.

***

Po raz ostatni poprawił swój strój, przyglądając się w lustrze, czy aby na pewno wszystko wygląda nienagannie. Nie mógł spotkać się z rodzicami, nosząc pogniecioną koszulę albo mając źle ułożoną fryzurę. Musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Wyglądać jak najlepiej, nawet kiedy czuje się najgorzej – to było ich rodzinne motto, którego trzymał się od dziecka.
Jeszcze raz przeanalizował w myślach, co miał im powiedzieć. Jeśli miało mu się powieść, nie mógł się nawet zająknąć. Jakikolwiek błąd nie wchodził w grę. Musiał być pewny siebie i wiedzieć czego chce, inaczej nawet go nie posłuchają.
Wiedział, że matka ma miękkie serce i pewnie bez problemu zgodziłaby się na cokolwiek by sobie nie zażyczył, ale z jego ojcem sprawa się komplikowała. Musiał go przekonać, jak bardzo jest to dla niego ważne i ile straci, wyjeżdżając.
Ale najpierw dowie się, co tak naprawdę mu zagraża. Przypuszczał, że chodzi o zaklęcia, ale nie miał pewności. Jeśli chodziło o coś innego? Czy mógł czyhać na niego jakiś inny wróg? O co mogło im chodzić? Tak, na początku musi wydobyć z nich, co przed nim ukrywają.
Mrugnął dwa razy i spojrzał jeszcze raz na swoje odbicie. Wszystko było dobrze dopóki nie dostrzegł na swojej białej koszuli plamki krwi. Plamki, która zaczęła się powiększać.
Pół sekundy później poczuł, jakby ktoś ciął sztyletami po jego klatce piersiowej, chociaż nic go nie dotykało. Ból przeszywał całe jego ciało, a krwi było coraz więcej.
Szybko rozpiął guziki koszuli i niedbale rzucił ją na podłogę. Mógł zobaczyć, co stało się na jego piersi. Precyzyjnie wycięte litery układały się w krwawy wyraz:
Feritagre. 


No hej. Miałam skończyć rozdział wczoraj, ale zaczęłam przeglądać zdjęcia kostiumów dinozaurów i trochę mi nie wyszło. Zaczyna robić się krwawo!! Będzie super!! 

wtorek, 23 maja 2017

Listy

Wrócić do domu.
Te trzy słowa w kółko rozchodziły się echem w jego myślach. Cały świat ucichł, nie dobiegał do niego żaden odgłos z zewnątrz. Były tylko te trzy słowa. Słowa, z których jeszcze niedawno by się ucieszył, lecz teraz zdawały się być wyrokiem. Czuł się niczym skazaniec, słyszący o swojej karze.
Będąc w pierwszej klasie, potrafiłby zabić, by tylko otrzymać wiadomość, że musi wrócić do Francji, ale teraz… Ten czas dobiegł końca. Miał w Hogwarcie sprawy do załatwienia, a powrót do domu tylko pokrzyżowałby mu plany. Nie, nie mógł do tego dopuścić.
– Nie – powiedział, unosząc głowę i spoglądając z determinacją w oczach na dyrektora. – Nie wrócę. Mogę się z nimi spotkać, ale jeśli chodzi o dłuższy pobyt w domu, to się nie zgadzam. Edukacja przede wszystkim, czyż nie, dyrektorze?
Dippet trzymał w dłoni kawałek papieru. Basil domyślił się, że to właśnie musiał być list od jego rodziców. Wyciągnął rękę w kierunku profesora, jednocześnie posyłając mu pytające spojrzenie. Impuls podpowiadał mu, by wyrwał staruszkowi kartkę z rąk, natomiast głos rozumu kazał zachowywać się taktownie, bo przecież nie chciał stracić na swoim dobrym wizerunku u nauczycieli, a tym bardziej dyrektora.
– W kopercie znajdowały się dwa listy. Jeden zaadresowany do mnie, z prośbą o pozwolenie ci na powrót do domu, a drugi jest do ciebie, Basilu. – Podał mu kartkę. Basil od razu rozpoznał cienki, niemal przezroczysty papier, pachnący tak dobrze mu znanym zapachem lawendy. Pachnący domem. – Nie czytałem go, oczywiście. Twoi rodzice muszą być ogromnie zaniepokojeni z jakiegoś powodu. Niestety, nie podali w liście, dlaczego chcą twojego wyjazdu.
Przejechał wzrokiem po zapisanych na kawałku papieru słowach. W całości został napisany po francusku. Liczne zawijasy i nienaganne pismo wskazywało na to, że napisała go jego matka. Z każdym kolejnym słowem rozumiał coraz mniej.

Najdroższy Basilu,
Pisanie tego listu sprawia mi nie lada trudności. Jest jednak coś, o czym powinieneś wiedzieć, a co wraz z ojcem ukrywaliśmy przed tobą przez te wszystkie lata. Żyliśmy nadzieją, marzeniem, że wszystko okaże się nieprawdą. Tak się nie stało.
 Dowiedzieliśmy się o twojej wizycie w skrzydle szpitalnym. Jeśli nasze obawy, dotyczące tego, co się z tobą dzieje, okażą się prawdą… Nawet nie chcę o tym myśleć.
Musimy spotkać się jak najszybciej. Nie mogę opisać ci wszystkiego w liście, to zbyt ważne.
Razem z ojcem uważamy, iż powrót do domu byłby dla ciebie najbezpieczniejszy. Jeśli rzeczywiście coś się dzieje, nawet w Hogwarcie nie będziesz bezpieczny.
Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by cię ochronić,
Mère

Powrót do domu byłby najbezpieczniejszy? Hogwart uchodził za jedno z najbezpieczniejszych i najlepiej chronionych miejsc na całej Ziemi, jego dom? Owszem, posiadłości broniło kilka zaklęć, przez które mogą swobodnie żyć, nie martwiąc się mugolami, zwiedzającymi piękno Prowansji. Odstraszały ich, a Oullettowie mieli spokój. Dom chroniony był również przed niechcianymi gośćmi, ale gdyby ktoś się uparł i naprawdę chciał dostać się do środka, z pewnością znalazłby na to sposób.
Skoro w Hogwarcie nie jest bezpieczny, to gdzie będzie? Czy istniało takie miejsce? I najważniejsze… Przed czym chcieli go ochronić? Czy chodziło o pojawiające się zaklęcia? Nie, nie mogą o tym wiedzieć, starał się przekonać sam siebie. Chciał wierzyć, że to prawda, że nie wiedzą, co naprawdę się z nim dzieje i chodzi o coś innego. Jeśli rzeczywiście okazałoby się to być czymś innym, to miał kolejny problem. Nowa przeszkoda, krzyżująca mu plany.
W myślach wykreował mu się pomysł, dzięki któremu nie musiałby ruszać się za daleko od Hogwartu, i który, jeśli się powiedzie, pozwoliłby mu na pozostanie w szkole. Zostało mu tylko zdobyć odpowiednie informacje, a następnie lekko nagiąć prawdę. Typowy dzień dla Ślizgona.
– Jeśli chcą ze mną rozmawiać w cztery oczy, niech tu przyjadą. Niech przyjadą do Hogsmeade. Zgodzi się pan na moje spotkanie z nimi w Hogsmeade, prawda?
Wzrok Dippeta zdawał się przeszywać go na wylot. Wwiercał się w jego duszę, próbując odgadnąć jego myśli i intencje.
– Uważam, że powinieneś im odpisać, Basilu, dowiedzieć się, o co chodzi. Wiedza jest istotna. Dowiedz się, dlaczego chcą twojego powrotu i dokonaj decyzji. Twoja przyszłość zależy tylko i wyłącznie od ciebie, chłopcze.
– To właśnie tutaj miałem być bezpieczny… Nawet nie wiem przed czym. Dlaczego uważają, że nie jestem tu dłużej bezpieczny? – zapytał ostrym głosem, jakby Dippet był winny temu, co się działo. Może i był. Zrzucenie na niego winy zdawało się Basilowi przyzwoitym pomysłem.
– Oni znają odpowiedź na to pytanie – odezwał się już nieco zmęczonym głosem Dippet. – Jako dyrektor uważam, że w Hogwarcie nie ma niczego, co groziłoby twojemu życiu.
Potaknął, odrywając wzrok od listu. Już wiedział na pewno, że nie zastosuje się do poleceń i zostanie w Anglii, karmiąc starych Oulletteów kłamstwami, że wszystko u niego w porządku i nie dzieje mu się krzywda. Zaklęcia nie były dla niego krzywdą, każde z nich stanowiło okazję, a on musiał tylko czekać na odpowiedni moment, by z nich skorzystać. Jedną z takich okazji było zaprowadzenie Marion na spotkanie Klubu, na które, z oczywistych przyczyn, nie dotarła.
Skoro już był w gabinecie dyrektora, mógł się chociaż trochę rozejrzeć. Dyskretnie, ale wystarczająco.
Na pierwszy rzut oka, w pomieszczeniu nie znajdowało się nic godnego uwagi, a jednocześnie wiele ciekawych rzeczy, jak myślodsiewnia czy różnorakie instrumenty. Na pozór żadna z tamtych rzeczy nie wydawała mu się interesująca, ale wiedział, że gdzieś na pewno znajdzie coś, co będzie mógł wykorzystać do swoich celów.
A jeśli już widział, może nawet miał w rękach, przedmiot, o którym mówił wcześniej Dippet? Jeśli jest to jeden z leżących tam instrumentów? Przyjrzał się dobrze każdemu z nich na tyle, na ile mógł, siedząc po drugiej stronie pomieszczenia.
Nie, pomyślał. Jeśli to coś ważnego, Dippet, nawet będąc niezbyt zorganizowanym, nie zostawiłby tego na widoku. Znów coś mu podpowiadało, że powinien tam szukać, a w tym samym czasie mówiło, że tego tam nie znajdzie. Może trafi na jakąś podpowiedź?
– …Basilu? – Głos dyrektora wyrwał go z zamyślenia. Na powrót skupił się na konwersacji.
– Mógłby pan powtórzyć pytanie? – zapytał, prostując się na krześle. – Jestem nieco przytłoczony całą tą wiadomością.
Oczy Dippeta zwęziły się, szukając fałszu w jego słowach. Nie znalazły go.
– To zrozumiałe. To już twój piąty rok tutaj. Zdążyłeś się przywiązać – Basil powstrzymał się przed skrzywieniem się z odrazą, słysząc ostatnie słowo. – Masz tu przyjaciół. Niełatwo będzie ci przystosować się do zmiany środowiska, kiedy tyle w tym miejscu przeżyłeś.
– Naprawdę nie chcę stąd wyjeżdżać – wyrwało mu się.
Sam siebie zaskoczył tymi słowami. Nie planował powiedzenia tego, przyznania się do tego, że nie chce opuszczać tego miejsca. Może i w głębi serca wciąż nie przepadał za Hogwartem i większością uczniów i nauczycieli, ale coś trzymało go w tym miejscu i nie chciało wypuścić. Czy z Tomem było tak samo? Basil wiele razy musiał wysłuchiwać, jak bardzo zachwala on szkołę i wszystkich jego narzekań, kiedy zostawał zmuszony do wyjazdu na wakacje.
Hogwart zajmował specjalne miejsce w jego sercu. Nienawidził tego miejsca, Anglii, a jednocześnie ją kochał. Nie tak mocno jak rodzinną Francję, ale kochał. Wiecznie narzekający i rozmawiający o pogodzie Anglicy przyprawiali go o mdłości, aczkolwiek stanowili miłą odmianę od tych wszystkich towarzyskich i optymistycznych Francuzów. Może przez te wszystkie lata spędzone wśród wrogów, przejął od nich część obyczajów?
Francuz zaczynał zachowywać się jak Anglik i ani trochę mu się to nie podobało. Musiał zacząć się pilnować.

***

Potrzebował chwili w samotności. Wiele różnych myśli kłębiło mu się w głowie. Niewielka jego część cieszyła się, że życzenie zostało spełnione i powrót do domu właściwie zagwarantowany, ale to nie był odpowiedni moment. Ledwo rozpoczął się rok szkolny, a on już pakował się w kłopoty.
Wciąż nie rozumiał, o co chodziło rodzicom, dlaczego nagle zapragnęli go we Francji, a za morzem. Dowiedzieli się, że wylądował w skrzydle szpitalnym. Wiedzieli o nieszczęśliwym wypadku, w wyniku którego omal nie stracił ręki. Czy właśnie to uważali za wielkie zagrożenie?
Oparł się o drzewo i powoli zsunął się na trawę. Czuł jak materiał jego koszuli ociera się o korę, hacząc ją w niektórych miejscach. Wbił paznokcie w ziemię, brudząc sobie tym ręce. Czystość była w tej chwili najmniejszym z jego zmartwień.
Słońce, które jeszcze chwilę temu oświetlało mu twarz, zostało zasłonięte przez drobną damską sylwetkę. Przymrużył oczy, przyglądając się jej.
Gdyby stał wyprostowany, na pewno byłby wyższy od niej o przynajmniej półtorej głowy. Mimo wyglądu pierwszoklasistki, był przekonany, że jest w jego wieku lub co najwyżej rok młodsza. Starannie zawiązany krawat złożony z wzorku w niebiesko-brązowe pasy potwierdzał jej przynależność do Ravenclawu. Krukonka, która pewnie chciała zepsuć mu moment do przemyśleń, tylko tego mu brakowało.
Pochyliła się nad nim, przez co jej długie jasnobrązowe włosy poleciały do przodu, pchnięte powiewem wiatru, a Basil mógł poczuć ich różany zapach. Należał do zwolenników lawendy, ale ten zapach… spodobał mu się. Pierwszy raz w życiu podobał mu się zapach róż, a jednocześnie bardzo nie podobało mu się to, że tak się poczuł.
– Wypadło z twojej kieszeni – odezwała się, podając mu pióro, którym wcześniej przyozdobił twarz Luciana.
Wziął od niej przedmiot i na powrót włożył do kieszeni.
– Merci, fille.
– Du rien, mec – rzuciła, powoli odchodząc.
Wpatrywał się w nią, dopóki nie zniknęła mu z zasięgu wzroku. Był zaintrygowany. Nie dość, że rozumiała, co do niej powiedział, to jeszcze dobrze mu odpowiedziała. Osoba znająca jego język to rzadkość w Hogwarcie. Anglicy, zresztą Francuzi tak samo, nie lubili uczyć się języków obcych. To rodzice zmusili go do nauki języków, pewnie od dawna planując wysłanie go do tej szkoły.
Odrzucił od siebie myśl o dziewczynie. Nie miał czasu na przelotne romanse, tym bardziej, jeśli wkrótce nadejdzie dla niego czas opuszczenia szkoły. Na tym powinien się skupić, na zostaniu. Tworzenie nowych problemów bez rozwiązywania poprzednich było typowym zachowaniem dla Brytyjczyków, zawsze wszystko utrudniali. On, jako porządny Francuz, nie mógł dopuścić się takiego błędu. Najpierw należało pozbyć się jednej przeszkody, a dopiero potem zabierać się za kolejne.
Zamknął oczy, przykładając sobie palce do skroni.
Zastanawiał się, co napisać w liście do rodziców, by dali mu spokój. Zbyć ich w taki sposób, żeby przestali się zamartwiać.
Wyciągnął czystą kartkę z kieszeni, razem z przyniesionym przez Krukonkę piórem, i zaczął pisać, uważnie dobierając słowa.

Chère Maman,
Przez tyle lat razem z père powtarzaliście, że to właśnie tutaj będę najbezpieczniejszy. Skąd nagła zmiana? Co to za sekret?
Owszem, trafiłem do skrzydła szpitalnego. Nie macie się czym martwić, nic poważnego się nie stało. To tylko mały wypadek z zaklęciem, więcej się nie powtórzy.
Jeśli rzeczywiście macie mi coś ważnego do powiedzenia, spotkajmy się w Hogsmeade. Nie zamierzam wracać do domu, jeśli powód do tego nie będzie wystarczająco poważny. Jak dobrze wiecie, naukę stawiam na pierwszym miejscu.
Basileus

Wpatrywał się w napisaną wiadomość jeszcze przez chwilę, zanim zdecydował, że jest dość dobra i nadaje się do wysłania. Szybko przeszedł do sowiarni, nie napotykając po drodze żadnych przeszkód. Ostrożnie przywiązał wiadomość do nóżki swojej czarnej sowy, nie chcąc jej zrobić krzywdy.
– Świetnie – mruknął pod nosem, wypuszczając sowę do lotu.
Zostało mu tylko czekać na jej powrót z odpowiedzią. Przeciętne przelecenie z Hogwartu do domu i z powrotem zajmowało jej około trzech dni, przy dobrych wiatrach. Jeśli rodzice będą chcieli się z nim spotkać, prawdopodobnie będzie to dopiero za tydzień. Dawało mu to tydzień na dokładne przemyślenie wszystkiego.
Jeśli jego rodzice na coś się uparli, ciężko było zmienić ich zdanie na dany temat. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę i to właśnie stanowiło największy problem. Czy był bezpieczny, czy nie, nie miał zamiaru opuszczać Hogwartu dopóki nie znajdzie ukrytego przedmiotu, czymkolwiek on był.
Nie miał zamiaru się tak łatwo poddać.
Wychodząc z sowiarni natknął się na wyraźnie zdenerwowanego Toma, trzymającego Luciana za rękaw szaty. Blondyn próbował się wyrwać, szamotał się jak liść na wietrze, ale uścisk Riddle’a był zbyt silny.
Riddle pchnął Puchona do przodu. Stał on teraz dokładnie pomiędzy Basilem a Tomem. Pomiędzy dwoma Ślizgonami. Żadnemu z nich się to nie podobało, a najbardziej niekomfortowo czuł się ten stojący w środku. Spoglądał to na jednego, to na drugiego, spodziewając się ataku Ślizgonów.
– Nie widzisz, że łajza za tobą łazi? – warknął Tom, machając ręką na Luciana.
Basil skupił się na Lucianie, który właśnie z odrazą gładził swoją szatę, strzepując ślady dotyku Riddle’a. W tej samej chwili zauważył również, że na twarzy Puchona brakuje jego wcześniejszej pracy.
– Koleś – zwrócił się do blondyna, przeczesując dłonią włosy. – Nie możemy odłożyć tych podchodów na później? W tej chwili jestem trochę zajęty.
– Coś planujesz – odburknął tamten, nawet na niego nie spoglądając, co jeszcze bardziej go zirytowało.
– To jasne, że coś planuję. Cały czas coś planuję. Ty też w tej chwili planujesz, jak mnie złapać na planowaniu. Wszyscy coś planujemy. Więc – Minął Luciana, zahaczając przy tym swoim ramieniem o jego – daj mi planować w spokoju. Nie mam czasu na zajmowanie się tobą – mruknął, po czym odwrócił się ostatni raz i rzucił na Puchona klątwę swędzących uszu. Odejście bez wyrządzenia mu chociaż niewielkiej krzywdy za przeszkodzenie mu równałoby się z porażką.
Riddle zrównał z nim krok.
– Wszyscy chcą mi dzisiaj przeszkadzać?
– Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Baz – mruknął Tom.
Basil posłał mu wymuszony uśmiech.
– No tak, zapomniałem. Wszystko kręci się wokół ciebie.
Riddle prychnął, ale tego nie skomentował, jakby dając potwierdzenie tych słów.
– Co jest z tym gościem? – zapytał Tom, zmieniając temat.
Domyślił się, że jego towarzysz ma na myśli Luciana, znanego także jako Aktualny Wrzód Na Tyłku Basila. Chłopak zaczynał grać mu na nerwach, pojawiając się w najmniej odpowiednich momentach i osądzając go o coś, co rzeczywiście robi, a to było niedopuszczalne.
– Przyczepił się. Niezwykle wkurzający. Ciężko się go pozbyć. Masz może jakiś pomysł?
– Dziewczyny od ciebie uciekają, kiedy próbujesz je poderwać. Może na niego też podziała? – zaproponował Riddle.
Myśl o przymilaniu się do Luciana napawała go obrzydzeniem. Nie z powodu jego płci, nie, na to nie zwracał większej uwagi. Niekiedy osiągnięcie, zdobycie czegoś wymagało od niego użycia swojego ciała jako przynęty, a po pewnym czasie… Przestało go interesować. Jeśli miałby wybór, między na przykład wcześniej spotkaną dziewczyną, o której właściwie nic nie wiedział, a Lucianem, wybrałby dziewczynę. Za sam sposób bycia i denerwującą osobowość chłopaka.
I tak wszystko kończyło się tak samo – Basil po kilku dniach, a czasem nawet szybciej, rzucał daną osobę. Związki nie były dla niego. Zaangażowanie emocjonalne wymagało zbyt wiele uwagi, trzeba było poświęcać czas na spotkania i chociaż sprawiać wrażenie zainteresowanego, co w jego przypadku nie należało do rzeczy łatwych.
Jedynym, co się dla niego liczyło, kiedy ewentualnie zaczynał jakiś związek, to to, czy coś na tym zyska. Jeśli odpowiedź na to pytanie była przecząca, od razu się wycofywał.
– Mógłbyś też zrobić z nim to samo, co z Marion – dodał Tom po chwili, na co Basila przeszły ciarki.
– Co do niej… Słyszałeś coś na jej temat, ‘Mas?
– Zauważyli, że jej nie ma, ale nie chcą siać paniki. Pewnie najpierw chcą porozmawiać z jej rodziną i sprawdzić czy nie uciekła, zanim rozpoczną poszukiwania.
Byli już prawie przy wejściu do budynku, gdy Tom rozejrzał się to na jedną stronę, to na drugą. Upewniał się, że są sami i nikt nie zdoła ich usłyszeć. Zatrzymał się, zadając Basilowi pytanie, którego ani trochę się nie spodziewał:
– Słyszałeś kiedyś o Komnacie Tajemnic? 

Dzisiejszy rozdział to właściwie tylko 5/6 rozdziału. Close enough? Ciężko się go pisało i dzieje się tu nie do końca to, co było zaplanowane. Sorry not sorry.